sobota, 21 września 2013

_Dobrý den. Jak se máš? Czyli weekend w Czechach, część trzecia.

   Ostatniego dnia w Pradze byłam turystką. W tym sensie, że wybrałam się do serca miasta obejrzeć zabytki, posłuchać historii na ich temat, zjeść w miarę tradycyjny obiad czeski i zostawić parę koron w sklepach z pamiątkami. Moim przewodnikiem była Katarzyna, z którą kiedyś mieszkałam w Toruniu. Mniej więcej właśnie do momentu jej wyjazdu na stałe do Czech. Gdy pojawiłam się w Pradze, wspólne spotkanie było oczywiste.


   Okazało się, że mieszkamy (ja tymczasowo) w tej samej dzielnicy - Holešovice. Przeszłyśmy razem mostem o nazwie Hlávkův do starej części miasta. Po drodze zaczęłam opowiadać o przyczynie mojego przyjazdu do Pragi, czyli o grze Magic: The Gathering i nagle minęłyśmy (powyżej) porzuconą matę, która służy na turniejach jako podkładka pod karty. Czułam się jakby moja historia była na bieżąco ilustrowana przez uliczny galimatias. 


   Odwiedziłyśmy słynny budynek secesyjny - Miejski Dom Reprezentacyjny ('Obecní dům'), którego wystrój zaprojektował między innymi (artystami) Alfons Mucha. W 'Obecnym domu' odbywają się koncerty, wystawy i inne wydarzenia kulturalne. Kiedyś na jego miejscu stał Pałac Królewski. Nieopodal zobaczyłam instalację charytatywną (powyżej zdjęcie) złożoną z drewnianych bloczków. Kupuje się jeden, podpisuje swoim imieniem i dokłada do reszty.


   Potem trafiłyśmy na Plac Wacława (Václavské náměstí). Znajdują się tu najdroższe restauracje i hotele (w jednym z nich Hans Christian Andersen napisał 'Księżniczkę na ziarnku grochu'). Na powyższym zdjęciu fragment tego placu i Muzeum Narodowe. Niedaleko znajduje się pomnik księcia Wacława na koniu, przy którym skończyła się Aksamitna rewolucja (zbiór demonstracji doprowadzający do transformacji ustrojowej, tak w skrócie).


   Po chwili znalazłyśmy się w Pałacu Lucerna - ogromnym kompleksie złożonym z kina, teatru, kawiarni i wielu sklepów. Co ciekawe, miejsce to miało służyć kiedyś jako stadion hokejowy. Tutaj zobaczyłam rzeźbę kontrowersyjnego artysty Davida Černeho, przedstawiającą przeróbkę pomnika, który widziałam przed chwilą: teraz książę Wacław znajduje się na martwym, odwróconym koniu z wystającym językiem. Wyżej zdjęcie z tą rzeźbą i Katarzyną pozującą jak prawdziwa Japonka. Kawaii desu! 
   Można też zobaczyć na tej fotografii rząd pięciu wysokich okien zakończonych łukiem. To kawiarnia, w której zatrzymałyśmy się na chwilę. Gdy otrzymałyśmy nasze zamówienie, Kaśka sącząc swoje latte podsumowała mój wybór: 'Nigdy nie byłam z nikim na kawie, kto ostatecznie piłby herbatę rumiankową'. Haha, zawsze przy opcji na przykład: melisa lub capuccino, wybiorę to pierwsze.


   Nagle Kaśka enigmatycznie powiedziała coś w stylu: 'Zaprowadzę Cię w miejsce, które na pewno zrobi na Tobie wrażenie'. Ekscytacja ze znakiem zapytania. Krążyłyśmy po jakichś tajemniczych korytarzach aż nagle zauważyłam stoliki na tle czerwonej zasłony i biało-czarno zygzakowatej podłogi. Twin Peaks! Dopiero teraz poczułam chęć na 'a damn fine cup of coffee'. Takie magiczne miejsce mieści się w kinie Světozor.


   Na koniec zwiedziłyśmy Rynek Staromiejski, na którym znajdują się: Kościół NMP przed Tynem (na zdjęciu z dwiema wieżyczkami), Kościół świętego Mikołaja, muzeum z pracami Salvadora Dalego i Alfonsa Muchy, pomnik Jana Husa, ratusz i Orloj, czyli zegar astronomiczny z ruchomymi figurkami apostołów. Tutaj panorama rynku pożyczona z Wikipedii i pospiesznie opisana przeze mnie na zawieszającym się tablecie:


      Raczej z tych wszystkich atrakcji najchętniej wybrałabym muzeum z obrazami Salvadora Dalego i Alfonsa Muchy, ale miałyśmy już mało czasu do mojego powrotu, a chciałyśmy jeszcze coś wspólnie zjeść. Czytałam nieco o tradycyjnych posiłkach czeskich i byłam przerażona ich wizją. Mięso z bitą śmietaną? Wyjaśnienie tej kwestii znalazłam dopiero na stronie Mariusza Szczygła. 


   To ja i Katarzyna na naszej dzielni (off-topic), a tu odpowiedź na moje pytanie o śmietanę na mięsie: "Otóż bita śmietana na polędwicy czy gulaszu to śmietana bez cukru! Zastanawia mnie zawsze zwyczaj dodawania w Czechach kopca stojącej, gęstej bitej śmietany do mięs a nawet zup rybnych. I mam na to swoją teorię: niewielki naród, dla którego każdy człowiek jest ważny („nas jest zbyt mało, byśmy ginęli na wojnach” – pisała czeska ukochana Kafki, Milena Jesenska) musi mieć metodę na przeżycie. A przeżyć, to być grubym. Żeby na wypadek nędzy i głodu mieć z czego schudnąć. Moim zdaniem, to społeczna podświadomość podyktowała Czechom, by na co się da, kłaść bitą śmietanę".


   Wróciłyśmy tramwajem do naszej części miasta na obiad, który miałyśmy zjeść z Vojtěchem (chłopakiem Kaśki, basistą Vobezdudu, jak już wspominałam w pierwszej części) i z kimś, kogo Katarzyna sugerowała, że nie znam. Na miejscu okazało się, że to Matěj, który nocował u nas kiedyś w Toruniu, gdy przyjechał na wycieczkę. Świat mały.
   Rozmawialiśmy przy stole po czesku-polsku-angielsku, co prowadziło do śmiesznych nieporozumień. Opowiadałam na przykład Kaśce po polsku o tym, jak jedna z restauracji próbowała mnie oszukać, na co Matěj zastygł bez ruchu. Jak się okazało 'oszukać' po czesku oznacza mniej więcej tyle, co 'zaliczyć kogoś, przelecieć'.


   Wracając do tematu jedzenia: obyło się bez mięsa ze śmietaną! Zamówiłam: smažený hermelín (camembert w panierce), tatarská omáčka (sos tatarski), krokety (kuleczki ziemniaczane) i Birell (bezalkoholowe piwo). Cały ten zestaw był gigantyczny. Do niego dołączono jeszcze sytą porcję warzyw. Zapłaciłam chyba równe sto koron, czyli nieco ponad szesnaście złotych. Idealna cena jak na europejską stolicę. Restauracja była bardzo klimatyczna - w powietrzu jeszcze unosił się zapach komunizmu, a kelner podał nam przed chwilą umyte szklanki, po których spływały krople wody. 


   Zegar powiedział mi, że praski czar dobiega końca i musiałam wracać do Pałacu Przemysłowego, w którym znajdował się Oberbe i współtowarzysze wyjazdu (powyżej). Poznałam tam kobietę, która w trakcie rozmowy o podróżach przyznała, że zna i czyta mój osowiały blog (pozdrawiam!). A chłopcy zgłodnieli i znów trafiliśmy do tej samej azjatyckiej restauracji, co dzień wcześniej. Na koniec wsiadamy do samochodu, zapinamy pasy i rozlega się paniczny głos Giovanniego: 'Ja pertolęęę! Kcie je moje potuszka?'. 
   Śmiejemy się, a Giovanni wcale nie żartuje. Idzie do naszego eks-mieszkania z nadzieją, że jest tam jeszcze sprzątaczka i odzyska swoją poduszkę z nadrukiem motywu z 'Winnie the Pooh'. Dzwoni do właścicielki, wyłączony telefon. Z trudem zgadza się na powrót. 
   Jedziemy nocą szerokimi autostradami i rozmawiamy. Nawet Giovanni czasem się zaśmieje, ale i tak po chwili znów przypomina mu się o zgubie. Dotarliśmy bezproblemowo do Warszawy, a poduszka podobno już odzyskana - wróciła pocztą. Szczęśliwe zakończenie. 'The end' zapisane jasną, finezyjną czcionką na jednolitym tle. 

sobota, 14 września 2013

_Dobrý den. Jak se máš? Czyli weekend w Czechach, część druga plus konkurs!

   Przed snem przeglądam ulotki turystyczne z myślą o następnym dniu w Pradze. Zorganizowana wycieczka z przewodnikiem? Podróż statkiem po Wełtawie? Zwiedzanie miasta z okna wysokiego autobusu słuchając historii Czech? Odrzucam wszystkie te możliwości i po prostu pakuję do plecaka kilka map. Sen. Czeski sen.


   Rano wybieram się do 'Palace of Industry'. Zaraz rozpocznie się Grand Prix Prague w Magic: The Gathering. Na sali jest 1500 uczestników, którzy pospiesznie składają talie z otrzymanych losowo paczek. Mijam wielu znajomych, ale Oberbe znajduję dopiero po okrążeniu prawie wszystkich stolików. 


   Widzę po jego minie, że nie pogra długo. Trafił na słaby zestaw kart. Pocieszam całusem i idę samotnie zwiedzać okolicę. Zauważam 'Veletržní palác', w którym znajduje się 'Galeria Narodowa'. Trwa wystawa 'The Slav Epic' Alfonsa Muchy!


   Gdy moja siostra zobaczyła powyższe zdjęcie, myślała że byłam w salonie Peugeota. Faktycznie emblemat 'Národní Galerie v Praze', ale też i godło Czech przypominają logo tej francuskiej marki samochodów. 


   'Epopeja słowiańska', czyli wystawa na której byłam to zbiór dwudziestu ogromnych płócien przedstawiających historię Słowian. Mucha podobno zakładał, że namaluje ten zestaw w maksymalnie sześć lat, a ostatecznie zajęło mu to osiemnaście. W tym celu podróżował do Rosji, Serbii, Bułgarii, ale także Polski. Wśród tych obrazów przedstawiona jest scena końca Bitwy pod Grunwaldem


   Prace z 'The Slav Epic' Alfonsa Muchy zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Wcześniej kojarzyłam jego twórczość tylko z secesyjnymi obrazami kobiet na tle arabesek, a okazuje się, że artysta ten zaprojektował także logo i pierwsze banknoty czeskie oraz namalował freski w 'Miejskim Domu Reprezentacyjnym' ('Obecní dům'), w którym znajduję się na powyższym zdjęciu.


   Następnie trafiam na taki widok. 'Uličnická Galerie' to chyba społeczna inicjatywa, ale niestety nie znalazłam na ten temat zbyt wielu informacji w znanych mi językach. Mam wrażenie, że postuluje ona wolność słowa, tolerancję i tak dalej. Polecam porównawczo obejrzeć krótki filmik ukazujący proces powstawania tej 'Galerii Urwisów' (tak zabawnie przetłumaczył to Google Translator) - KLIK! W tle leci utwór 'I'm not in love' Crystal Castles.


   Na koniec dnia zaglądam do pobliskiego kościoła zaciekawiona witrażami. Przez przypadek biorę udział w ceremonii chrztu jakiegoś czeskiego dziecka.


   Chciałabym jeszcze opisać tyle rzeczy, ale jednak zostawię je na trzecią część, wcześniej nieplanowaną. Na ostatnim zdjęciu widoczne są pamiątki, które przywiozłam z Czech. Wśród nich laurka z obrazem 'Reverie' Alfonsa Muchy. Wyślę ją do osoby, która jako pierwsza napisze w komentarzu poniżej, o czym wspominałam na końcu poprzedniej części, a co pominęłam w dzisiejszym poście, choć sygnalizowałam wcześniej, że będzie inaczej. Wiem, że brzmi to chaotycznie, ale zagadka prosta. W odpowiedzi można podać nawet tylko krótkie hasło!

piątek, 6 września 2013

_Dobrý den. Jak se máš? Czyli weekend w Czechach, część pierwsza.

   Malarz Alfons Mucha, pisarz Franz Kafka, folkowo-punkowy zespół Vobezdud (basistą kolega Vojtěch), piosenkarka Helena Vondráčková, film 'Český sen', bajkowe postacie: Krecik i Rumcajs, książki Mariusza Szczygła, piwo Pilsner Urquell i owocowe knedle. W ogólnym zarysie taka skojarzeniowa wyliczanka przyszła mi na myśl, gdy pakowałam się na wyjazd do Czech.
   Bezpośrednim powodem podróży - udział Oberbe w Grand Prix Magic: The Gathering w Pradze. Kwestia transportu była pod delikatnym znakiem zapytania - nasz znajomy kierowca Giovanni uległ wypadkowi na włoskiej autostradzie tydzień przed wycieczką do Czech - na maskę jego samochodu wybiegł z lasu ogromny jeleń. Na szczęście z tej całej akcji najbardziej poszkodowane było auto. Zwierzę wróciło do lasu, Giovanni wypożyczył nowy samochód. Jedziemy.


   Po kilku godzinach zauważamy rzędy paneli solarnych, sprzedawcę arbuzów z wąsem i fryzurą w stylu 'czeski metal', zwaną też mulletem oraz tablice informacyjne z literami, nad którymi gdzieniegdzie przecinki i daszki. W tle dźwięki SMSów informujących nas o roamingu. Dotarliśmy. Chłopcy idą zapisać się na turniej, a ja wybieram się na samotny spacer po Pradze. W pierwszej kolejności najbardziej zainteresowały mnie witryny sklepowe. Pstrokatość.


   Znalazłam trafny opis tej kwestii na prahanaliowym blogu: "Kiedy widzi się, co ludzka wyobraźnia potrafi stworzyć na dwóch metrach przestrzeni za szybą, należałoby raczej napisać o tym jakieś opasłe tomiszcze: Wystawy sklepowe a mentalność Czechów albo Wystawy sklepowe jako egzemplifikacja nostalgii za komunizmem, ponieważ wyglądają jak hymn do minionych czasów. Zupełnie jakby poczucie estetyki sklepikarzy zatrzymało się w latach 70-tych. Ten przepych, nadmiar towaru i pierwszy blichtr importowanych produktów". 


   Zgadzam się, choć akurat ta powyższa wystawa bardzo mnie urzekła. Takie metalowe retro szkatułki przypominają mi z dzieciństwa duńskie, maślane ciastka w granatowych, okrągłych puszkach. Niestety sklep zamknięty. Zresztą jak wiele innych. Jest weekend, Czesi odpoczywają, z czego korzystają Azjaci mający swoje miejsca handlowe w co trzecim budynku na ulicy, przy której tymczasowo zamieszkałam.


   A tak poza tym, to mijam ładnie zdobione kamienice, tramwaje wyprzedzające autobusy, restauracje przedłużone o stoliki znajdujące się na chodniku. Zauważam Oberbank i robię zdjęcie, żeby pokazać Oberbeuszowi. Później okazuje się, że kilka osób wpadło na identyczny pomysł.


   Ten swobodny spacer przypadkowo zaprowadza mnie pod 'Palace of Industry'. Miejsce, gdzie odbędzie się wspomniane wcześniej Grand Prix. Trwają tu zapisy. Czuję się jakbym zmierzała do miksu Tadż Mahal z Rosyjską Cerkwią stylizowaną na Disneyland. I jeszcze ten Tutanchamon na pierwszym planie! Mam kiczowaty gust w sprawie architektury, więc towarzyszy mi lekka ekscytacja.


   Spotykam Oberbe i Giovanniego. Postanawiamy coś zjeść. Obok naszego mieszkania znajduje się bar sushi, więc wszelkie knedle odpadają. Robi się ciemno. Idziemy na wzgórze do samochodu, z którego Giovanni wyjmuje dużą poduszkę z nadrukiem motywu z bajki 'Winnie the Pooh'. Mówi, że bez niej nie zaśnie. Poduszka wystąpi jeszcze w mojej historii o Czechach, ale o tym w następnej części. 
   Zawsze chciałam zastosować cliffhanger, czyli popularny zabieg znany na przykład z filmów i seriali, polegający na zawieszeniu akcji w sytuacji pełnej napięcia. Nigdy nie przypuszczałam, że główną rolę odegra w nim bajkowa poduszka.

~~~


A tu takie jakby napisy końcowe. Podwójny fragment naszego czeskiego mieszkania i mój pomysł na to, jak 'ukryć' żenujący fakt własnoręcznego fotografowania siebie w lustrze.