niedziela, 1 czerwca 2014

_Weekend w Poznaniu i Śremie (9.05 - 11.05)

   Po nocy z koszmarnymi snami, pochmurny poranek. Jadę metrem, które niespodziewanie zatrzymuje się w ciemnym tunelu na tak długo, że można poczuć dyskomfort, przypominając sobie o skrywanej klaustrofobii i spoglądać co chwilę na zegarek, licząc na to, że autobus do Poznania będzie miał opóźnienie.
   Tak też się dzieje. Wbiegam jako ostatni pasażer do prawie pustego autokaru. Zaczyna się ulewa, czytam dzisiejsze wiadomości poznańskie: 'Studenckie grillowanie zakończone pobiciem bezdomnego', 'Wielkie grillowanie: bili, wyrywali drzwi z tramwajów. Podliczanie strat', 'Makabryczna śmierć studenta. Grillowanie odwołane' i tak dalej. W myślach utwór chyba najbardziej juwenaliowego zespołu: 'Spokojnie! To tylko, turuturuturu. Spokojnie! To tylko, turuturuturu. Ezoteryczny Poznań, miastem rządzi mafia, przy placu obok dwóch krzyży pędzą szemrane auta. Auta!' (turuturuturu - dźwięk trąbki).
   Próbuję odczarować ten trudny początek podróży. Chwytam za książkę o japońskiej miłości dworskiej i wpatruję się w rozkoszne pola rzepaku, które niekiedy migają pomiędzy blaszanymi płytami przy autostradzie.


   To znaczy, jakby co, nie jadę do Poznania grillować, czy bawić się na juwenaliowych koncertach. W zasadzie nie mam żadnego planu, oprócz chęci spotkania się z kilkoma osobami. Jedną z nich jest Agusz, która czeka na mnie na dworcu z biletem całodobowym na komunikację miejską (kochane to), zabiera mnie tramwajem na swoją dzielnicę Łazarz i częstuje wyśmienitym obiadem (kulinarna ekstaza!).
   



   Agusz mówi coś o palmiarni i przypomina mi się dzieciństwo. Idziemy. Kilkanaście lat temu byłam w tym miejscu. I teraz znów, choć tym razem bardziej świadomie. Zasmuca mnie widok zwierząt w klatkach czy akwariach, zwłaszcza jeśli każde z nich (czy to płaz, gad, czy ptak) ma taki sam jadłospis. Podoba mi się, że to miejsce istnieje od stu lat, że mogę zobaczyć, jak wygląda na przykład podszycie lasu tropikalnego, ale zwierzęta w niewoli nie są dobrym pomysłem. Gdziekolwiek. 
   I nie dociera do mnie argument o funkcji edukacyjnej, bo nikt nie czyta opisów, tylko puka w szybkę, za którym jest zwierzę i żąda, żeby się poruszyło, żeby się obudziło, żeby weszło w interakcję. Z każdym zwiedzającym.




   Ech, ale zauważam rybi cmok i jeszcze bardziej adoruję całą tę faunę i florę. Zresztą miłość bezwarunkowa! Miło widzieć też ukochane karpie koi (w tłumaczeniu z japońskiego: brokatowe), tutaj na zdjęciach od góry: drugim, trzecim, czwartym.




   Mimoza. Mimoza. Mimoza. Szukamy mimozy. Tak mama czasem do mnie mówi, a Agusz twierdzi, że to roślina bardzo wrażliwa na dotyk. I faktycznie, ale nie możemy jej znaleźć (jest tutaj w internecie). Poza tym, personel informuje nas, że palmiarnia jest za chwilę zamykana. Idziemy na spacer.




   Trafiamy do pobliskiego Parku Wilsona i zwiedzamy dalsze tereny miasta. Nie wiem, jak to jest, ale Poznań rozumiem nawet bez mapy. 
   N a w e t  b e z  m a p y. Czuję też jego architekturę, wydaje mi się dość logiczna. Chyba, że to zasługa Agusz, która zna się dobrze na tym temacie i opowiada mi wszystko ze szczegółami, używając na przykład takich słów jak: girlanda, ornament, maszkaron.




   Po drodze oglądamy wystawę fotografii Stepana Rudika 'Poznaj sąsiada', na której przedstawieni są obcokrajowcy, mieszkający w Wielkopolsce. Celująco! A później trafiamy na artystyczny performance, którego zamysł wydaje mi się piękny, a po chwili zauważam cały kontekst. Piszę tu dużo gorzkich słów i je wymazuję. Wdech, wydech.


   Agusz pyta, czy znam 'Mechaniczną pomarańczę'. Taaak, ale niestety tylko film. To wystarczy, mówi. I nagle jesteśmy w 'Moloko Shake', miejscu stylizowanym na 'Korovę Milky Bar'. Spodziewałam się czegoś nieco bardziej widowiskowego, ale koktajle bardzo dobre. Po prostu, słysząc hasło: kawiarnia jak z 'A clockwork orange' raczej wyobrażamy sobie coś takiego, niż coś powyższego. Ale tak poza tym, naprawdę bardzo porządne szejki w dość normalnej cenie i miła obsługa. 




   To nawet dobrze, że 'Moloko Shake' nie jest całkowitym odwzorowaniem 'Korova Milky Baru'. Zawsze, gdy rozmawiałam z kimś na temat otwarcia własnej kawiarni, czy restauracji - mówiłam o miejscu w stylu mechanicznej pomarańczy. Jest szansa, że przynajmniej w Polsce nie ma żadnej 'Korovy Milky Bar', oprócz wydanej płyty Myslovitz. Bardzo podoba mi się pomysł Oberbe, który w swoim projekcie chciałby zawrzeć akcent kotar oddzielających każdy stolik. I właśnie trafiam do miejsca też z takim elementem (powyżej), ale w nieco innym klimacie. To 'Kawiarnia u Przyjaciół'. 


   Jest już późno. Wracamy do domu. 'Jest już późno, piszę bzdury'. Słyszę coś takiego w oddali. 'Jest już późno, piszę bzdury, kot zapędził mysz do dziury', a to Agusz włączyła adapter gramofonowy (ach!) i płytę 'O!' Maanamu (jeszcze większe ach!). Śni mi się parada, parada słoni, śnią mi się fontanny, fontanny piasku.

~~~~

   Budzi mnie kot. Coś tam się dzieje. Wychodzę na spotkanie z Adem i Nat. Wywożą mnie gdzieś daleko, a okazuje się, że to jeszcze Poznań. Śródka - wygląda jak takie małe miasteczko. Idziemy do Interaktywnego Centrum Historii Ostrowa Tumskiego, które pojawiło się tu niedawno. Brak wejściówek. Spacerujemy samodzielnie po tym miejscu i trafiamy do kawiarni 'La Ruina', która ma przecudowne mikro-kino z dwudziestoma czerwonymi fotelami. Trafiamy jednak ostatecznie do 'Pracownia-cafe' na cudo obiad i mijamy targi książki.




   Idziemy też na wystawę 'World Press Photo 2014' w 'Zamku'. Spodziewałam się jak zwykle poruszających zdjęć i takie są. Niewidomi albinosi, przemoc domowa, somalijscy uchodźcy, atak terrorystyczny w Nairobi, produkcja bomb w syryjskiej sali gimnastycznej...




   Śrem. Nigdy wcześniej nie byłam w tym mieście, ale znam na przykład jego kod pocztowy na pamięć. Tu mieszkają Nat i Ad. Adama znam od lat korespondencyjnie. Wymieniliśmy między sobą chyba ze sto analogowych listów, jak nie więcej!



   Idziemy na łąkę i jest najpiękniej. Klimat rustykalny. Taki, że dzieci wracają z boiska rowerami do domu, a rodzice dokładają drewna do pieca i ogrzewają wodę na kąpiel. No, może tak nie jest, ale tak to widzę. 



   Pełne porozumienie. Pijemy herbatę koperkową z szampanem i jest kolorowy spokój, nie wiem jak to do końca nazwać. Czuję się jak na wakacjach. Słuchamy śremskiego zespołu Camping Hill o familijnych konotacjach (gitarzystą - brat Ada). To mieszkanie jest jak świątynia, ale taka ciepła, przytulająca. Czeka na mnie do pomalowania białe płótno, na prośbę Nat i Ada. Kochani są. Myślę nad barwami i zasypiam.
   Nazajutrz wracam pekaesem do Poznania. Niezły folklor. Z zasłyszanych rozmów wiem, jakie ksiądz miał kazanie na mszy, kto w miasteczku zaszedł w nieplanowaną ciążę i jakie kapele na wesela są najlepsze. Przesiadam się w polski-bus do Warszawy i miło mi, zwłaszcza gdy przypominam sobie, że bilet zdobyłam za złotówkę (!) W myślach mam nowe historie i zdania, które brzmią jak ważne, a za oknem migają znów bajeczne pola rzepaku. 

7 komentarzy:

  1. Bardzo fajny wpis. Czuję się, jakbym była w tych wszystkich miejscach razem z Tobą. :)
    A ilustracje w książce piękne!
    Pozdrawiam, Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieeeszę sięęę, właśnie o to mi chodzi, toteż zmieniłam narrację na taką w czasie teraźniejszym. Ostatnio czytam Wasze relacje z Japonii i jestem oczarowana!

      Usuń
  2. Rymi... weszłam na Twój blog zobaczyć czy mi odpisałam na komentarz..., a tu się okazuje, że ja Ci nic nie napisałam. Mam z głową? A przeczytałam go zaraz-dawno-temu-wieki-całe!

    I teraz nie wiem, co chciałam.

    W Poznaniu byłam 2 razy: pierwszy miałam z 5 lat i pamiętam palmiarnię, a drugi byłam z Lubym jak mieliśmy przesiadkę na PolskiBus do Berlina. ;) I nie lubię rzepaku. Zapachu znaczy. Wygląda ładnie, ale ten zapach. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, wybacz, że nie odpisałam na niewidoczny komentarz, ekhę!
      Wiem, wiem, o czym mówisz. Nieraz miałam do czynienia z zapachem rzepaku i faktycznie nie nadaje się jako składnik perfum, ale za to pięknie wygląda zza szyby autobusu. Miło, że się odzywasz! : *

      Usuń
    2. A ja znam ludzi, którzy uwielbiają zapach rzepaku...!

      Usuń
  3. Heh, byłam w Poznaniu 09.05 - było blisko! A teraz już bez uśmiechu - jedną z pierwszych rzeczy, o których usłyszałam była ta nieszczęsna studencka głowa. W poście odkrywasz przede mną Poznań, którego już nie znam, który pojawił się po tym, jak wyjechałam. Miło się czyta, o tym jak się to miasto rozwija.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, to naprawdę byłyśmy blisko siebie, skoro Poznań tego samego dnia. Blisko też w porównaniu z Polską i Irlandią : )
      Nie wiedziałam, że mieszkałaś w Poznaniu!

      Usuń