niedziela, 26 stycznia 2014

_Bolesław Prus żyje i pisze serialowe scenariusze.

Przy tej sposobności odkrył w sobie nowy i dziwny nastrój duszy. Zdawało mu się, że pękły w nim wszystkie nici łączące go z ludźmi, że są mu obojętni, że go nic nie obchodzi, co ich obchodzi. Słowem, że jest podobny do aktora, który skończywszy rolę na scenie, gdzie przed chwilą śmiał się, gniewał lub płakał, zasiadł obecnie między widzami i na grę swoich kolegów patrzy jak na zabawę dzieci.

   To jeden z moich ulubionych cytatów z 'Lalki'. Przeczytałam ją niedawno, co przy czytelniczym trybie życia, można uznać za skandal obyczajowy. Oczywiście kojarzyłam tę lekturę, ale tylko z opracowań maturalnych, z którymi miałam styczność kilka lat temu. Zdążyłam już zapomnieć, o co chodziło z tytułową lalką, sklepami galanteryjnymi i metalem lżejszym od powietrza. 
   Dopiero codzienny widok neonu: 'Księgarnia naukowa im. Bolesława Prusa' przy wysiadaniu z autobusu, przyczynił się do przeczytania tej książki. A i jeszcze mijanie poniższego pomnika w drodze na zajęcia:


   Początkowe trzydzieści stron czytałam przez miesiąc, a pozostałe kilkaset w tydzień. To tak jak Masłowska ogląda seriale, o czym wspomina w nowym felietoniePierwsze dwa odcinki zawsze stawiają pewien opór; mózg potrzebuje chwili, by złapać konwencję, znieczulić się na chropowatości narracji, dać się oszukać. Ale to tylko przemijalny zgrzyt; zmiana torów na węższe czy tam szersze – nieważne, i tak za chwilę pędzimy już na oślep, bez ładu i składu; jesteśmy niby szczur wciskający do utraty tchu i czucia przycisk uwalniający przyjemność.
   I 'Lalka' ma formułę serialową. To taki tasiemiec sprzed ponad stu lat, ale szlachetny tasiemiec. Gdyby Bolesław Prus pisał dzisiaj, 'Lalka' musiałaby nazywać się: 'Laska', żeby być emitowana na kanale MTV w każdą środę, a nie publikowana odcinkowo na łamach 'Kuriera Codziennego' w swej wysublimowanej formie, jak to było naprawdę. 


   Chciałam poczuć klimat tamtych czasów, cofnąć się do Warszawy z XIX wieku, doznać jakiegoś hiperrealizmu, więc wybrałam się do 'Kawiarni u Prusa', żeby dokończyć czytanie 'Lalki'. Gdy przekroczyłam próg, poczułam się jakbym pomyliła pokoje. Jednak zostałam zauważona przez obsługę i nie chciałam zaburzać praw kosmosu, który w sumie estetycznie był już zniszczony. Na ścianach reprodukcje Alfonsa Muchy, na półkach repliki jajek Fabergé, jakieś skarbonki w kształcie muffinek, serwetki z motywami świątecznymi, przede mną wisi tabliczka z hasłem: 'Żeby przetrwać zimę, musimy ciepło ubrać nasze myśli', wokół którego śnieżynki namalowane markerem. 
   Może masz rację, tabliczko - pomyślałam. Nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy autorem tych słów nie jest przypadkiem Bolesław Prus. Didaskaliami w mojej głowie: śmiech w gospodzie. Tymczasem zamówiłam białą kawę i czułam się rozbawiona tym, jak bardzo moja wizja owej kawiarni była daleka od rzeczywistości. 
   Oto jestem. Siedzę na końcu sali, obok kącika kuchennego, z którego wydobywa się bulgot zmywarki, w tle melodyjka jak z poczekalni do gabinetu lekarskiego i rozmowa klientów o projekcie na szkolenie dla handlowców. Słyszę coś, że kapitał polsko-amerykański, a dystrybucja na terenie Unii Europejskiej, ale nie łapię sensu, bo głośniejsza jest praca zmywarki. Kątem oka przyglądam się męskim dłoniom, trzymającym wielkoformatową gazetę w taki sposób, że nie mogę dostrzec twarzy tej osoby.
   Wtem kobieta zza lady przynosi moje zamówienie. Jest krągła, ma wygolone włosy z boku głowy, w uchu tunel, spod bluzki wystaje tatuaż, a na bluzce sierść kota. 'Kawka dla pani' - mówi wesoło. Dziękuję i coraz bardziej podoba mi się ten absurdalny spektakl. Zwłaszcza, że wspomniany akapit wcześniej, mężczyzna odrywa się od czytania, opuszcza gazetę, żeby napić się herbaty i... wygląda jak Bolesław Prus! Czy on wie o tym, że jest jego sobowtórem? Przychodzi tu z premedytacją? Wszystko tutaj jest podróbką. Obrazy Alfonsa Muchy, jajka Fabergé i sam Bolesław Prus.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

_Tymczasem bądźcie spojrzeniem w kosmos.

Ostatnio sporo pisałam i mylą mi się już litery, dlatego dziś mało treści, dużo fotoformy, a w niej osowiały przełom grudnia i stycznia:

Droga z Warszawy do Torunia. Karo, Oberbe i w tle pies Palma.

Ja i Oberbe u znajomych.

Figurki z gry, które zrobiłam z modeliny dla bratanka. Słonecznik wykonał Ober.

Zostało mi trochę modeliny, więc ulepiłam małe Buddy z lotosem i tęczowym światłem.

Kilka nowych kolaży ze słowami Keldona.

Tutaj obrazki z wczoraj.

Kolaż większego formatu. Oberbe zauważył, że krzemień pomylony z krzesiwem, ale to nic, to nic.

Jedyne zdjęcie z sylwestrowej nocy. Gałęzie oświetlone lampkami i fajerwerk.

- A skont sie biorom balony?
- Z kapusty, w której bocian wydziobał otwory.