czwartek, 30 maja 2013

_Rymiopowiadanie

Jakiś czas temu napisałam opowiadanie i w sumie pomyślałam, że to idealny moment na publikację, jako że akcja tej prozy dzieje się właśnie w bożeciało. 


Po wejściu w powyższy link polecam włączyć któreś z pomarańczowych okienek.
Opowiadanie będzie dostępne przez miesiąc.


Dopiero uczę się życia narratora wszechwiedzącego, więc chętnie poznam czytelnicze odczucia!
Wcześniej pokazałam powyższe opowiadanie trzem osobom, którym dziękuję za poprawki i rady.
Oto skrót ich opinii:

1) "Opowiadanie zgrabnie napisane, płynne, pozostawiające kilka znaków zapytania - jakie były historie bohaterów, jak potoczyły się dalej? Chciałbym poznać te odpowiedzi, ale nie czuję niedosytu, raczej dostałem możliwość puszczenia wodzy fantazji. Stworzyłaś małą perełkę, w której czuć mieszankę Twoich własnych przeżyć i emocji".

2) "Skrzyżowanie Egona Bondy i Małgorzaty Musierowicz".

3) "Bardzo wizualne opowiadanie. Widziałem sepio-szarość Inowrocławia. Czułem, że zanosiło się na deszcz, huśtawki były zardzewiałe, na skórze zimny wiatr. Jest sporo trafnych zdań, w tym sensie, że mądrych i refleksyjnych. Widać, że pisał to ktoś inteligentny i kierował do inteligentnych ludzi. Fajnie, że znajdujesz egzotykę w takich szarych miejscach i umiesz rozkręcić dzień bożego ciała. Dobra historia, bardzo popołudniowa i delikatna, koniec naprawdę świetny, pozostawia odbiorcę w przekonaniu, że dobrze było to przeczytać".

poniedziałek, 20 maja 2013

_Rymireklama z miłości

'Karciany szwedzki stół' - relacja z promu, tym razem autorstwa Oberbe.


sobota, 11 maja 2013

_Podróż do Szwecji promem pokerowym - cz. 2

   Poniedziałek, dwudziestego dziewiątego kwietnia. Po dwóch godzinach snu budzą nas komunikaty po szwedzku, angielsku i polsku z morskiego radiowęzła plus utwór Louisa Armstronga - 'What a wonderful world'. Otwieramy po jednym oku i uśmiechamy się do siebie z bólem, narzucając po uszy kołdrę. Jesteśmy zmęczeni, ale postanawiamy iść na śniadanie. 


   Siedzę nad naleśnikami w restauracji i zauważam za oknem pojawiające się mewy. Nieco później na horyzoncie pojedyncze, bezludne wysepki. Mocniejsze wstrząsy promem oznaczają dobijanie do portu. Brzdęk szklanek, jak w Japonii przy trzęsieniu o magnitudzie siedem.
   Jesteśmy w Karlskronie. Wokół tylko beton i pełno maszyn. Jest szaro, ani jednego drzewka. Nic tu się nie wydarzy. Kładziemy się do łóżka, tańcząc do Nika Kershawa - 'I won't let the sun go down on me'. Zasypiamy, wyłączając budzik, co godzinę. Po takich trzech wstajemy i postanawiamy wybrać się w głąb miasta. Schodząc z promu, spotykamy parę: Asię (która także zajmowała się relacją) i Michała (grał w turnieju). Zabieramy ich ze sobą i czekamy na autobus.


   Płacimy po dwadzieścia koron od osoby i przez długi czas mamy cały autobus dla siebie. Oglądam skaliste tereny i jeśli gdzieś się zatrzymujemy, przesuwam palec po nazwach przystanków na ulotce z promu. Dopiero, gdy za oknem pojawiają się fabryki, do autobusu wsiadają otyłe Szwedki z rumieńcami. Ubrane w adidasy i polary, z kieszeni których wystają paczki fajek. W rękach reklamówki.
   Zbliżamy się do centrum, choć mijamy piękne tereny skaliste i bordowe domki z białym obramowaniem. Marzy mi się taki skandynawski domek, najlepiej na palach brodzących w wodzie. 


   Powyższe zdjęcie zrobiłam już po dotarciu do centrum. Spoglądając na zegarek i rozkład jazdy, stwierdzamy, że czeka nas niecała godzina zwiedzania, jeśli chcemy punktualnie zdążyć na kolejny turniej. Nie mamy pojęcia, co znajduje się w tym mieście. Brak punktu informacyjnego. Idziemy przed siebie. Jeśli trafia się jakiś oryginalnie wyglądający budynek - stajemy przy nim i chwilę oglądamy. Podobnie w przypadku pomników.


   Po lewej widoczny jest Kościół Fryderyka, a po prawej fragment Kościoła Świętej Trójcy. Informacje te wygooglowaliśmy już po powrocie do Polski. Od jakiegoś czasu zbieramy z Oberbe zdjęcia na ławkach z różnych miejsc:


   Tutaj przy pomniku króla Szwecji Karola XI, od którego zresztą powstała nazwa tego miasta. Karlskrona oznacza: 'korona Karola'. 
   Nigdzie nie mogłam znaleźć poczty. Trafiliśmy na jeden oddział, ale był właśnie remontowany. Mijaliśmy budki z jedzeniem, budki z kwiatami, budki z listami, ale żeby wysłać kartkę należało mieć swój znaczek, oczywiście. I tak jak w większości europejskich miast: małe parki, stare budynki, restauracje, pomniki, muzea, fontanny. 


   Pochodziłabym jeszcze po Sztokholmie lub innych, szwedzkich terenach, ale musimy wracać. Na przystanku spotykamy polskich pokerzystów z promu. Sennie przemierzamy trasę powrotną, mijając osiedla takich samych domków, pomiędzy którymi czasem widać w oddali nasz statek.
   Po dotarciu na prom pokazujemy obsłudze karty pokładowe i już nie czuję się jak chłopcy z The Lonely Island w teledysku 'I'm on a boat'. Jestem zmęczona i przeziębiona. Kładę się do łóżka, ale nie ma szans na sen przy takim wietrze na morzu. Szóstka w skali Beauforta, a może więcej. Wygania mnie to z kajuty i wracam do restauracji na turnieje. 
   W side-evencie gra nawet Oberbe. Gra, jakby nie grał. To znaczy nonszalancko żuje gumę i czyta tekst naukowy. Przez jakiś czas nie patrzy na to, co dzieje się na stole. Czasem rzuca jakieś żetony, odbiera karty. Ludzie powoli przegrywają, na ich miejscach pojawią się następni. 


   Poznaję sympatyczną dziewczynę, która także obserwowała grę swojego chłopaka. Okazuje się, że też była dziś na lądzie, ale z przewodnikiem. Po wymianie wspomnień okazało się, że widzieliśmy (ja, Oberbe, Asia, Michał) wszystko to, co oni na zorganizowanej wycieczce. Oprócz jednego! Lodziarni z gigantycznymi porcjami, w której lokalnym rarytasem dla turystów były lody o smaku słonej lukrecji, popularnej w Szwecji.
   

   Miejsce, w którym siedzi Oberbe jest wesołym stołem. Przez długi czas wszyscy się śmieją. A to z pseudonimów pokerzystów, wywoływanych do stolików, a to z gry zawodnika, który często dopłacał do puli - 'A co pan taki ciekawski?'. 
   Oberbe w pewnym momencie 'idzie all-in'. Inny gracz ma asa i ósemkę. Oberbe - damę i króla. Pokerzyści mówią jego przeciwnikowi: "Nie miałeś żadnych szans, w takim rozdaniu dama i król ZAWSZE wygrywają!". Oberbe zgarnia wszystkie żetony z tej rozgrywki. Uczestnicy turnieju odpadają dość szybko. Co jakiś czas słychać hasło: 'sit open' i zaproszenia kolejnych pokerzystów do gry, które wygłasza Paweł, organizator (na powyższym zdjęciu).
   Północ. Przy głównym stole turniejowym (tym, gdzie pula nagród przekracza 100.000 złotych) pozostało tylko trzynastu graczy spośród stu osiemdziesięciu. Na sali likwidowane są już niepotrzebne stoliki. Gracze spacerują z przezroczystymi pudełkami, w których są zbiory żetonów.


   Oberbe ma słabe karty. Odpada. Pijemy herbatę. Przy głównym stole osiem osób. Siedem. Sześć. Nadal sześć. Jest po trzeciej, a za cztery godziny wysiadamy w Gdyni. Idę spać. Godzinę później budzi mnie Oberbe, wkraczając do kajuty. Informuje, że cztery ostatnie osoby podzieliły się głównymi nagrodami. 
   Niedługo potem znów muzyczna pobudka z Louisem Armstrongiem i informacje o zakończeniu rejsu. We wtorek o siódmej trzydzieści jesteśmy już na polskim lądzie. 


   Postanawiamy wracać pociągiem do Torunia, a potem do mojego, zajezierskiego domu rodzinnego, zamiast wsiadać w autobus do Warszawy, którym przyjechaliśmy poprzednio. Ogólnie żegnamy się z ludźmi. Najdłużej z czterema osobami - Asią, Michałem, miłą dziewczyną, o której tu wspominałam (rozmawiałam z nią długo, a nawet nie przedstawiłyśmy się sobie) i jej chłopakiem, jednak po chwili okazuje się, że w sumie jedziemy razem taksówką na dworzec. Kupujemy bilety i znów się żegnamy. Razem z Oberbe idziemy zjeść śniadanie do 'Costa/Coffeeheaven' i po jakimś czasie zauważamy znów tych samych znajomych, wchodzących do kawiarni, w której siedzimy. Żegnamy się, rozbawieni, że to już ostatni raz. Ale - jak się okazuje - widzimy się jeszcze w tym samym pociągu!
   Ledwo żywi wchodzimy (ja i Oberbe) do pustego przedziału. Zamierzam czytać książkę, Oberbe spać. Po krótkim czasie spokoju i ciszy: siada obok nas para rubasznych staruszków z gigantyczną walizką. Jadą do Rzeszowa na wesele. Opowiadają sprośne żarty i piją piwo. Po dziesięciu minutach już wszystko o nich wiemy. Znamy ich romanse z młodości i spis przebytych chorób. Cipcia (bo tak nazywa tę staruszkę jej partner) po półgodzinnej jeździe chce zmienić balerinki na crocsy, więc Oberbe i mąż Cipci zdejmują znów z półki tę monstrualną walizę - widzę w niej jeszcze szpilki, sandały, kapcie i półbuty, a podobno jadą na tydzień. Wychodzimy z przedziału na chwilę, żeby zajrzeć do miejsca, gdzie siedzą znajomi z promu. 
   Wracamy, a tam między Cipcią, a lubym Cipci siedzi zdezorientowany chłopiec, ściskający w ręku maskotkę. 'Nazwij go jakoś', 'Ten pluszak musi mieć jakieś imię' - padają rozkazy z ust dziarskich staruszków. Nowa współpasażerka, czyli mama chłopca, nieco zawstydzona odzyskuje syna po jakimś czasie.
   W pewnym momencie mamy już dość tej fabuły jak z filmu Stanisława Barei i temperatury panującej w przedziale. Znajdujemy nowe miejsca. Pociąg zatrzymuje się na prawie godzinny postój gdzieś w szczerym polu, przez co spóźniamy się na kolejny. Wysiadamy na dworcu w Toruniu. Mamy trochę czasu do następnego pociągu, więc Oberbe pisze skargę na PKP.


   Z opóźnieniem trafiamy do Suchatówki, a stamtąd spacerujemy do Zajezierza przecudownym lasem. Wszystko zakwitło. Oddech. Teraz już tylko odpoczynek w miejscu, gdzie naszym budzikiem nie są dźwięki z telefonu lub piosenka Armstronga, a po prostu pianie koguta sąsiadów i ćwierkanie ptaków.

niedziela, 5 maja 2013

_Podróż do Szwecji promem pokerowym - cz. 1

   Niedziela, dwudziestego ósmego kwietnia. Budzi mnie deszcz i już wiem, że muszę przeorganizować bagaż, który przygotowałam na rejs dzień wcześniej. Wyjmuję z torby sukienki i okulary, słuchając The knife. Po chwili dociera do mnie, że ten muzyczny duet jest przecież ze Szwecji. I cóż, że ze Szwecji? A tóż, że to punkt docelowy naszej podróży. 
   Dokładnie Karlskrona, miasto portowe. Jednakże najpierw czeka nas wyprawa autobusem z Warszawy do Gdyni. Oberbe zostaje opiekunem wycieczki. Sprawdza listę obecności pokerzystów, którzy tak jak my zmierzają na turniej karciany, odbywający się na promie płynącym do Szwecji. To znaczy, ja nie zamierzam grać, ale nie czuję się obco, słysząc rozmowy o blindzie, showdownie, karecie, tiltowaniu i stricie. Przynajmniej nie tak bardzo jak wśród graczy magicowych, którzy opowiadają o swoich deckach, lilianach, splitach i delverach. Co zabawne, ostatnio zajmuję się korektą tekstów o tej tematyce. Poprawiam przecinki dla Psychatoga.


   Podróż autobusem do Gdyni upłynęła współpasażerom na śpiewaniu drobnych pieśni na cześć krupiera i układaniu pasjansa. Dotarliśmy na czas. Terminal pasażerski. Oberbe pomaga rozkładać stoły pokerowe, czytam bajki Oscara Wilde'a. Odprawa. Otrzymujemy karty pokładowe, rabaty na morskie zakupy i bilety śniadaniowo-obiadowo-kolacyjne. 


   Statek jest ogromny, nazywa się Stena Spirit. Ma prawie dwieście metrów długości i może pomieścić tysiąc siedemset osób. Na pokładzie sporo restauracji i kawiarni. Oprócz tego sklepy wolnocłowe, salon SPA, kącik zabawy dla dzieci i automaty do gier.


   Na zdjęciu powyżej widoczna jest tylko połowa tego promu. Już w pierwszej godzinie pobytu na pokładzie, zgubiłam się w jego drobnych korytarzykach, wracając z kolacji do naszej kajuty:


   Kiedyś porównywałam przeżyte trzęsienia ziemi w Japonii do kołysania się na statku. Teraz jest odwrotnie. Bujanie na morzu jest jak aktywność sejsmiczna o magnitudzie trzy. Zamykam oczy i znów czuję się jak w Azji.
   Jestem w restauracji 'C-view', w której to za chwilę odbędzie się turniej. Krzątanina organizatorów, rozstawianie stołów i roll-up'ów. Nagle pada hasło do krupierów: 'Proszę, otwórzcie talie i usuńcie Jokery'. Szelest. Początek turnieju. Wszyscy na swoich miejscach.


   Jest aż osiemnaście stołów i około stu osiemdziesięciu graczy. Do wygrania w puli ponad sto tysięcy złotych. Otrzymuję plakietkę z napisem: 'Prasa'. Robię zdjęcia i nanoszę drobne poprawki na relację prowadzoną na żywo przez Oberbe i Asię:


   Turniej trwa i trwa. Patrzę na zegarek, późna noc. Trochę przysypiam. Nagle Oberbe zabiera mnie na zewnątrz. Stoimy przy burcie. Czuję się jak piratka, jak córka Posejdona. Wokół nic. Tylko atramentowe morze, księżyc odbity w tafli i fale wypływające spod statku. Potęga. 
   Prawie piąta rano. Mocno huśta tym promem. Ostatnia runda. Wychodzę znów na zewnątrz. Świta. Ultramaryna i pasma różu. Wracamy do kajuty i podziwiam dalej. 


   Jestem szklanką do połowy pełną morza. Ale, ale 'powstało wiele opowieści o morzu, ale było też wiele historii o zupełnie innej tematyce', jak głosił Monty Python. Ciąg dalszy nastąpi.