sobota, 21 grudnia 2013

_Godzinny spacer po najbardziej niebezpiecznym mieście w Polsce

   Kolejny turniej karciany spowodował, że trafiliśmy do Olsztyna. Przed wyjazdem przeczytałam zawiłą historię tego miasta i spisałam adresy interesujących miejsc: Teatru Lalek, Buddyjskiego ośrodka Karma Kagyu i Domu Gazety Olsztyńskiej. Skonsultowałam się też ze znajomymi, którzy pochodzą z tego miasta.

(Eliminacje do dużego turnieju w Atlancie odbyły się w pstrokatej stołówce internatu Liceum Ogólnokształcącego VI)

   Jeden z nich (Figiel) powiedział, że 'starówka jest wielkości pudełka na buty, a miejsca, które mógłbym gorąco polecić w większości już nie istnieją lub uległy radykalnym przekształceniom, co wychodzi na to samo'. Stwierdziłam więc, że poświęcenie jednego dnia na olsztyńską turystykę jest wystarczające.

 (Kreślę kserówki o łańcuchach rytuałów interakcyjnych Randalla Collinsa)

   Ostatecznie okazało się, że muszę zwiedzić Olsztyn w godzinę! Oberbe po dwóch rozgrywkach nie miał już szans na wygranie biletu do USA, więc grał jeszcze kilka rund dla sportu. Dlatego też zadzwoniłam po kolejnego znajomego, Krawiela i poprosiłam go o szybki spacer z treściwą narracją na temat tego miasta.

(Rynek wielkości pudełka na buty)

   To był dobry traf. Krawiel automatycznie wcielił się w rolę przewodnika. Opowiadał o społecznie nieakceptowanych pomnikach, o seksaferach w ratuszu, o kryminalnych zagadkach i czarnych punktach Olsztyna. Czułam się jakbym przyjechała do jakiegoś małego Detroit czy Memphis. I słusznie, statystki wskazują, że najczęściej do zabójstw, bójek i pobić dochodzi właśnie w Olsztynie.

(Krawiel przy rzeźbie lodowej olsztyńskiego ratusza)

   Ciekawie wysłuchiwało się tych historii o zbrodniach, mijając rozbawione dzieci podróżujące kolorową kolejką wśród choinek, widząc świętego Mikołaja udzielającego wywiadu dla telewizji i przechodząc przez zatłoczony korytarz między straganami jarmarku świątecznego. 
   Zupełnie dwie różne wizje miasta, które połączyłam w momencie, gdy agresywne zapachy oscypków, grzanego wina, słodkich pierników i dyndających szynek pod dachami jarmarcznych budek wymieszały się w jedną falę wrażeniową pełną skrajności. 
   Po chwili zobaczyłam uwięzione psy w klatkach czekające na zaprzęg, a obok krainę figur lodowych. W pewnym momencie dziecko zjeżdżające ze ślizgawki (wykutej z lodu i otoczonej też wieloma innymi posągami z tego materiału) wykrzyknęło rozczarowanym tonem: 'Babciu, a kiedy zobaczymy te całe rzeźby lodowe?!'. W podobny sposób zadawałam pytanie w myślach: 'Kiedy zobaczę ten cały Olsztyn?', choć właśnie w nim byłam.

1 komentarz:

  1. to co tam męczysz na kserówkach.... moja praca dyplomowa. nie mogę patrzeć na tę teorię. ;) W Olsztynie nie byłam, a oscypków (<3) najadłam się w mojej mieścinie kilka dni temu.

    OdpowiedzUsuń