sobota, 3 sierpnia 2013

_Gościnny udział w obozie RPG w Zieleńcu, prezentacja o podróży do Japonii i Korei.

   Dwa wpisy temu wspominałam, że jedziemy na obóz RPG do Zieleńca, gdzie Oberbe poprowadzi warsztaty związane z grą Magic: The Gathering dla dzieci i młodzieży. Przy takich wyjazdach staram się jak najwięcej zaplanować, a w tym przypadku pojawiły się komplikacje, bo wszelkie zdobyte informacje osnute były mgłą. Gdy zadawałam Oberbeuszowi pytania o miejscówki w autokarze, warunki noclegu, kto nas odbierze z dworca i tak dalej, otrzymywałam odpowiedź polegającą na powściągliwym machnięciu ręką na znak, że jakoś to będzie.
   No i jakoś to było. Autobus z ludźmi, którzy spędzają podróż wzdychając: 'W tej chwili połowa drogi za nami', 'Która to już godzina?', 'Jeszcze dziesięć kilometrów do Wrocławia'... Przejazd przedłużył się z ośmiu do prawie dziesięciu godzin przez korki, a ja powstrzymywałam się przed przeczytaniem całej książki - jedynej, którą miałam przy sobie. Oberbe dostał SMS z numerem rejestracyjnym samochodu czekającym na nas na dworcu w Kłodzku. Zapamiętaliśmy dwie litery i pierwszą cyfrę, czym zasugerowaliśmy się (prawie) wsiadając do auta, którego kierowca był zdezorientowany naszą obecnością. Pomyłka. Mężczyzna czekał na swoją córkę, a właściwy samochód stał na innym parkingu.
   Specyficzna to była przejażdżka ze słuchaniem w tle rozgłośni katolickiej. Szofer opowiadał o swoich podróżach po świecie, ale że nic ciekawego. Na przykład ostatnio był na wakacjach na Alasce, ale zmęczył się, bo zmiana strefy czasowej, dużo tam trzeba było jeździć i latać. Przyznam, że raczej spodziewałam się opowieści o niedźwiedziach, zawodach psich zaprzęgów, poszukiwaniach złota czy obserwacji zorzy polarnej. Oprócz tego usłyszeliśmy sporo narzekań na polskie drogi, na parkingi, na cenę benzyny, wiadomo. 


   Dotarliśmy. Na miejscu okazuje się, że nie ma żadnych dzieci, jest młodzież i to raczej taka blisko mojego wieku. Poczęstowano nas kolacją w oddzielnej sali - zastanawiamy się przez chwilę, czy jesteśmy VIP, czy może jednak trędowaci. Co więcej, nie ma dla nas miejsc w tym schronisku.


   Ale za to dostajemy inną chatkę (tę powyżej). Całą dla siebie! Znajduje się niedaleko głównego schroniska - trzeba tylko pokonać ustawione przeszkody dla rowerzystów, którzy jutro będą startować w maratonie kolarstwa górskiego. 
   Piękny jest Zieleniec. W takich miejscach czuję się idealnie. Gdyby tylko usunąć te szpecące reklamy w postaci neonów i billboardów, to wręcz harmonia, filozofia zen i kwiat lotosu. 
   A tak w ogóle podziwiam też organizację tego typu obozów. Sama chętnie pojechałabym na cały obóz Otaku, czyli dotyczący kultury japońskiej. Taki też tu jest, ale odbywa się w innym terminie.

~~~

   Wieczorem oglądamy jeszcze fragment spektaklu larpowego (gry fabularnej rozgrywanej na żywo) i otrzymujemy pytanie, czy moglibyśmy jutro poopowiadać wspólnie o naszej podróży do Japonii. Zgadzamy się, choć ja niepewnie, ale po chwili też symbolicznie macham ręką, że jakoś to będzie.


   Budzi nas góralski dubstep, co najpewniej zwiastuje przygotowania do wyścigów kolarskich. Ziewając przesuwam zasłonę, żeby zobaczyć, jaka pogoda. Przecieram oczy ze zdumienia, bo za oknem pod naszą chatką nadmuchiwane podium.
   Idziemy na śniadanie do drugiego schroniska. Rowerzyści w kombinezonach ćwiczą podjazdy pod górkę, a niektórzy skaczą na rampach. Na trawie jeszcze rosa. Zauważam cudne drzewo, z którego wyrosły ławki, a w tle kamienny kościół.


   Szafa - jeden z organizatorów pyta nas, czy po śniadaniu możemy zrobić spotkanie o Japonii z młodzieżą. Oboje machamy ręką, że tak, że jakoś to będzie. Przypomina mi się, że mam przy sobie pendrive z folderem zawierającym zdjęcia z Japonii. Na szybko układamy prezentację. Okazuje się, że ja i Oberbe mamy inne wizje, ale nawet brak nam czasu na jakieś negocjacje. Stajemy przed grupą obozowiczów i opowiadamy o Japonii przy pomocy pokazu slajdów, podczas którego czasem powtarzają się zdjęcia, ale to nieważne. Jest swobodnie i sympatycznie. 
   Powyżej Airis opowiadająca po nas o tradycji parzenia herbaty. Dowiedziałam się sporo ciekawostek o zasadach, sprzętach, szkołach i mistrzach w przyrządzaniu matchy. Najbardziej zdziwiło mnie to, że nazwa 'ceremonia parzenia herbaty' jest niewłaściwa, ponieważ takie hasło wymyślili ludzie Zachodu, upatrujący specjalnego obrzędu w azjatyckim wlewaniu herby do czarki.


   Obiad. Cieszę się, że opowieści o Japonii już za nami i wszystko w porządku. Przychodzi do nas Szafa i pyta, czy możemy wieczorem zrobić jeszcze jedną prezentację dla innej grupy młodzieży. No, możemy.
   Wracamy do naszej chatki i widzimy końcówkę wyścigów rowerowych słysząc: 'Dawaj, Marcin, dawaj. Jeszcze jeden zakręt'. Za oknem wspomniane podium zapełnia się (poniżej). Rozdanie medali i gratulacje. Przy utworze 'We are the the champions' zamykają nam się oczy.


   Późnym popołudniem budzimy się zdezorientowani. Szybki prysznic i idziemy do drugiego schroniska. Po kolacji znów opowiadamy o Japonii. Ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że wieczorna prezentacja trwała aż dwie godziny, a i tak mam wrażenie, że ledwie liznęliśmy temat.


   Następnie Oberbe urządza spotkanie o Magicu - powód, dla którego w ogóle tu się znaleźliśmy. Było interesująco nawet dla mnie, bo opowiadał o manipulacjach i psychologii grania. 


   A później nauka gry w pokera (towarzyskiego) Texas Hold'em przy dźwiękach Toola:


   Po północy wracamy do swojej chatki niechcący w towarzystwie mocno zawianych rowerzystów, którzy kilka godzin wcześniej prezentowali pokazy na rampach. 'Widzieliśśźźście jak skalakakaliśmy?'. Tak, tak, widzieliśmy, choć w sumie wtedy spaliśmy. 
   Rano oglądamy 'Czarodziejkę z księżyca' i rozpoczyna się spokojna niedziela. Już bez wyścigów rowerowych, nadmuchiwanego podium za oknem i slajdów o Azji. 


   Jest za to draft magicowy przy dźwiękach soundtracku 'Ocean's Twelve'. Oberbe trochę doradza w układaniu talii, ja czytam ostatnie strony książki. Jest bardzo przyjemnie i nie chcemy wracać do Warszawy, ale już kilka godzin później jedziemy samochodem (w dobrym towarzystwie, nie narzekającym na Alaskę) znów na dworzec w Kłodzku, który jest gnijącym punktem tego miasta, należącym do typów spod ciemnej gwiazdy. Jedna z kobiet przestrzega nas (chowając pięćdziesięciozłotowy banknot między piersi), żebyśmy uważali na walizkę. Chwilę później przyjeżdża policja i zgarnia chłopaka, który robił pompki z piwem na środku dworca. Odganiając się od komarów wsiadamy do autokaru. Przez całą drogę towarzyszy nam widok na gigantyczny księżyc jak z 'Melancholii' Larsa von Triera.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz