piątek, 6 września 2013

_Dobrý den. Jak se máš? Czyli weekend w Czechach, część pierwsza.

   Malarz Alfons Mucha, pisarz Franz Kafka, folkowo-punkowy zespół Vobezdud (basistą kolega Vojtěch), piosenkarka Helena Vondráčková, film 'Český sen', bajkowe postacie: Krecik i Rumcajs, książki Mariusza Szczygła, piwo Pilsner Urquell i owocowe knedle. W ogólnym zarysie taka skojarzeniowa wyliczanka przyszła mi na myśl, gdy pakowałam się na wyjazd do Czech.
   Bezpośrednim powodem podróży - udział Oberbe w Grand Prix Magic: The Gathering w Pradze. Kwestia transportu była pod delikatnym znakiem zapytania - nasz znajomy kierowca Giovanni uległ wypadkowi na włoskiej autostradzie tydzień przed wycieczką do Czech - na maskę jego samochodu wybiegł z lasu ogromny jeleń. Na szczęście z tej całej akcji najbardziej poszkodowane było auto. Zwierzę wróciło do lasu, Giovanni wypożyczył nowy samochód. Jedziemy.


   Po kilku godzinach zauważamy rzędy paneli solarnych, sprzedawcę arbuzów z wąsem i fryzurą w stylu 'czeski metal', zwaną też mulletem oraz tablice informacyjne z literami, nad którymi gdzieniegdzie przecinki i daszki. W tle dźwięki SMSów informujących nas o roamingu. Dotarliśmy. Chłopcy idą zapisać się na turniej, a ja wybieram się na samotny spacer po Pradze. W pierwszej kolejności najbardziej zainteresowały mnie witryny sklepowe. Pstrokatość.


   Znalazłam trafny opis tej kwestii na prahanaliowym blogu: "Kiedy widzi się, co ludzka wyobraźnia potrafi stworzyć na dwóch metrach przestrzeni za szybą, należałoby raczej napisać o tym jakieś opasłe tomiszcze: Wystawy sklepowe a mentalność Czechów albo Wystawy sklepowe jako egzemplifikacja nostalgii za komunizmem, ponieważ wyglądają jak hymn do minionych czasów. Zupełnie jakby poczucie estetyki sklepikarzy zatrzymało się w latach 70-tych. Ten przepych, nadmiar towaru i pierwszy blichtr importowanych produktów". 


   Zgadzam się, choć akurat ta powyższa wystawa bardzo mnie urzekła. Takie metalowe retro szkatułki przypominają mi z dzieciństwa duńskie, maślane ciastka w granatowych, okrągłych puszkach. Niestety sklep zamknięty. Zresztą jak wiele innych. Jest weekend, Czesi odpoczywają, z czego korzystają Azjaci mający swoje miejsca handlowe w co trzecim budynku na ulicy, przy której tymczasowo zamieszkałam.


   A tak poza tym, to mijam ładnie zdobione kamienice, tramwaje wyprzedzające autobusy, restauracje przedłużone o stoliki znajdujące się na chodniku. Zauważam Oberbank i robię zdjęcie, żeby pokazać Oberbeuszowi. Później okazuje się, że kilka osób wpadło na identyczny pomysł.


   Ten swobodny spacer przypadkowo zaprowadza mnie pod 'Palace of Industry'. Miejsce, gdzie odbędzie się wspomniane wcześniej Grand Prix. Trwają tu zapisy. Czuję się jakbym zmierzała do miksu Tadż Mahal z Rosyjską Cerkwią stylizowaną na Disneyland. I jeszcze ten Tutanchamon na pierwszym planie! Mam kiczowaty gust w sprawie architektury, więc towarzyszy mi lekka ekscytacja.


   Spotykam Oberbe i Giovanniego. Postanawiamy coś zjeść. Obok naszego mieszkania znajduje się bar sushi, więc wszelkie knedle odpadają. Robi się ciemno. Idziemy na wzgórze do samochodu, z którego Giovanni wyjmuje dużą poduszkę z nadrukiem motywu z bajki 'Winnie the Pooh'. Mówi, że bez niej nie zaśnie. Poduszka wystąpi jeszcze w mojej historii o Czechach, ale o tym w następnej części. 
   Zawsze chciałam zastosować cliffhanger, czyli popularny zabieg znany na przykład z filmów i seriali, polegający na zawieszeniu akcji w sytuacji pełnej napięcia. Nigdy nie przypuszczałam, że główną rolę odegra w nim bajkowa poduszka.

~~~


A tu takie jakby napisy końcowe. Podwójny fragment naszego czeskiego mieszkania i mój pomysł na to, jak 'ukryć' żenujący fakt własnoręcznego fotografowania siebie w lustrze.

6 komentarzy:

  1. Powiedz jak ty to robisz że se mieszkasz gdzie chcesz ? :P Japonia, Czechy...weś mi przysyłaj pocztówki bo zbieram :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daj adres na priv, to wyślę, nawet póki co z Warszawy. Chciałabym 'mieszkać se, gdzie chcę' i kiedyś tak będzie. Na razie podróżuję ile się da. Oberbe często zmienia miejsce pobytu ze względu na pracę naukową i zainteresowanie turniejami karcianymi. W miarę finansowych możliwości jeżdżę za nim. Nie mam długów, nie imprezuję, nie gromadzę już zbędnych rzeczy, wyprzedaję niepotrzebne. Mniej więcej tak.

      Usuń
  2. I czego udajesz napisami końcowymi, że jesteś w Japonii i masz neko? Taki żarcik. Fajnie Ci to wyszło. :)

    A co do Pragi to oczekuję dalszej części. :) Lubię Pragę i lubię czeskie filmy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, oprócz maneki neko, mam jeszcze górę Fudżi na sejfie, krzak kwitnącej wiśni wyrastający z lampy, flagę Japonii na włączniku światła, wachlarzyk i te pałeczki do koka, nie wiem jak się nazywająąą - pomożesz? : >
      Nie znam kinematografii czeskiej, możesz mi coś polecić w wolnej chwili.

      Usuń
    2. a nie wiem jak się nazywają te kijaszki ;) a apropos wiśni to fajnie Ci płatki wyszły - te na ziemi.

      Hmm muszę się zastanowić (nie mam pamięci do tytułów)... ale tak w tej chwili przychodzą mi do głowy "Butelki zwrotne"

      Usuń
    3. Dzięki, obejrzę przy okazji. Aaaa i dopiero teraz przypomniało mi się, że Jan Švankmajer jest Czechem! Uwielbiam jego filmy. Jeśli nie znasz, obejrzyj. Nawet na youtubie znajdziesz sporo jego filmików krótkometrażowych. A te pałeczki/kijaszki nazywają się chyba po prostu szpilkami do włosów, jakkolwiek przerażająco to brzmi : )

      Usuń