niedziela, 28 lipca 2013

_O tym, dlaczego lepiej nie marzyć o znajomości wszystkich języków świata i nieśmiertelności.


Użyczyłam siebie na potrzeby projektu psychologiczno-fotograficznego dla Magdy Stalmasińskiej:







Dopisek z drugiego sierpnia: Tak lakonicznie i surowo wspomniałam o tym projekcie, a miał on dla mnie spore znaczenie emocjonalne. Dzięki niemu zastanowiłam się nad swoimi marzeniami i ustaliłam, że bardzo chciałabym zobaczyć zorzę polarną na żywo i spróbować smoczego owocu zwanego też pitają. W rezultacie nareszcie wymyślam marzenia, które można zrealizować.

czwartek, 18 lipca 2013

_Lipcowe wędrówki, spotkania i aktywności

   Zajezierze. Odpoczywałam przy wieczornym rechocie żab i audycji radiowej o poglądach stoików. Na dobranoc słuchanie muzyki afrykańskich Pigmejów i audiobooka 'Dhammapada', czyli zbioru mów moralnych Buddy. Przeczytałam 'Harfę traw' Trumana Capote'a i pracowałam nad nowym opowiadaniem, którego tytuł roboczy to 'Neon na odludziu'. W międzyczasie tęskniłam za Oberbe, który wyleciał do Kaiserslautern na naukową konferencję o stereologii.


   Po lewej fragment mojego zajezierskiego pokoju z bukietem bzu i porannym światłem. Przypomniało mi się, że w dzieciństwie potrafiłam godzinami szukać pięciolistnych płatków tej rośliny. Miały one przynosić szczęście. Wrzucałam je za kołnierz swojej sukienki i przypominałam sobie o tych florystycznych łupach dopiero moment przed wieczorną kąpielą, gdy matę łazienkową pokrywały sfatygowane fioletowe kropki. Na zdjęciu po prawej kawałek Zajezierza - łąka z wrzosami.


   Podczas pobytu na wsi czytałam książkę 'Najlepszy poeta nigdy nie wygrywa' Agaty Kołodziej. Ładnie wydana historia poetyckich slamów z ramienia Rozdzielczości Chleba. Uwielbiam to wydawnictwo, ale niestety książka pisana jakby bez pasji. Raczej ma nastrój pracy magisterskiej. Przejrzałam ją do połowy, reszta czeka na czarną godzinę, w której uznam, że przeczytałam zawartość wszystkich księgarni i bibliotek. Kupiłam tę książkę, bo wiedziałam, że jest tam wzmianka o mnie (prawa strona, powyżej). Miła pamiątka, niewiele więcej, a szkoda.


   Toruń. Najchętniej wykreśliłabym te miasto z mapy ze względu na ponure wspomnienia, ale jednak jest to stacja przesiadkowa między Warszawą i Zajezierzem. Na szczęście zawsze spotkam kogoś, kto odciągnie uwagę od tych przygnębionych, gotyckich uliczek. Czy to Miedzianą, z którą w godzinę jestem w stanie obgadać wiele psychologicznych i zawodowych kwestii, czy to z Polą i Pawłem, żeby wymienić się opowieściami podróżniczymi i porozmawiać o literaturze. Powyżej (po lewej stronie) widok z łóżka, w którym spałam u nich i (po prawej) tablica korkowa Poli - polecam też jej nową stronę ZaginamRogi, gdzie opowiada o książkach i spotkaniach z pisarzami. 


   Toruń-Warszawa. Czekałam w deszczu przy toruńskiej kotwicy na przyjazd Adama ze swoją córką Wiktorią. W drodze słuchaliśmy punkowych coverów dla dzieci i graliśmy w kalambury. Powyżej na zdjęciach jeszcze Toruń. Nadrobiłam ostatnio wiele spotkań, głównie w Warszawie.
   Piłam zieloną herbatę w kuchni na Hożej z Nataszą, Pradkiem i Mariuszem. Każdy z nas miał swój kąt. Gdyby spojrzeć z lotu ptaka na to pomieszczenie - filiżanki z zielonym płynem tworzyłyby punkty styku linii boków kwadratu. Było magicznie. Później spotkałam się z Kruszyną i Filipem w ich akademiku, gdzie na ścianach wiszą komunikaty o zakazie zjazdu ze schodów na materacach. Wypiliśmy z uroczych kieliszków z azjatyckimi wzorami odrobinę soju, które przywiozła ich znajoma z Korei. Wymieniłyśmy się wrażeniami na temat tego kraju - dość rozbieżnymi. Zobaczyłam się też z Ewą, z którą nie widziałam się cztery lata, a kiedyś spotykałyśmy się codziennie. Byłam znów w teatrze WARSawy, w którym nagle Sebastian Cybulski zaprosił mnie na scenę i tańczyliśmy razem podczas spektaklu 'Zaklęte rewiry'. Warto czasem wyjść z domu.


   Warszawa. W skrzynce czekała na mnie urocza przesyłka (powyżej, po prawej) od Eweliny Lebidy, wysłana w podziękowaniu za wycinki słów z gazet (powyżej, po lewej), które przekazałam jej, żeby mogła nadal tworzyć znakomite kolaże. 


   I chwilę później do domu przybył Oberbe! Oprócz siebie przywiózł mi też rozkoszne bibeloty, z których skorzystam przy tworzeniu kolejnych notatników. No, właśnie. Wszystkich polecam, a zapomniałam wrzucić na osowiałą-sowę informacji o nowej stronie -> blog z rymizeszytami. Powyżej własnoręcznie wykonane bruliony z postacią z filmu animowanego - 'Tonari no Totoro'.


   Oczywiście to japońska opowieść. Pamiętam jak pierwszy raz oglądałam ją na zjeżdżającym z łóżka futonie (japońskim materacu), gdy dom delikatnie zatrząsł się, a w tle słychać było dźwięki cykad. Tęskno. Powyżej (po lewej) zaproszenie ode mnie dla Oberbe na sushi. Gdy byliśmy w Japonii, często do wspólnych posiłków oglądaliśmy kuriozalne programy telewizyjne - np. o foce, która potrafi przy sztaludze namalować kilka znaków kanji
   Znalazłam kanał na youtubie, który prezentuje urywki wiadomości z japońskiej tv, nazywa się NewsFromJapan. W ten sposób ostatnio jedliśmy kolację wpatrując się w nagranie o dziesięcioletniej mistrzyni w gwizdaniu i oglądając informacje o kwadratowych arbuzach. 


   Niestety to nie one. Podczas nieobecności blogowej zajmowałam się też tworzeniem grafik i rekwizytów dla Pomarańczowego Cylindra. Powyżej sześcian, nad którym spędziłam wiele godzin i z łezką pakowałam do wysyłki, bo chętnie zatrzymałabym go dla siebie. A jutro jedziemy w góry do Zieleńca, gdzie Oberbe będzie prowadził wykłady o magicowej grze dla dzieci i młodzieży!