czwartek, 15 maja 2014

_Japońsko-polska majówka w Warszawie

   Zaledwie krótkie spotkanie ze znajomymi z Japonii przypomniało mi jak mocno stęskniłam się za kulturą tego azjatyckiego miejsca. Wspaniale było czuć zrozumienie w momentach, gdy człowiek idzie niespiesznie patrząc na kształty chmur, zachwyca się smakiem zwyczajnej bułki z lukrem, czy uśmiecha się do napotkanej wiewiórki w parku.
   To chyba jakaś behawioralna nieskazitelność, stoickie opanowanie, mindfulness, szacunek do całego kosmosu i coś bliżej nieokreślonego. Wyrazy bez nazwy. Te najmilsze.

Pomnik Józefa Piłsudskiego przy Belwederze

Pomnik Fryderyka Chopina w Łazienkach Królewskich

Łazienki Królewskie

Łazienki Królewskie

Muzeum w Łazienkach Królewskich

Muzeum w Łazienkach Królewskich

Wielka Oranżeria

Kwiaty przy fontannie w Łazienkach Królewskich

Orkiestra w Ł. K.

Orkiestra policyjna w Teatrze na Wodzie

'Evergreen Cafe'

Muzeum Fryderyka Chopina

Muzeum Fryderyka Chopina

Muzeum Fryderyka Chopina

Muzeum Fryderyka Chopina
Ogród na dachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego

Stare Miasto

Restauracja 'BrowArmia'

Pałac Prezydencki

Restauracja 'U Szwejka'

Restauracja 'U Szwejka'

Multimedialny Park Fontann

Multimedialny Park Fontann

piątek, 2 maja 2014

_Łódź-ach z Chatką-ech i wystawami Muzeum Włókiennictwa

   A w maju, 
zwykłem jeździć, 
szanowni panowie, 
na przedniej platformie tramwaju! 

   Tak naprawdę to nie w maju, a kwietniu i w zasadzie nie na przedniej platformie tramwaju, lecz na pierwszych siedzeniach w autobusie, ale to właśnie ten fragment wiersza (przede wszystkim dlatego, że dalszej części nie pamiętałam) nuciłam sobie do wymyślonej melodii jadąc spontanicznie razem z Oberbe do Łodzi.
   Wcześniej byłam w niej chyba tylko raz, zaledwie na chwilę, żeby zajrzeć do Muzeum Manufaktury i jechać dalej. Ogólne wrażenie było takie, że to miasto jest dla surwiwalowców. Tym razem pierwsze impresje były podobne.


   Ze szpetnego dworca dojechaliśmy rozklekotaną taksówką w pobliże ulicy Piotrkowskiej, która jest na zaawansowanym etapie remontu. Przez to wszędzie leżą kamyki, kamyki, hałdy białych kamyków, które pod stopami wydają odgłosy podobne do pierwszych dźwięków z utworu 'Aurora' Björk. Tylko, że w przypadku tego muzycznego projektu można mówić o pewnego rodzaju magii, natomiast łódzki spektakl ze wszystkimi zaczepiającymi nas porannymi zombie-niedopitkami przedstawiał się raczej postapokaliptycznie. Warto w tej historii dodać, że była to niedziela, więc na wielu drzwiach zawieszone były tabliczki z napisami 'zamknięte' lub 'nieczynne'. Nawet słynna ławeczka Tuwima była niedostępna. Za to natrafiliśmy na wymowny fragment jego wiersza, który przeniknął do kultury popularnej przez utwór ze spektaklu 'Tuwim dla dorosłych':

Tam jest napisane:
Socjały nudne i ponure,
Pedeki, neokatoliki,
Podskakiwacze pod kulturę,
Czciciele radia i fizyki,
Uczone małpy, ścisłowiedy,
Co oglądacie świat przez lupę
I wszystko wiecie: co, jak, kiedy:
Całujcie mnie wszyscy w dupę.




   Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie przesiedzieć całego dnia w sali, w której odbywał się turniej karciany, współorganizowany przez oberbeuszowego Psychatoga. Bałam się, że jak wyjdę stamtąd, to wszyscy mnie zjedzą, ale jednak jako metaforyczna homo viatorka wpłynęłam na kamykowego przestwór oceanu.


   I okazał się on nie taki zły, jak go wyobraźnia malowała. Trafiłam na pofabryczny teren OFF Piotrkowskiej, gdzie zobaczyłam pokaz rolkarzy na rampach. Jednak samo miejsce wydało mi się na tyle niealternatywne w swojej alternatywie (tak, tak, hipsterskie), że skierowałam się w stronę Białej Fabryki - Centralnego Muzeum Włókiennictwa, bo ile można pić Fritz-Kolę lub Club-Mate słuchając remiksów Lany Del Rey?



   Prawdopodobnie można dużo i długo, bo przez pierwsze pół godziny pobytu w muzeum byłam jedyną zwiedzającą. Dzięki wstępnym ekspozycjom, poznałam zarys historii zakładów Ludwika Geyera, zajmujących się przez prawie dwieście lat produkcją wyrobów bawełnianych.





   Wystawa 'Z modą przez XX wiek' (powyżej) spowodowała, że w wyobraźni ubierałam się w każdą ujrzaną sukienkę, garsonkę, czy garnitur i obserwowałam swoje odczucia. Niesamowite jest to, że każdy z nas ma pewien zestaw upodobań, który prawdopodobnie można by wyjaśnić jakimś zawiłym schematem, ale nie jestem w stanie go nakreślić. Tak-tylko-mówię.




   Trzecia część wystawy przedstawiała rozwój technik włókienniczych, od średniowiecznego wrzeciona do pneumatycznej przędzarki sprzed ponad stu lat. To miejsce wyglądało dramatycznie, jak grobowiec niechcianych maszyn. Gdyby w jakiś magiczny sposób nagle wszystkie ożywiły się, byłby ostry harmider, pomyślałam, wychodząc stamtąd i kierując się do następnego miejsca, z którego dobiegały jazgotliwe odgłosy.



   Odsłaniając ciężką, ciemną kotarę, spodziewałam się szatni i wyjścia z muzeum. Natomiast okazało się, że jestem w budynku o czarnych ścianach i bez klasycznego oświetlenia. Kilkadziesiąt osób wpatrywało się w w ekran z buchającymi płomieniami. Stanęłam wśród nich, czując się jak na pikniku w piekle i myśląc, co jest fascynującego w tej projekcji wizualno-dźwiękowej (ogromny hałas), że tyle osób przychodzi do muzeum oglądać tylko ją. Dotarło do mnie, że to najprawdopodobniej grupa turystyczna, która kolektywnie ogląda każdy obiekt. Faktycznie, po chwili usłyszałam nawoływanie przewodnika: 'Wycieczka z Gorzowa, proszę do mnie!'.


   Na koniec pobytu w muzeum pobawiłam się w elektroniczną grę na macie podłogowej. Między innymi, układałam guziki, wełenki, nitki, szpilki w odpowiednie pojemniki. No, tak, raczej nie była to wielowątkowa gra, dzięki której symbolicznie mogłabym uratować świat od zagłady.


   Wracając z muzeum, trafiłam na podwórkowy festiwal jedzenia ze stoiskami z różnych krajów, ale niczego nie spróbowałam ze względu na atak kichania, spowodowany prawdopodobnie jakąś przyprawą.


   Spacerując dalej, usłyszałam dźwięki utworów Marka Grechuty, które dobiegały z kawiarni o nazwie 'Chatka Ech'.


   Po przekroczeniu jej progu poczułam zapach palonego drewna z kominka, który kojarzy mi się z dzieciństwem na wsi. W ogóle miałam wrażenie, że stęskniona wróciłam do miejsca, które tylko pozornie jest mi nieznane. Mam ochotę napisać coś w stylu allegrowskim, że zdjęcia nie oddają w pełni rzeczywistego uroku. Tak jest.



   Dowiedziałam się, że w tym miejscu była kiedyś pracownia grawerska. Niektóre jej elementy są nadal tu zachowane.



   Bardzo spodobała mi się obecność dzwoneczka, którego dźwięk powiadamia obsługę o gotowości do złożenia zamówienia. Cudna jest też karta menu: zeszyt z okładką 'Ani z Zielonego Wzgórza', w którym informacje zapisane są odręcznym pismem. Zamówiłam białą czekoladę, gratisowo otrzymałam szarlotkę. Nie do końca wiem dlaczego, ale uznałam, że buddyjsko przyjmę wszystko tak 'jak się jawi' bez analizowania każdego napotkanego układu atomów.




  Nagle pojawiła się kobieta, która przyniosła dekoracje i zapytała, czy nie będą dla mnie problemem chwilowo otwarte drzwi. Nie protestowałam. Co więcej, wywiązała się między nami długa i serdeczna rozmowa. Okazało się, że wspomniana kobieta jest właścicielką tej kawiarni, profesjonalnie zajmującą się również aranżacją wnętrz. 



   Najbardziej pamiętam z tej rozmowy sformułowanie, że to kawiarnia dla ludzi wrażliwych. Gdyby 'Chatka Ech' była ulokowana w moim mieście, chyba przeprowadziłabym się do niej. A tak, mam powód, żeby wrócić do Łodzi.