czwartek, 24 października 2013

_Lista moich ulubionych, współczesnych artystów japońskich:

Yumiko Kayukawa




Flamingową grafikę miałam zapisaną przez długi czas na komputerze, zanim dowiedziałam się czyjego jest autorstwa. Uwielbiam kolorystykę i pozorny absurd tych obrazów. Gdy zaczęłam interesować się Yumiko Kayukawą, najbardziej zdziwił mnie jej wiek. Ma już ponad czterdzieści lat. Poza tym, niewiele o niej wiem. Znalazłam w internecie tylko jeden wywiad (z 2005 roku), w którym opowiadała, że lubi oglądać filmy o yakuzie i mecze baseballowe, ech. Na jej stronie wyczytałam, że wydała teraz książkę o wilkach. 

~~~

Naohisa Inoue




Projekty świata z moich snów i marzeń. Kocham ten psycho-surrealizm i kolory jak z baniek mydlanych. Gdy zetknęłam się z pracami Naohisy Inoue, miałam wrażenie, że skądś je znam. Okazało się, że już od dwóch lat Oberbe próbował mnie przekonać do obejrzenia 'Ibalard Jikan' (studia Ghibli). Wszystko stało się jasne - powyższe ilustracje to po prostu kadry z tego filmu. Kolejne zaskoczenie - autor jest profesorem sztuki i ma sześćdziesiąt pięć lat. Podziwiam taką fantazję. Po śmierci trafię do obrazków Naohisy i tam będę żyć wśród czarodziejskich pejzaży.

~~~

Kanae Sato




Bardzo proste ilustracje, ale magiczne przez swoją delikatność. W jakiś sposób wzruszają mnie. Widzę siebie na tych obrazkach. Przypominają mi trochę styl rysunków z czytanek szkolnych lub tych z 'Persepolis', gdyby były pokolorowane. Czuję się bezpiecznie patrząc na takie grafiki. Kanae nie jest tak popularna w Japonii tak jak Yumiko i Naohisa. Maluje na zlecenia. 

~~~

Aya Takano




Marzę o tym, żeby środkowy, kosmiczny obraz zawisł kiedyś w mojej sypialni. Powyższy wybór dość łagodny - reszta prac jest o wiele mocniej nasycona erotyzmem. Aya Takano to trochę Toshio Saeki w spódnicy, tylko że taki w wydaniu kobiecym, bardziej zdrowym i zmysłowym. Artystka oprócz rysunku zajmuje się też tworzeniem opowiadań o tematyce science-fiction, co wcale mnie nie dziwi, gdy próbuję wyobrazić sobie jej wyobraźnię.

piątek, 18 października 2013

_Rymiprzewodnik po Toruniu

   Pisałam kiedyś, że niechętnie wracam do tego miasta z powodu dość konkretnych animozji i z poczucia, że wyeksploatowałam je bez reszty. Niesłusznie. Powoli moja oschłość do Torunia ustępuje miejsca zdrowszemu sentymentowi. Chyba przyczyniła się do tego przeczytana książka 'Cztery strony czasu' Iwony Chmielewskiej i zdecydowanie spędzony tam (prawie miesiąc temu) weekend z Oberbe.


   Postanowiłam, że spojrzę na Toruń tak, jakbym wcześniej nie mieszkała w nim przez kilka lat. Jakbym była w tym miejscu pierwszy raz. Jakbym nic o nim nie wiedziała. Jakby to była wycieczka. Jakbym była turystką. Jakbym lubiła gotyk i jakby nie padał właśnie deszcz.


   Kilka godzin przed wyjazdem natrafiłam na informację, że właśnie rozpoczyna się akcja 'Toruń za pół ceny', w której udział bierze wiele instytucji kulturalnych, hoteli, restauracji i kawiarni. W ten sposób moja wyimaginowana turystyka stała się łatwiejsza, bo z pięćdziesięcioprocentową zniżką.


   Sobota rano. Dotarliśmy właśnie do Torunia i przypadkowo spotykam znajomą z eks-studiów, która czeka na zajęcia fotograficzne w miejscu, w którym Oberbe organizuje swój Psychatogowy Turniej, czyli w Centrum Kształcenia Ustawicznego. Następnie mijam Centrum Taniej Odzieży i kolejkę czekającą na nowy towar. Tutaj spotykam (też znów przypadkowo) moich byłych współlokatorów, którzy wybierają się na medytacje. No cóż, jednak trudno być turystą w miejscu, gdzie co chwilę słyszysz 'cześć'! Aczkolwiek to miłe niespodzianki.


   Kiedyś wydawało mi się, że znam każdą cegłę w Toruniu, a to bzdura. Wystarczyło, że rok temu Oberbe wziął mnie za rękę i wprowadził na powyższy dziedziniec. Jakoś wcześniej umykał mojej uwadze. Postanowiłam to zmienić i wybrać się w końcu do 'Muzeum Okręgowego', do którego ów dziedziniec prowadzi. 
   Koszt biletu z podwójną ulgą (studencką + 'toruńzapółceny'): zaledwie dwa złote, a dodatkowo darmowy wstęp do nieco przerażającej 'Galerii sztuki gotyckiej', gdzie dominowała twórczość sakralna. Obrazy, witraże i figury przedstawiające misterium-męki-pańskiej i żal-za-grzechy. Poświęciłam tym ekspozycjom zaledwie dziesięć minut, ale tyle wystarczyło, żeby wprowadzić mnie w ciężki nastrój. Była sobota, dopiero 10:00 rano.


   Dlatego przeszłam do głównej części 'Muzeum Okręgowego', które okazało się wielopoziomowe i bardzo treściwe. Widziałam ogrom rzeczy, które pozwoliły mi w wyobraźni zrekonstruować średniowieczny Toruń. Artystyczne bramy, wzorzyste piece kaflowe, klimatyczne zegary i fikuśne formy do pierników...


   Następnie obejrzałam film o szlaku bursztynowym i zbiory archeologiczne, kolekcję księżnej Izabeli Czartoryskiej, wystawę związaną z numizmatyką, kompozycję biżuterii renesansowej i manierystycznej oraz wiele innych zbiorów, o których nie pamiętam. 
   Moja percepcja po dwóch godzinach przetwarzania tylu informacji zaczęła się buntować, a to dopiero pierwsze muzeum. Starałam się przyspieszyć oglądanie, ale to było niemożliwe, gdy trafiłam do sali z obrazami słynnych malarzy. Jacek Malczewski, Stanisław Witkiewicz, Julian Fałat, Bolesław Cybis i trzy kropki. Z tego grona widziałam wcześniej na żywo tylko prace Witkacego. Po przestudiowaniu wszystkich maźnięć pędzla resztkami sił dotarłam na najwyższe piętro. A tam...


   Wystawa, która najbardziej pasuje do obszaru moich artystycznych zainteresowań! Sztuka szczera i niezmącona - a jeśli już, to minimalnie - schematami. Uwielbiam prace dzieci, które nie przejmują się zaleceniami opiekunów proponujących rozpoczęcie obrazu od narysowania żółtego słońca z promieniami w lewym, górnym rogu kartki. 


   Najbardziej zdziwiło mnie, że sala, w której była ta wystawa, stanowiła jedyne pomieszczenie, którego nie pilnował muzealny kustosz. Widocznie uznano, że ilustracje dziecięce przygotowane na konkurs plastyczny pt. 'Moja przygoda w muzeum' nie są cenne. Błąd. Moja percepcja w tym miejscu ozdrowiała. 
   Po wyjściu z muzeum przejrzałam ofertę restauracyjną przygotowaną na akcję 'Toruń za pół ceny' i udałam się do 'Kona Coast Cafe' celem konsumpcji wybornej zupy kremowej z cukinii za trzy złote! Ruszyłam do 'Muzeum Podróżników im. Tony'ego Halika'. Znów kosztowało mnie to tylko dwa złote.


   A tyle wiedzy etnograficznej! Z zachwytem przyglądałam się strojom z Gwatemali i Meksyku (powyżej), ozdobom ciała łowców głów, biżuterii etiopskiej, chińskim dekoracjom zebranym przez Elżbietę Dzikowską, żonę Tony'ego Halika. Podczas zwiedzania muzeum wdałam się w małą dyskusję z chłopcem (maksymalnie dziesięcioletnim) na temat szyszaków perskich. Muszę przyznać, że sporo się od niego nauczyłam. Miłą niespodzianką była też wystawa 'W kręgu obrzędów. Azja i Oceania' Karoliny Sypniewskiej - podróżniczki, którą poznałam kiedyś w toruńskim 'Dworze Artusa'.


   Następne na liście było spotkanie z Polą i Pawłem w nowej, w założeniu: biznesowej kawiarni 'Hanza Cafe', która także brała udział w promocyjnej akcji i za niecałe pięć złotych można było zamówić zestaw: kawa plus muffinka. Przyjemne spotkanie w rozkosznie minimalistycznym miejscu.


   Chciałam przejść się do planetarium, które także na tamten weekend obniżyło cenę, aż do pięciu złotych. Jednakże powyższy widok nieco mnie zniechęcił. Zresztą byłam już kilka razy w tym miejscu. W dodatku robiło się coraz później. Wiedziałam już, że z powodu ograniczenia czasowego (i zbyt długiego studiowania wystaw w 'Muzeum Okręgowym') będę musiała zrezygnować z wizyty w 'Domu Eskenów', 'Kamienicy pod Gwiazdą', 'Domu Mikołaja Kopernika' i kilku innych punktów na mapie. 


   Wybrałam się jeszcze do ukochanej galerii sztuki 'Wozownia', która także wzięła udział w 'Toruniu za pół ceny', ale w dość oryginalny sposób - udostępniła ekspozycje za darmo. Bardzo często odwiedzałam to miejsce po szkole (a czasem nawet w trakcie szkoły), gdy mieszkałam jeszcze w Toruniu. Aktualnie odbywały się tam wystawy: '9 Trienalle Małych Form Malarskich' (powyżej), 'Robimy Muchomora' Iwony Liegmann, 'Under ground' Michała Aniempadystau i 'Imperium snu' Justyny Gruszczyk - gdzie leżałam na wygodnej pufie i zrelaksowana wsłuchiwałam się w opisy senne, aż nagle zadzwonił telefon.
   Oberbe poinformował, że trafił do top4 rozgrywanego turnieju i, że niebawem możemy iść na obiad. Trafiliśmy do restauracji typu 'Jesz, ile chcesz' z włoską kuchnią. Wstęp także promocyjny: nieco ponad dziesięć złotych.


   Trochę zmęczeni pojechaliśmy tramwajem do domu Kacha, gdzie zostaliśmy pod opieką kotów, co było dla nas nowym doświadczeniem. Zgodnie nie wykazujemy się nadprogramową chęcią posiadania zwierząt, ale jeden wieczór z kotami nie był dla nas problemem. Dla nich chyba też nie. 


   Drugiego dnia o świcie była cudowna pogoda, choć w umiarkowanej ekscytacji nią, zdążyłam się popłakać. Przypomniało mi się, że Oberbe niebawem leci do Japonii. 'Jesień trwa, rdzawych liści czas. Kaloszy, peleryn i mgły'.


   Natomiast do tego zdjęcia pasuje idealnie Fever Ray. 'Whispering: morning, keep the streets empty for me'. Tęskno. Tak jak pisałam niedawno, Oberbe jest już w Azji. Ostatnio oglądałam puste ulice jednej z dzielnic Tokio (na żywo, przez stronę internetową), gdy trwał tajfun. Przejmujący był widok hulających drzew i zmieniającej się sygnalizacji świetlnej dla nikogo. 


   Wracając do tematu tamtego weekendu w Toruniu - Oberbe poszedł na drugą część turnieju (powyżej), ja postanowiłam wybrać się do rodzinnego Zajezierza na kilka godzin:


   Lubię spokój i przewidywalność tego miejsca. O dziewiątej rano tata wraca z koszem grzybów, nadziewamy je wspólnie na nitkę tworząc naszyjniki, które trafiają na kaloryfer. Pachnie nimi w całym domu, a potem perfekcyjnym obiadem przygotowanym przez mamę. W sumie to była długa droga, żeby odnaleźć w takich sytuacjach magię. Teraz jest dla mnie oczywista. 'Remember: it's okay to be happy with a calm life'. Hasło z kosmosu, ale zapadało mi w pamięć ze względu na uspokajający wydźwięk.


   Wróciłam do Torunia i akcja promocyjna nadal trwała. Postanowiłam wybrać się do 'Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej'. Miejsce też mi znane. Obok jest skansenowy park, w którym rysowałam kiedyś młyn wodny. Tym razem zwiedziłam wystawę 'Lokalny pejzaż kontrkultury. Peace, Love i PRL'. Koszt: znów dwa złote.


   Kwestia rewolucji hipisowskiej jest mi dość bliska i szkoda, że potraktowano przestrzeń muzealną trochę jak gazetkę szkolną. Po prostu poprzyklejano stare rzeczy w określone miejsca, co mam wrażenie spłaszczyło tematykę kontrkulturową. Jednakże i tak udało mi się w tej pstrokatości znaleźć odpowiedni klimat. Na pewno pomógł w tym lecący w tle psychodeliczny rock.


   Miłym akcentem był pokój odtwarzający salę zajęciową z liceum, do którego chodziłam lub czasem nie (tak jak wspominałam przy okazji tematu 'Wozowni'). Z wczuwania się w klimat klasy znów wytrącił mnie telefon i informacja, że Oberbe zajął drugie miejsce (duma!) i możemy wracać już samochodem z nieznajomymi znajomymi, nie czekając na nasz wieczorny autobus. Okazało się, że pierwsze miejsce zdobyła dziewczyna (warto zaznaczyć, że to niezbyt częsty przypadek w magicowej grze), z którą wróciliśmy do Warszawy. I z jej chłopakiem - kierowcą. Lubię niebo w podróży i to, że nie ma na nim reklam (zakładając, że nieczęsto widzi się balony firmowe).


   W ten sposób spędziłam turystyczny weekend w Toruniu za dwadzieścia cztery złote! Wliczając koszty przejazdu: nieco ponad pięćdziesiąt. Zwiedziłam trzy muzea i galerię sztuki (łacznie: prawie dwadzieścia wystaw), zobaczyłam większość zabytków i chyba wszystkie pomniki w centrum, zjadłam dwa obiady w restauracji i deser w kawiarni. 
   Przydałby się tu jakiś mądry cytat o tym, że życie to podróż, że z pozoru znane zawsze jest nieco nieznane, że sztuką jest umiejętność zatrzymania się w wyścigu i wyjście na spacer z żółwiem na smyczy oraz wydanie ostatnich dwudziestu czterech złotych na podróż do Torunia.

poniedziałek, 14 października 2013

_Jak gejsza bez kimona, Yoko Ono bez Lennona, jak Tokio pod śniegiem...

   Sowa była ostatnio zbyt osowiała, żeby prowadzić bloga. Mogłaby co najwyżej pisać wiersze o tęsknocie. Mogłaby, ale nie mogłaby, bo na razie zbyt duże rozedrganie emocjonalne, ale gdyby jednak mogła, to pisałaby o tym, że 'męska rzecz - być daleko, a kobieca - wiernie czekać' i tak dalej. Oberbe wyleciał do Japonii na dwa miesiące i od kilku dni jest tak:








   Rozemocjonowanie. Nie dziwię się, że słowo 'tęsknota' nie ma żadnego synonimu. Jest ewidentna, oczywista i nieopisywalna. Brakuje mi Oberbe, choć lubię samotnie spędzać czas. Tęsknię za japońską Tsukubą, mimo że oswoiłam się już z Warszawą. 
   Wróciłam do studiów królowej nauk, haha, czyli socjologii, ale udaję, że studiuję antropologię - uczestniczę w zajęciach tylko z nią związanych. Pierwszego dnia w nowej szkole przywitał mnie utwór 'We don't need no education' lecący w radiu, więc stwierdziłam, że nie będzie tak źle. A tym bardziej, gdy uświadomiłam sobie, że mam tak blisko do Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, zaledwie trzyminutowy spacer przez uroczy park. BUW automatycznie stał się moim drugim domem. Jakoś sobie radzę. Nauka cierpliwości.
   Rymiłość. Rymiłość. Rymiłość. Rymiłość. Rymiłość. Rymiłość.
Jak dobrze, że jest Skype!