czwartek, 22 sierpnia 2013

_Migawki z ostatniego miesiąca:

1) Byłam na Dniu Japońskim w Parku Praskim. Po zapowiedziach plakatowych można było spodziewać się samuraja w stroju Hello Kitty na latającym futonie w kwiatki wiśni na tle góry Fudżi. W rezultacie widziałam jednak tylko trzy smutne, japońskie znaki napisane atramentem ze słoika po dżemie i dziewczynkę, która wydawała na origami ostatnie pięćdziesiąt groszy, wrzucając je do skarbonki w stylu maneki neko (wszystkie atrakcje miały być darmowe):


2) Zostałam zaproszona do poprowadzenia slajdowiska o podróży na innym Dniu Japońskim, tym razem w Śnie Pszczoły. Trochę średnio. Projektor był niesprawny, przez co zaproponowano mi przeniesienie swojego występu na inny termin. W ten sposób nie odbyły się także pokazy anime. Jedynie działała 'Rupieciarnia', na której sprzedałam swój obraz z gejszami uroczej Koreance. Przy okazji spotkałam się z Rąsonicznym Rąsonem (wieloletnim znajomym z internetu - ciekawie zobaczyć po raz pierwszy kogoś, kogo się całkiem zna; o Rąsonie jeszcze usłyszycie, bo to dobry pisarz przed debiutem) i Szymonem (widziałam go wcześniej tylko raz, chwilę przed odlotem do Japonii, przypadkowo siedzieliśmy razem w autobusie z Torunia do Warszawy i przegadaliśmy cztery godziny jak dobrzy znajomi):


3) Byłam w Toruniu i wybrałam się na 'Geek Girls Carrots', czyli warsztaty z tworzenia własnej strony internetowej. Za wiele się nie dowiedziałam, ale myślę, że kiedyś moje trzy blogi mogą wylądować na wordpressie na przykład pod jednym adresem internetowym i wtedy powrócę do tego tematu. Na razie blogspot mi służy. Nocowałam u Poli i Pawła, gdzie przeczytałam w nocy dwie ukochane książki Iwony Chmielewskiej:


4) Jestem w trakcie próby przenoszenia się z UMK na UW. Papierologia. Czasem w sprawie jednego zaświadczenia musiałam obdzwaniać i zwiedzać wszystkie dziekanaty świata, biblioteki, studia sportu i biura spraw studenckich. Poprawiałam sobie humor chodzeniem w międzyczasie na wystawy:

Shai Ginott - 'Krajobrazy Izraela' w Bibliotece Pedagogicznej w Toruniu.

Peter Land - 'Naked' w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie.

5) Zajezierze. Spędzałam wieczory na oglądaniu pasikoników, ciem i żuków przylatujących pod moje okna. Wybyłam z Warszawy, żeby Oberbe mógł spokojnie grać dniami i nocami w Magica przed ważnym turniejem. I słusznie. Trafił do Top8 Grand Prix Warsaw! Ma teraz nieco więcej czasu, więc spędziliśmy leniwy, długi weekend w dresach na Ursynowie, a jutro właśnie znów Zajezierze, ale razem!


(Trochę zmieniłam dolną część Osowiałej-Sowy i wystrój Rymizeszytu oraz Garderobianego-Recyklingu. Chętnie posłucham opinii, czy układ treści intuicyjny, czy szablony niemęczące oko, czy coś tam, coś tam. Dzięki!)

środa, 14 sierpnia 2013

_Rymiopowieści w 'Śnie Pszczoły'


Równy rok temu pakowałam walizki na samolot do Japonii. Dziś dzieją się może mniej spektakularne rzeczy, ale jednak coś - zaproponowano mi występ w najbliższą niedzielę na 'Pszczole po japońsku' w Warszawie. 
Na plakacie jestem między warsztatami origami, a sake pod hasłem: slajdowiska, a w zasadzie z błędem: sjaldowiska. W tle będzie pokaz zdjęć, a ja opowiem o japońskich ciekawostkach.
Mam nadzieję, że będzie lepiej niż dwa tygodnie temu w Parku Praskim na podobnym wydarzeniu, gdzie zobaczyłam kilka drzewek bonsai, trzy znaki kanji na kartce i origami za pięćdziesiąt groszy.
Więcej szczegółów o dniu japońskim w 'Śnie Pszczoły' TUTAJ.
Prawdopodobnie będę występować w okolicach godziny trzynastej.
Wstęp wolny.
Zapraszam!

sobota, 10 sierpnia 2013

_Rymikolaże cz. 2

Kiedyś uratowałam książkę 'Warszawa naszych dni' przed spaleniem w piecu w mieszkaniu studenckim. Jej treść jest propagandowa, ale głównie składa się ze zdjęć i to właśnie je postanowiłam wykorzystać jako tło do moich kolaży, które robię od roku. Nazbierało się ich wiele. Już kiedyś publikowałam tutaj jedną część, dziś kolejna porcja:


Nerwica lękowa powoduje zniekształcenie rzeczywistości. Pusta droga obrazuje poczucie odosobnienia, a słupy energetyczne pod napięciem są jak natrętne wizje, które nieustannie projektuje umysł chorej osoby. Lęk paniczny pojawia się nagle, jak po włączeniu przycisku 'start'. 


Zastanawiający jest świat, w którym symbolem seksu ogłoszono kobietę mającą na koncie kilkanaście zabiegów aborcji. Kolaż zmiksowany z pracami artystów popartowych. Twarz MM od Andy'ego Warhola, a kropkowane obrazy na ścianach pożyczone z dzieł Roya Lichtensteina.


Cokolwiek. Prywatna laurka z niewidocznym znakiem zapytania dla Warszawy.


Naukowcy ze Stacji Polarnej w Spitsbergenie głoszą, że ta pora roku zniknie niebawem z naszego obszaru.


Kseroświat pełen spokoju i harmonii. Miłość dwóch chłopców z guzikami w kształcie serca zamiast głów.


 Wierszokleci wychodzą ze swoimi problemami i nerwami na scenę. Wieczorki poetyckie są jak stypy. Ani śmiać się, ani płakać. Tylko jeść darmowe ciasteczka.


Znaleźć życie i już go nie szukać. 'Widzieć rzeczy takimi, jakimi są' i 'Om mani padme hum', czyli 'Bądź pozdrowiony klejonocie w kwiecie lotosu'. Laurka bez okazji dla Oberbe.


Niekreatywna edukacja powoduje, że wyobraźnia staje się niepełnosprawna. Uczniowie sprawdzają, co mają zadane w ćwiczeniach, a nad nimi kolorowe niebo, którego już nie zauważają. Prawdziwymi poetami i filozofami są dzieci w wieku przedszkolnym. 

sobota, 3 sierpnia 2013

_Gościnny udział w obozie RPG w Zieleńcu, prezentacja o podróży do Japonii i Korei.

   Dwa wpisy temu wspominałam, że jedziemy na obóz RPG do Zieleńca, gdzie Oberbe poprowadzi warsztaty związane z grą Magic: The Gathering dla dzieci i młodzieży. Przy takich wyjazdach staram się jak najwięcej zaplanować, a w tym przypadku pojawiły się komplikacje, bo wszelkie zdobyte informacje osnute były mgłą. Gdy zadawałam Oberbeuszowi pytania o miejscówki w autokarze, warunki noclegu, kto nas odbierze z dworca i tak dalej, otrzymywałam odpowiedź polegającą na powściągliwym machnięciu ręką na znak, że jakoś to będzie.
   No i jakoś to było. Autobus z ludźmi, którzy spędzają podróż wzdychając: 'W tej chwili połowa drogi za nami', 'Która to już godzina?', 'Jeszcze dziesięć kilometrów do Wrocławia'... Przejazd przedłużył się z ośmiu do prawie dziesięciu godzin przez korki, a ja powstrzymywałam się przed przeczytaniem całej książki - jedynej, którą miałam przy sobie. Oberbe dostał SMS z numerem rejestracyjnym samochodu czekającym na nas na dworcu w Kłodzku. Zapamiętaliśmy dwie litery i pierwszą cyfrę, czym zasugerowaliśmy się (prawie) wsiadając do auta, którego kierowca był zdezorientowany naszą obecnością. Pomyłka. Mężczyzna czekał na swoją córkę, a właściwy samochód stał na innym parkingu.
   Specyficzna to była przejażdżka ze słuchaniem w tle rozgłośni katolickiej. Szofer opowiadał o swoich podróżach po świecie, ale że nic ciekawego. Na przykład ostatnio był na wakacjach na Alasce, ale zmęczył się, bo zmiana strefy czasowej, dużo tam trzeba było jeździć i latać. Przyznam, że raczej spodziewałam się opowieści o niedźwiedziach, zawodach psich zaprzęgów, poszukiwaniach złota czy obserwacji zorzy polarnej. Oprócz tego usłyszeliśmy sporo narzekań na polskie drogi, na parkingi, na cenę benzyny, wiadomo. 


   Dotarliśmy. Na miejscu okazuje się, że nie ma żadnych dzieci, jest młodzież i to raczej taka blisko mojego wieku. Poczęstowano nas kolacją w oddzielnej sali - zastanawiamy się przez chwilę, czy jesteśmy VIP, czy może jednak trędowaci. Co więcej, nie ma dla nas miejsc w tym schronisku.


   Ale za to dostajemy inną chatkę (tę powyżej). Całą dla siebie! Znajduje się niedaleko głównego schroniska - trzeba tylko pokonać ustawione przeszkody dla rowerzystów, którzy jutro będą startować w maratonie kolarstwa górskiego. 
   Piękny jest Zieleniec. W takich miejscach czuję się idealnie. Gdyby tylko usunąć te szpecące reklamy w postaci neonów i billboardów, to wręcz harmonia, filozofia zen i kwiat lotosu. 
   A tak w ogóle podziwiam też organizację tego typu obozów. Sama chętnie pojechałabym na cały obóz Otaku, czyli dotyczący kultury japońskiej. Taki też tu jest, ale odbywa się w innym terminie.

~~~

   Wieczorem oglądamy jeszcze fragment spektaklu larpowego (gry fabularnej rozgrywanej na żywo) i otrzymujemy pytanie, czy moglibyśmy jutro poopowiadać wspólnie o naszej podróży do Japonii. Zgadzamy się, choć ja niepewnie, ale po chwili też symbolicznie macham ręką, że jakoś to będzie.


   Budzi nas góralski dubstep, co najpewniej zwiastuje przygotowania do wyścigów kolarskich. Ziewając przesuwam zasłonę, żeby zobaczyć, jaka pogoda. Przecieram oczy ze zdumienia, bo za oknem pod naszą chatką nadmuchiwane podium.
   Idziemy na śniadanie do drugiego schroniska. Rowerzyści w kombinezonach ćwiczą podjazdy pod górkę, a niektórzy skaczą na rampach. Na trawie jeszcze rosa. Zauważam cudne drzewo, z którego wyrosły ławki, a w tle kamienny kościół.


   Szafa - jeden z organizatorów pyta nas, czy po śniadaniu możemy zrobić spotkanie o Japonii z młodzieżą. Oboje machamy ręką, że tak, że jakoś to będzie. Przypomina mi się, że mam przy sobie pendrive z folderem zawierającym zdjęcia z Japonii. Na szybko układamy prezentację. Okazuje się, że ja i Oberbe mamy inne wizje, ale nawet brak nam czasu na jakieś negocjacje. Stajemy przed grupą obozowiczów i opowiadamy o Japonii przy pomocy pokazu slajdów, podczas którego czasem powtarzają się zdjęcia, ale to nieważne. Jest swobodnie i sympatycznie. 
   Powyżej Airis opowiadająca po nas o tradycji parzenia herbaty. Dowiedziałam się sporo ciekawostek o zasadach, sprzętach, szkołach i mistrzach w przyrządzaniu matchy. Najbardziej zdziwiło mnie to, że nazwa 'ceremonia parzenia herbaty' jest niewłaściwa, ponieważ takie hasło wymyślili ludzie Zachodu, upatrujący specjalnego obrzędu w azjatyckim wlewaniu herby do czarki.


   Obiad. Cieszę się, że opowieści o Japonii już za nami i wszystko w porządku. Przychodzi do nas Szafa i pyta, czy możemy wieczorem zrobić jeszcze jedną prezentację dla innej grupy młodzieży. No, możemy.
   Wracamy do naszej chatki i widzimy końcówkę wyścigów rowerowych słysząc: 'Dawaj, Marcin, dawaj. Jeszcze jeden zakręt'. Za oknem wspomniane podium zapełnia się (poniżej). Rozdanie medali i gratulacje. Przy utworze 'We are the the champions' zamykają nam się oczy.


   Późnym popołudniem budzimy się zdezorientowani. Szybki prysznic i idziemy do drugiego schroniska. Po kolacji znów opowiadamy o Japonii. Ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że wieczorna prezentacja trwała aż dwie godziny, a i tak mam wrażenie, że ledwie liznęliśmy temat.


   Następnie Oberbe urządza spotkanie o Magicu - powód, dla którego w ogóle tu się znaleźliśmy. Było interesująco nawet dla mnie, bo opowiadał o manipulacjach i psychologii grania. 


   A później nauka gry w pokera (towarzyskiego) Texas Hold'em przy dźwiękach Toola:


   Po północy wracamy do swojej chatki niechcący w towarzystwie mocno zawianych rowerzystów, którzy kilka godzin wcześniej prezentowali pokazy na rampach. 'Widzieliśśźźście jak skalakakaliśmy?'. Tak, tak, widzieliśmy, choć w sumie wtedy spaliśmy. 
   Rano oglądamy 'Czarodziejkę z księżyca' i rozpoczyna się spokojna niedziela. Już bez wyścigów rowerowych, nadmuchiwanego podium za oknem i slajdów o Azji. 


   Jest za to draft magicowy przy dźwiękach soundtracku 'Ocean's Twelve'. Oberbe trochę doradza w układaniu talii, ja czytam ostatnie strony książki. Jest bardzo przyjemnie i nie chcemy wracać do Warszawy, ale już kilka godzin później jedziemy samochodem (w dobrym towarzystwie, nie narzekającym na Alaskę) znów na dworzec w Kłodzku, który jest gnijącym punktem tego miasta, należącym do typów spod ciemnej gwiazdy. Jedna z kobiet przestrzega nas (chowając pięćdziesięciozłotowy banknot między piersi), żebyśmy uważali na walizkę. Chwilę później przyjeżdża policja i zgarnia chłopaka, który robił pompki z piwem na środku dworca. Odganiając się od komarów wsiadamy do autokaru. Przez całą drogę towarzyszy nam widok na gigantyczny księżyc jak z 'Melancholii' Larsa von Triera.