piątek, 28 czerwca 2013

_'Jadę sobie' Marzeny Filipczak - recenzja

   Kilka dni temu spotkałam się z Kaliną, którą ostatni raz widziałam rok temu, gdy rozmawiałyśmy o wylocie do Azji. Wybierałam się na sześć miesięcy do Japonii, ona też na tak długo, ale do Indii. Podziwiam, bo to jeden z tych krajów, po których trochę bałabym się samotnie podróżować, a jednak kusi swoją nieprzewidywalnością. I w trakcie naszego spotkania przypomniało mi się o tej książce:

'Jadę sobie' - Marzena Filipczak


   W podtytule: 'Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet', co może wprowadzać w błąd. Książka nie zawiera map z naniesioną siatką hoteli i opisów atrakcji turystycznych. A, że dla kobiet, to głównie: 'uważajcie na hinduskich rikszarzy i hostelowych właścicieli, bo oszukują; bądźcie ostrożne z mężczyznami z Indii, bo gwałcą'. To nie jest cytat literka w literkę, ale i tak esencja lektury.
   Marzenę Filipczak (podobnie jak Joannę Bator) kojarzę z wywiadu dla 'Wysokich Obcasów', podczas którego opowiadała o tanich lotach. Dowiedziałam się też, że była redaktorem naczelnym 'Metra', co zdziwiło mnie patrząc na styl narracji w 'Jadę sobie'. Czasem Marzena Filipczak używa rażących wyrażeń: 'absolutna kicha', 'często gęsto', 'dla fanu', 'rozwaliło mnie' i tym podobnych, co wytrącało z wczuwania się w indyjską podróż. Zresztą książka wygląda tak, jakby nie była poddana korekcie. Niekiedy literówki, powtórzenia i podwójne spacje. Słabym wytłumaczeniem dla wspomnianych błędów to, że część treści w 'Jadę sobie' jest skopiowana z bloga, którego autorka prowadziła podczas pobytu w Indiach. Można zacząć od blogerstwa, skończyć na pisarstwie, ale nie w tak trywialny sposób, kopiując bez zastanowienia całą treść ze strony internetowej.


   Minusem też jakość książki - wydawnictwo Poradnia K. Kartki niewłaściwie sklejone, wypadają z grzbietu. 'Jadę sobie' wypożyczyłam z biblioteki, która słusznie splotła strony wytrzymałą żyłką. Nie podoba mi się też ułożenie fotografii w książce, często niechronologiczne. Poza tym, ich opisy są w innym stylu niż główna treść z rozdziałów. Zawsze takie kwestie mnie zastanawiają. W 'Japońskim wachlarzu', który recenzowałam ostatnio, jest tak samo.
   Dopiero teraz dotarło do mnie, że aż tyle rzeczy przeszkadza mi w książce Marzeny Filipczak. Gdyby je naprawić, 'Jadę sobie' byłoby całkiem niezłe. Autorka w pół roku zwiedziła nie tylko Indie, ale też Malezję, Tajlandię, Kambodżę i Wietnam. Mam mieszane uczucia - podziwiam samotną wyprawę, ale mam porównanie z innymi historiami podróżniczymi.
   Po spotkaniu z Kaliną i wysłuchaniu jej opowieści o Indiach stwierdziłam, że miała więcej przygód niż Marzena Filipczak i też spokojnie mogłaby napisać książkę. Co więcej, czytam ostatnio 'Gdzie kończy się droga' Eriki Warmbrunn, która samotnie przejechała na rowerze przez tajemniczą Mongolię, a także Chiny i Wietnam. Gdyby to wszystko zestawić, 'Jadę sobie' jest takie sobie.
   Książka dzieli się na dwie części: tę eksblogową, na którą narzekałam i kolejną część praktyczną, która stanowi poradnik, ale na pewno nie przewodnik. Z niej można dowiedzieć się o rekomendowanych szczepieniach, ubezpieczeniach, jak targować się, jak ubierać w miejscach sacrum, z których bankomatów korzystać...
   Ocena: Czy kupiłabym tę książkę? Tak, w takim rozumieniu, że chciałabym mieć wszystkie pozycje książkowe świata i zdążyć je przeczytać, więc chętnie posiadałabym ją, ale czy teraz kupiłabym? Raczej nie, choć nie jest to najgorsza książka podróżnicza. Tak jak wspomniałam, 'Jadę sobie' jest takie sobie.

niedziela, 23 czerwca 2013

_'Japoński wachlarz' Joanny Bator - recenzja

   Na nowo otwieram sezon małych recenzji książkowych nadal pozostając przy tematyce japońskiej. Po opiniach na temat 'Bezsenności w Tokio' Marcina Bruczkowskiego i 'Tatami kontra krzesła' Rafała Tomańskiego czas na książkę, o której kiedyś już tu wspominałam:

'Japoński wachlarz. Powroty' - Joanna Bator


   Na postać tej pisarki natrafiałam wcześniej w gazetach. Pamiętam jak w nieistniejącym już 'Bluszczu' z zainteresowaniem przeczytałam felieton jej autorstwa na temat japońskiego festiwalu 'Stalowego Penisa', a w 'Wysokich Obcasach extra' krótką wypowiedź o sobie w artykule 'Sześć bogiń i jeden chuligan' - nieco pocieszyły mnie jej wspomnienia o wchodzeniu w dorosłość: 'Czułam się wyalienowana, bezbronna, pozbawiona drogowskazu. Żaden talent nie dawał o sobie znać, a dostępne modele życia dla kobiety wydawały mi się mało atrakcyjne. Wtedy rzuciłam się na wiedzę, zasmakowałam i do dziś studiowanie jako samokształcenie jest moim sposobem na życie'.
   Skończyła filozofię i antropologię (dziedziny mi bliskie), wykładała w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych (która cały czas kusi mnie swoją ofertą) i napisała kilka książek (marzenie). Ogólnie patrzę na Joannę Bator z podziwem.


   Zwłaszcza po lekturze 'Japońskiego wachlarza'. Klasa! Gdybym miała napisać książkę o Japonii chciałabym, żeby była właśnie taka. Wciągająca, momentami naukowa, a niekiedy wręcz poetycka, z narracją budzącą zaufanie. Joanna Bator ma świetny zmysł obserwatorski i imponującą wyobraźnię. Uspakaja mnie trochę fakt, że napisała tę książkę, gdy była ode mnie dwadzieścia lat starsza. Wtedy nie zazdroszczę, a patrzę z pokorą i uznaniem. 


    Podoba mi się obszerność tej książki (prawie 400 stron), zdjęcia (choć ich tytuły już mniej – miałam wrażenie jakby pisał je ktoś inny), cytaty przed każdym rozdziałem, nawet okładka zrobiła na mnie wrażenie (nie zdarza się to często), ta ze starszego wydania także. Joanna Bator za 'Japoński wachlarz' otrzymała zasłużenie nagrodę im. Beaty Pawlak. 
  Dzięki tej książce jeszcze raz przeżyłam japońską podróż i zatęskniłam. I jak zwykle ocena: Czy kupiłabym tę książkę? Tak, jeśli nie kupiłabym jej pół roku temu. Stopień: celujący z plusem.

~~~

Mała autoreklama:

niedziela, 16 czerwca 2013

_Wydarzenia kulturalne w Toruniu i Warszawie

   Gdy trzy lata temu występowałam na 'Majowym Buumie Poetyckim' istniały pogłoski, że to już ostatnia edycja festiwalu. Nie wiem o co chodziło - w ogóle mało pamiętam z tamtego zwariowanego okresu - ale istotne jest to, że fest przetrwał, a jego formuła wydaje się być bardziej przemyślana. 
   Toteż wiedząc miesiąc temu, że odbywa się 'MBP' zajrzałam z sentymentu na jeden dzień do Torunia. Ledwo poznaję to miasto. Zdziwił mnie widok rozbudowanej 'Od Nowy', choć przez mgłę pamiętam, że kiedyś podpisywałam petycję w tej sprawie. Czuję, że to już ten etap życia, kiedy mogę rozpoczynać zdania od magicznego: 'A za moich czasów...'.


   Pamiętam jak w liceum czytałam z wypiekami na twarzy książki Masłowskiej. Jej nowa powieść jest dla mnie poprawna, choć bez iskry i ikry. Po przeczytaniu jej po cichu obraziłam się na autorkę, ale gdy podczas festiwalu posłuchałam na żywo (D.M. w filmiku od 3:30), co ona sama myśli o książce 'Kochanie, zabiłam nasze koty' i widziałam jak gryzą ją komary, to wybaczyłam. Mam nadzieję, że sprawdzi się w pisaniu dla dzieci i muzyce, bo wspominała o planach z tym związanych. Czekam też na wywiad rzekę Agnieszki Drotkiewicz z Masłowską. O wiele lepiej przekazuje swoje myśli, gdy może je (z)autoryzować i nie ma przed sobą zgromadzonej publiczności, wiadomo. I gdy nie gryzą jej komary.


   Tego samego wieczoru wystąpił Świetlicki z zespołem. Też moja licealna miłość. Nie wiem, co się stało, ale Marcin był jakiś taki żywiołowy, uśmiechnięty, jakby zakochany. Ostatnio widziałam wywiad z Pilchem na którymś z kanałów kulturalnych i byłam przerażona stanem Świetlickiego, a tu taka niespodzianka. Najlepiej! Zwłaszcza, że kapela świetlikowa wydaje niebawem megapłytę 'Sromota'. Nowe utwory sprawiają wrażenie szczerych i niewymuszonych. To dobry znak. Czekam aż znów usłyszę utwór 'Gotham', który zaskakująco trafnie podsumowuje mój stosunek do Torunia. Nigdy nie będzie takiego miasta. 

~~~

   I chyba dobrze. Jest Warszawa. Na razie obie jesteśmy nieśmiałe względem siebie, ale czuję, że coś tu się wydarzy. Szukam, zwiedzam i przyglądam się. Osowiała sowa oswaja się. 


   Spaceruję z notesem, z którego co chwilę wypadają małe karteczki z własnoręcznie sporządzonymi mapami. W miejscach, w których wszystko mi pasuje, zostaję na dłużej, a stamtąd, gdzie wyczuwam złą energię wychodzę i po drodze wyrzucam kartkę z mapą do kosza.


   Tu kawiarnia/restauracja 'Fenomenalna' w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. W czerwonym hamaku buja się Oberbe. Uwielbiam wygodę tego miejsca i kolorystykę. Plusem też obecność książek i dobre jedzenie. 


   Z chęcią zajrzałam wczoraj na Piknik Naukowy. Swoje specjalistyczne stanowisko miała grupa Oberbe i można było zobaczyć drukarkę przestrzenną tworzącą właśnie model kaczki lub na co dzień implanty przydatne do wypełnienia ubytku kostnego w przypadku wycięcia nowotworu lub wypadku.


   Piknik ten odbywał się na terenie Stadionu Narodowego, więc dużo osób przybyło także obejrzeć miejsce, gdzie piłkarze się przebierają (tak mi się wydaje, że ta ogromna kolejka powyżej zmierzała do szatni właśnie). No, ogólnie fajny stadion, fajny.
   

   Mam ochotę na sporządzenie miniprzewodnika po Warszawie. Na pewno szczególne miejsce zajmowałoby w nim kino 'Luna'. Pierwszy raz byłam tam z Karo&Siero na 'Wspaniałej'. Polecam je odwiedzać zwłaszcza w poniedziałki, bo wtedy każdy film z repertuaru kosztuje zaledwie osiem złotych.
   Przyjemnym, warszawskim kinem jest też 'Atlantic'. Zawsze siedzimy z Oberbe w ostatnim rzędzie i jest bardzo kameralnie. Ostatnio byliśmy urodzinowo na filmie 'Wielki Gatsby'. Nie czytałam jeszcze tej powieści Fitzgeralda, więc nie wiem, na ile to wina treści książki, a na ile adaptacji, ale film zdawał się być celujący do połowy, a potem ledwie dostateczny. Przez pierwszą godzinę byłam oczarowana kolorowym i wręcz surrealistycznym obrazem, który w pewnym momencie zgasł i już nie udało się go uratować. Przeczytam książkę, ale zdania na temat filmu raczej nie zmienię. Obejrzałabym jeszcze raz, ale tylko pierwszą połowę.
   

   Natomiast spektakle w 'Teatrze WARSawy' są do oglądania w całości i to po kilka razy, dlatego też podjęłam współpracę z tym miejscem. Powyżej wymiętolony przeze mnie repertuar. Byłam ostatnio na sztuce 'Wstydźcie się żyć' i zrobiła na mnie spore wrażenie. Wybieram się też na pewno na 'Zaklęte rewiry' i monodram Jacka Poniedziałka pt. 'Wraki'. 


   Tuż obok 'Teatru WARSawy' jest 'Galeria Azjatycka', w której ostatnio odbyło się spotkanie z Magdaleną Tomaszewską-Bolałek, autorką książki 'Japońskie słodycze'. Tak jak kilka miesięcy temu wspominałam na tym blogu, nie przepadam za tradycyjnymi słodyczami zrobionymi z mąki ryżowej, sojowej, zielonej herbaty i słodkiej fasoli, ale oglądając prezentację, nabrałam na nie ogromnej ochoty. Zwłaszcza, że te małe, różowo-brązowe kosteczki na ekranie (nazwa: Yozakura) wyglądały jak ukochane japońskie Meltykissy.


   Jakiś czas temu przypomniało nam się o przywiezionych landrynkach w kształcie sushi, ale to nie jest smak Azji. Tęsknię za czekoladkami Meiji i paluszkami Pocky. Zresztą całej Japonii mi brakuje.


   Nawet przestała się już śnić, więc czytam o niej książki i zaczynam tworzyć wyklejanki z papierów origami i chiyogami. Staram się nie nudzić i pozyskiwać jak najwięcej inspiracji. Ostatnio byłam z p. Kotarbińskich w Muzeum Plakatu na '16. Salonie PP':


   Niedawno odwiedziła mnie też Agusz i wędrowałyśmy po Warszawie bez mapek, co spowodowało dłuższe spacery, niż były w zamiarze, ale 'nie ma panie tego złego, co by na dobre nie wyszło nam'. Trafiłyśmy do Królikarni na wystawę 'Clinamen' Izy Tarasewicz i do Zachęty na 'Freelancera':


   I zastanawiam się, co dalej ze sobą, bo chyba nie freelancerstwo. Intensywnie szukam pracy i w sumie rezultat jest taki, że jeszcze jej nie mam, ale zbieram bardzo dużo historii związanych z całą otoczką rozmów kwalifikacyjnych, umów na zlecenie i negocjacji. Gdy spisałam je 'na brudno', żeby opowiedzieć Oleszce, co u mnie - stwierdził, że to jak opowiadanie kafkowskie z domieszką czarnej ironii Janusza Głowackiego. Chociaż tyle z tego mam. Chociaż tyle.

niedziela, 9 czerwca 2013

_Gnomicon, czyli obóz w Szczyrku

   Znów podróżnicza retrospekcja. Piątek, dwudziestego czwartego maja. Zmierzamy do Szczyrku na Gnomicon, czyli konwent gier karcianych, planszowych i strategicznych. Oberbe będzie grał w wielu turniejach i nawet jeden z nich organizował - pierwsze Mistrzostwa Psychatoga, a ja zamierzam patrzeć na góry i wsłuchiwać się w ciszę, której nie mogę znaleźć w Warszawie. Taki jest plan.


   Jedziemy na południe Polski z innymi magicowymi graczami, więc wiadomo, co jest dominującym tematem rozmów w podróży. Po drodze zatrzymujemy się na obiad w typowym zajeździe o fikuśnym designie - obrusy z wyciętymi wzorkami, zasłony zaplecione w warkocz, krzesła tapicerowane wykładziną, serwetnik, z którego wypadają wszystkie chusteczki, gdy chcesz wziąć tylko jedną lub dwie - a w menu głównie dania ciężkostrawne. Gdy wchodzę do takich miejsc, czuję się jakbym przekraczała próg czyjegoś domu, a nie restauracji. Brakuje tylko meblościanki i słonych paluszków w szklance jako przystawki. 
   Lubię minimalizm. Białe ściany, na nich ewentualnie obraz, drewniana podłoga, duże okna, jak najmniej rzeczy w pomieszczeniu - wszystkie funkcjonalne, ale muszę przyznać, że jest coś urzekającego i charakterystycznego w miejscach podobnych do wspomnianego zajazdu. Zawsze staram się wyobrazić właściciela i zrozumieć jego dekoracyjne motywy działania. Co artysta miał na myśli, stawiając przede mną kryształowe świeczniki z naklejką wielkiejorkiestryświątecznejpomocy?


   Po dotarciu do 'Orlego Gniazda' - hotelu, w którym ma odbyć się konwent - ciąg dalszy polskiej szkoły designu. Wyblakła wykładzina w plastry miodu, prlowskie meble, na stole dwie szklanki z napisem 'pepsi' i popielniczka, tiulowe zasłony w róże, koce w kratę, a na ścianie reprodukcja obrazu Wojciecha Kossaka, na której wizerunek Józefa Piłsudskiego z zamalowanymi korektorem wąsami. Ale to wszystko nieważne, gdy spoglądam z tarasu na cudny widok górski!
   Na terenie hotelu trwają już turnieje w Magic: the Gathering i World of Warcraft. Wchodzę do sali, w której mają odbywać się rozgrywki w Legend of the Five Rings:


   Jeszcze pusto i w sali pachnie wykrochmalonymi obrusami. Mijam pomieszczenia przygotowane do gry w Warmachine and Hordes i Warhammer 40.000 i Fantasy Battle. Rosnące polany na stołach z katedrami zamków, skalistymi górkami, wysepkami roślinnymi robią na mnie spore wrażenie:


   Pierwszy raz widzę coś takiego i przez chwilę myślę, że nawet mogłabym założyć własną armię pomalowanych przeze mnie figurek. Turnieje magicowe trwają do nocy. Oberbe wraca późno i informuje, że zajął trzecie miejsce w FNM Draft. Duma przez sen.

~~~

   Sobota, dwudziestego piątego maja. Wstajemy o świcie na śniadanie. Za oknem deszcz. Oberbe zaczyna kolejny turniej. W magicowej sali sporo uczestników:


   Podobnie zresztą jak w warhammerowym i warmachine'owym pomieszczeniu. Gracze nadzorują swoje figurkowe armie. Co chwilę rzucają kostką i mierzą odległości na stołach żółtą, taśmową miarką.


   Trafiam do sali gier planszowych i widzę ludzi grających na skomplikowanie wyglądających makietach. Nie mam śmiałości, żeby dołączyć, aż do czasu, gdy zauważam parę grającą w Dobble. To taka gra o prostych zasadach dla osób powyżej szóstego roku życia. Kiedyś spędziłam wieczór przy winie z Karo i Siero, którzy przynieśli i pokazali mi tę grę. Zagaduję do pary z konwentu i po chwili razem wykrzykujemy hasła z dobblowych kartoników. Nawet wygrywam niektóre rozdania. Okazuje się, że za moment turniej tej gry organizowany przez sklep Gnom. Biorę udział.


   Idzie mi fatalnie. Przegrywam, ale czuję adrenalinę i chęć współzawodnictwa. Przypominam sobie te wszystkie godziny spędzone na ogrywaniu dzieci w świetlicy szkolnej. Bierki, warcaby, chińczyk. Bezkonkurencyjne zwycięstwa! 
   Toteż gram dalej z nowopoznaną, dobblową parą w bardziej złożone gry niż ta powyższa. Uczą mnie zasad 'Cytadeli'. Jako pierwsza buduję osiem obiektów i wygrywam! Później czas na grę '7 cudów świata'. Nie rozumiem za bardzo jej zasad, ale też wygrywam! Tworzę Kolos Rodyjski. Oto mój zestaw narzędzi, materiałów budowlanych i potężna armia:


   Pełna wrażeń idę spać, w snach buduję resztę cudów świata. Oberbe znów gra do nocy. Tym razem zajmuje miejsce drugie. Ach!

~~~

   Niedziela, dwudziestego szóstego maja. Kolejny dzień, kolejne walki. Startuję w turnieju 'Pędzących żółwi'. Grałam w to z Jerzykiem w Japonii i miło wspominam. Tym razem idzie mi całkiem nieźle, wyrównany pojedynek. Wygrywam mały intropack magicowy. 


   Następnie czas na turniej w 'Munchkina'. Nie mogę pojąć zasad tej gry i jestem trochę nią zażenowana, ale gram. Nawet zajmuję drugie miejsce i wygrywam płytę z muzyką z gry 'Afterfall: InSanity'. 


   Trafiam na chwilę do centrum Szczyrku. Jedziemy z Giovannim po jedzenie, bo Oberbe i Jacek (który też z nami podróżował) są w top4 w Mistrzostwach Psychatoga. Turniej trwa dłuuugo i nie będzie czasu już na posiłki w drodze powrotnej. Powyżej restauracja, w której byliśmy.


   Oberbe jest w finale. Tasowanie kart, przekładanie, tapowanie, ataki, zapisywanie żyć, kostki na stół, tasowanie, ataki... Oberbe zajmuje ostatecznie drugie miejsce. Bynajmniej nie musiał sam sobie wręczać pucharu! Więcej informacji tutaj (psychatogowy wpis o konwencie autorstwa Oberbe).
   Wracamy późną nocą mleczną autostradą - mgła taka, że ledwo widać czubek swojego nosa. Tworzy się korek, bo przed nami jedzie jakaś konstrukcja betonowa na dwa pasy. 'Podróżować, podróżować jest bosko'. Posiedziałabym jeszcze na parapecie wpatrując się w góry, pograłabym w 'Cytadelę' i poznała inne planszówki, więc za rok znów zjawię się na Gnomiconie i zapraszam z uśmiechem, nie tylko fantastów!