czwartek, 4 kwietnia 2013

_Tęsknota za Japonią

   Właśnie wróciłam z salonu fotograficznego i z lekkim rozgoryczeniem przeglądam zdjęcia, które zrobiłam aparatem analogowym w Japonii. Chyba mam krzywy wzrok, skoro cały czas problematycznym dla mnie jest ustawienie odpowiedniej ostrości. Jednak klimat fotografii ze starych aparatów zawsze mnie przekonuje do włożenia następnej rolki filmu do mojego analoga. Na szczęście kilka zdjęć z tej japońskiej serii jest znośnych, choć jakościowo poniżej poziomu morza.


   Patrzę na te fotografie i coraz bardziej tęsknię za Japonią. Po powrocie do Polski wyczuwam jakąś złą energię wokół siebie. Większość moich działań kończy się porażką. Dużo się ostatnio działo, ale w rezultacie nic się nie stało. Nienasycenie. 


   Nie chcę mówić o pogodzie, ale na pewno trochę to jej wina, że niechętnie spędzam czas na zewnątrz. Z nostalgicznym uśmiechem wspominam łapanie owadów z japońskimi chłopcami, podczas gdy kilkanaście metrów dalej Oberbe strzelał gole. Podobne odczucia w przypadku przejażdżek rowerowych z Jerzykiem do parku, w którym karmiliśmy karpie koi (pierwsze zdjęcie od góry).


   Ostatnio pozbierałam wszystkie azjatyckie bilety, mapki, karteczki z informacjami, wizytówki, rysunki i wkleiłam je do specjalnego notesu (powyższe zdjęcie, prawa strona), bawiąc się w scrapbooking. Tak jak wspominałam w ostatnim wpisie, powróciłam do regularnego zapisu snów - znalazłam dla nich miejsce w cudnym zeszycie (ten kolorowy po lewej), który kupiłam kiedyś w toruńskiej galerii z pracami osób niepełnosprawnych. Co ciekawe, środkowy zeszyt jest z bardzo podobnego miejsca, ale japońskiego. Pozapisywałam w nim ostatnio pomysły na desery.


   Niedawno jadłam najlepszą szarlotkę, autorstwa Mamy Oberbe (pani Ireny) i zostawiłam jedną stronę w tym zaszycie na odpowiedni przepis (szarlotki w moim wykonaniu są zbyt kruche). Tak w ogóle, spędziliśmy trochę świątecznego czasu u pani Ireny i pana Janka. Powyżej ozdoby właśnie z domu p. Kotarbińskich. Urokliwe.


   A tu już Oberbe z podbitym okiem po treningu mieszanych sztuk walki i nasz ursynowski spacer. Gdy pada śnieg - czasem zamykam oczy i wyobrażam sobie, że to japońskie płatki wiśni, ale tak zabawnie i miło bywa za pierwszym, drugim razem, a nie za dwudziestym piątym.


   Zastanawiam się, co dalej. Uczę się japońskiego coraz leniwiej. Bardzo dużo pisałam i rysowałam w ostatnim czasie - motywacja także osłabła, ale to dłuższa historia. 
   Kupiłam jakiś czas temu pękatą księgę 'Ilustrowana historia świata' za dziesięć złotych i, co wieczór ją czytam. Treść: od Wielkiego Wybuchu do Współczesności. Jestem teraz przy cesarstwie rzymskim i to chyba mój zdrowy rodzaj ucieczki. Mam pomysł, żeby wystąpić w programie '1 z 10', zająć na przykład drugie miejsce i wygrać kosz słodyczy od Jutrzenki. Tak ostatnio widzę świat, absurdalnie. I jeszcze ta książka Petera L. Bergera o bardzo trafnym tytule. Potrzebuję specjalnego zaproszenia do socjologii. Nie mam energii do tych studiów.


   Jadę jutro do Torunia podbić legitymację i na koncert najważniejszej toruńskiej kapeli - Jesień (powyżej). Domyślam się, że zdjęcie autorstwa Kach Niejadlik, z którą jutro spędzę czas, nareszcie. Mam nadzieję, że rozpogodzi mnie to wszystko, choć wiem, że Jesień nie należy stylistycznie do najweselszych zespołów, ale to złote chłopaki. Kiedyś miałam okazję występować z nimi w Centrum Sztuki Współczesnej. Miło wspominam. Wydają płytę. Niech się dzieje!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz