sobota, 27 kwietnia 2013

_'Tatami kontra krzesła' Rafała Tomańskiego - recenzja plus próba eksploracji Warszawy

   Zaczęłam samotnie podróżować po Warszawie, próbując zrozumieć to miasto. Oczywiście mieszkam tu nie od dziś i bywałam raczej w większości dzielnic, ale wcześniej wyłączałam czujność - zazwyczaj towarzyszył mi Oberbe, który jest chodzącym kompasem i potrafi czytać mapę do góry nogami, więc nie zapamiętywałam nazw ulic i numerów tramwajowych. Znane punkty Warszawy były dla mnie rozsypanymi puzzlami. Powoli powstaje z tego spójny obrazek.


   Chcę poczuć to miasto. Ostatnio wybrałam się z Karo (powyżej) do galerii 'Zachęta' na intymną wystawę prac Anety Grzeszykowskiej i barwnie intensywny 'Splendor tkaniny'. Później spacerowałyśmy po Parku Saskim, dyskutując na temat aparatów analogowych. I to są właśnie dla mnie magiczne momenty, bo nie ma w nich miejskiego pośpiechu - zbiegania po schodach do metra, który już pikaniem ogłasza zamykanie drzwi, czy wychodzenia ze sklepu, bo za długa kolejka.


   Trafiłam ostatnio do miejsca w Warszawie, gdzie pomiędzy domami wyrastał mały lasek brzozowy, w którym spędziłam czas siedząc na kamieniu i czytając książkę - w oczekiwaniu na Pomarańczowy Cylinder - grupę teatralną moich znajomych, z którymi zaczynam właśnie współpracować. Rekwizytowo i może graficznie. Wzięłam udział w edukacyjnym spektaklu 'Profesorek Wodorek' (powyżej) i najchętniej jeździłabym z nimi po całej Polsce, siedząc z dziećmi na widowni i oglądając te same spektakle. 


   A wczoraj wspólny obiad i kino z Oberbe i Olechno. Mam słabość do sushi z 'Tokio Expressu' w ZT, choć czasem zdarzy się nieco suchy ryż i jedna z pań za ladą jest wampirem energetycznym. Nigdy się nie uśmiecha, podaje pałeczki z obrzydzeniem i przypomina kobietę z baru mlecznego za czasów komuny. Jednakże ceny - bardzo w porządku, zawsze są moje ulubione maki (te z łososiem, krabem i ogórkiem), a w tle stoją maneki-neko, jak w japońskich restauracjach. Byliśmy na filmie 'Układ zamknięty' i raczej polecam, choć nie obejrzę go drugi raz. Nie przepadam za thrillerami. 
   Zdecydowanie wolę opisywać swe wrażenia na temat przeczytanych książek niż obejrzanych filmów. W poprzednim wpisie oceniłam książkę 'Bezsenność w Tokio' Marcina Bruczkowskiego. Szukając aktualnych informacji o autorze, natknęłam się na jego adres mailowy. Postanowiłam wysłać wiadomość z linkiem do recenzji - otrzymałam miłą odpowiedź, w której to p. Marcin dziękuje za recenzję i mówi, że bardzo dobrze piszę. Motywujące.

~~~

   Dziś kolej na kilka akapitów o książce: 
'Tatami kontra krzesła' - Rafał Tomański


   Przeczytałam tę książkę od deski do deski trzy razy i w zasadzie codziennie czytuję ją fragmentarycznie (znajduje się w naszej łazience, ekhe). Nieco popisana i pognieciona, ale z mojej strony jest to zawsze komplement. Im bardziej książka mi się podoba, tym gorzej wygląda. Nie piszę tylko po egzemplarzach z biblioteki lub zwyczajnie po nudnych lekturach.
   Najpierw poznałam (nie osobiście) autora, a dopiero potem dowiedziałam się, że napisał książkę. Po prostu kiedyś z uwielbieniem słuchałam audycji Rafała Tomańskiego w radio Chilizet. Potrafił intrygować przekazywanymi informacjami (w tym często o Japonii), w przeciwieństwie do Gabi Andrychowicz (innej prezenterki), która nadal jest w stacji i cały czas mówi o pogodzie oraz czyta słowo w słowo informacje internetowe. Tomański już nie jest redaktorem radiowym.
   Teraz (chyba) pracuje w Onecie. To taki człowiek orkiestra. Był kiedyś lektorem w japońskich bajkach, pracował w ministerstwie, korporacji, reklamie, wygrał pięćset tysięcy złotych w teleturnieju 'Milionerzy'. Interesuje się też fotografią.


   Domyślam się, że zdjęcia w jego książce zostały przez niego wykonane. Są niezłe, ale okładka koszmarna - autorem Michał Brzozowski. Z ciekawości przejrzałam inne prace tego grafika i dziwię się, jak to możliwe, że zaprojektował kilkadziesiąt okładek, które ktoś zaakceptował. Ale pierwsza strona 'Tatami kontra krzesła' nie jest taką klęską, jak tył tej książki. Mam wrażenie, że tekst umieszczony na ostatniej stronie pisał ktoś za karę i bardzo nie lubił swojej pracy. Copywriter na darmowym stażu? Co dwa zdania wielokropek. 
   Sama książka jest prawie celująca. Prawie, bo jednak sporo tam wiedzy internetowej, a nie empirycznej. Zdarza się w niej powielanie mitów i stereotypów o Japonii. Na przykład info, żeby wystrzegać się spożywania trującej ryby fugu, która co roku zbiera śmiertelne żniwo wśród smakoszy wydających na nią tysiące jenów. Bzdura. Ryba ta faktycznie może stanowić zagrożenie dla życia, jeśli spożyje się ją po samodzielnym przyrządzeniu. To się nie zdarza. Można ją zjeść w restauracji, w której to specjaliści z licencją, odpowiednio patroszą rybę. I nikt nie umiera. 
   Mimo to, uwielbiam 'Tatami kontra krzesła' i znów takie skromne dziesięć na dziesięć. Kupiłabym teraz tę książkę, jeśli nie kupiłabym jej rok temu. Polecam z uśmiechem. W następnym wpisie opowiem nieco o 'Japońskim wachlarzu' Joanny Bator i zapewne powspominam trochę o Szwecji, do której to jutro płyniemy razem z Oberbe. Udanych majówek!

wtorek, 16 kwietnia 2013

_'Bezsenność w Tokio' Marcina Bruczkowskiego - recenzja oraz prezent z Japonii

   Samopoczucie powyżej poziomu morza. Wiedziałam, że idealnie korzystny nastrój nadejdzie, bo znam te przypływy i odpływy, ale ostatnio coraz bardziej miałam dość długiego snu zimowego, w którym to brak odpoczynku, bo śniły się raczej koszmary. Koniec siedmiu lat chudych ze śniegiem po kolana. Ogłaszam wszem i wobec moim świeżym kolażem i ikebaną z żonkili:


   Ostatnio otrzymałam pocztą nawet nieco japońskiej wiosny w postaci miniaturowych zdjęć z kwitnącymi wiśniami, schowanych w magicznej kopercie znajdującej się w laurce od Jerzyka, który nadal mieszka w Tsukubie:


   Jestem szczerze wzruszona i stęskniona. Cały czas śni mi się Azja. Na przykład dzisiejszej nocy kupowałam parawany w japońskim sklepie. Tak jak wspominałam, wróciłam do zapisywania swoich snów, choć czasem jest trudno. Zwłaszcza wtedy, gdy po obudzeniu - próbując sobie przypomnieć szczegóły - czuję się tak, jakbym łapała motyle do dziurawej siatki. 


   Postanowiłam, że będę zamieszczać na tym blogu małe recenzje książek, przede wszystkim o tematyce japońskiej. Sny o Japonii nie wystarczają mi, tak więc pobudzam wyobraźnię wspomnieniami osób, które także odwiedziły ten kraj. Na powyższym zdjęciu trzy książki polskich autorów, które zamierzam zrecenzować w najbliższym czasie:
* 'Bezsenność w Tokio' - Marcin Bruczkowski,
* 'Tatami kontra krzesła' - Rafał Tomański,
* 'Japoński wachlarz' - Joanna Bator.

Jedna książka na jeden wpis. Dziś: 
'Bezsenność w Tokio' - Marcin Bruczkowski


   Mój orientalny elementarz. Pierwsza książka o Japonii, którą przeczytałam przeczuwając, że wylecę do Azji. Trochę już nieaktualna (wspomnienia w niej zawarte dotyczą przełomu lat '80 i '90, tak wnioskuję z biografii autora), więc nie polecam traktowania tej książki przewodnikowo - zresztą, jak żadnej innej. Za pierwszym razem, gdy czytałam 'Bezsenność w Tokio', byłam zauroczona lekką narracją. Z kolei czytając ją ponownie w ostatnim czasie, to właśnie sposób przekazywania treści mnie razi. Czasem jest zbyt rubasznie. 
   Tym razem jeszcze nie dobrnęłam do końca, ale pamiętam, że przy pierwszym kontakcie z tą książką, koniec zmiótł mnie swoją ciężką atmosferą i poczułam się jak dziecko zostawione na środku ulicy, ale może przesadzam.
   Przez tę lekturę się płynie, trudno przerwać jej czytanie. Jeszcze tylko jedna strona, jeszcze tylko do końca rozdziału i w ten sposób uciekają programowe godziny na sen. Mój pierwszy 'nie na żywo' zachwyt Japonią pojawił się właśnie podczas czytania tej książki. Sprawiła, że nie mogłam doczekać się wylotu do prefektury Ibaraki.
   Autor spędził w Japonii dziesięć lat, a miał wrócić po roku! Potem mieszkał jeszcze w Singapurze, który też mnie intryguje. Z azjatycką żoną wrócił do Polski. Był informatykiem, tłumaczem, inżynierem dźwięku i tak dalej. Napisał też inne książki, które zamierzam przeczytać. Marcin Bruczkowski ma już prawie pięćdziesiąt lat, a ja nadal myślę o nim jak o studencie z książki 'Bezsenność w Tokio'. Myślę, że on też tak o sobie myśli. Aktualnie jest perkusistą w kapeli East of Nowhere, która brzmi dość młodzieżowo. Poza tym, za kilka miesięcy ukaże się jego kolejna książka.
   Pamiętam pierwszą noc w Japonii. Leżałam na tatami z jetlagiem patrząc przez szybę na wschód słońca wylewający się pomiędzy kartonowymi domami i Oberbe zapytał, czy to bezsenność w Tokio. Wspominam miło tę sytuację i tę książkę. Darzę ją sporym sentymentem - mimo, że (uwaga) okładka mi się nie podoba. Właśnie bodajże kilka dni temu pojawiła się ta książka w nowym wydaniu z inną okładką, która... też mi się nie widzi. Zbyt oczywiste widoczki tokijskie, które lubię, ale od okładek zawsze wymagam czegoś więcej.
   Jednakże to naprawdę mój japoński elementarz. Zajmuje to same miejsce, co książka 'Litery' z pierwszymi czytankami. Gdybym miała oceniać, może i nawet dziesięć na dziesięć, ale postanawiam stosować inną skalę poprzez pytanie: czy kupiłabym tę książkę? Pauza pełna napięcia. Odpowiedź brzmi: tak.

czwartek, 4 kwietnia 2013

_Tęsknota za Japonią

   Właśnie wróciłam z salonu fotograficznego i z lekkim rozgoryczeniem przeglądam zdjęcia, które zrobiłam aparatem analogowym w Japonii. Chyba mam krzywy wzrok, skoro cały czas problematycznym dla mnie jest ustawienie odpowiedniej ostrości. Jednak klimat fotografii ze starych aparatów zawsze mnie przekonuje do włożenia następnej rolki filmu do mojego analoga. Na szczęście kilka zdjęć z tej japońskiej serii jest znośnych, choć jakościowo poniżej poziomu morza.


   Patrzę na te fotografie i coraz bardziej tęsknię za Japonią. Po powrocie do Polski wyczuwam jakąś złą energię wokół siebie. Większość moich działań kończy się porażką. Dużo się ostatnio działo, ale w rezultacie nic się nie stało. Nienasycenie. 


   Nie chcę mówić o pogodzie, ale na pewno trochę to jej wina, że niechętnie spędzam czas na zewnątrz. Z nostalgicznym uśmiechem wspominam łapanie owadów z japońskimi chłopcami, podczas gdy kilkanaście metrów dalej Oberbe strzelał gole. Podobne odczucia w przypadku przejażdżek rowerowych z Jerzykiem do parku, w którym karmiliśmy karpie koi (pierwsze zdjęcie od góry).


   Ostatnio pozbierałam wszystkie azjatyckie bilety, mapki, karteczki z informacjami, wizytówki, rysunki i wkleiłam je do specjalnego notesu (powyższe zdjęcie, prawa strona), bawiąc się w scrapbooking. Tak jak wspominałam w ostatnim wpisie, powróciłam do regularnego zapisu snów - znalazłam dla nich miejsce w cudnym zeszycie (ten kolorowy po lewej), który kupiłam kiedyś w toruńskiej galerii z pracami osób niepełnosprawnych. Co ciekawe, środkowy zeszyt jest z bardzo podobnego miejsca, ale japońskiego. Pozapisywałam w nim ostatnio pomysły na desery.


   Niedawno jadłam najlepszą szarlotkę, autorstwa Mamy Oberbe (pani Ireny) i zostawiłam jedną stronę w tym zaszycie na odpowiedni przepis (szarlotki w moim wykonaniu są zbyt kruche). Tak w ogóle, spędziliśmy trochę świątecznego czasu u pani Ireny i pana Janka. Powyżej ozdoby właśnie z domu p. Kotarbińskich. Urokliwe.


   A tu już Oberbe z podbitym okiem po treningu mieszanych sztuk walki i nasz ursynowski spacer. Gdy pada śnieg - czasem zamykam oczy i wyobrażam sobie, że to japońskie płatki wiśni, ale tak zabawnie i miło bywa za pierwszym, drugim razem, a nie za dwudziestym piątym.


   Zastanawiam się, co dalej. Uczę się japońskiego coraz leniwiej. Bardzo dużo pisałam i rysowałam w ostatnim czasie - motywacja także osłabła, ale to dłuższa historia. 
   Kupiłam jakiś czas temu pękatą księgę 'Ilustrowana historia świata' za dziesięć złotych i, co wieczór ją czytam. Treść: od Wielkiego Wybuchu do Współczesności. Jestem teraz przy cesarstwie rzymskim i to chyba mój zdrowy rodzaj ucieczki. Mam pomysł, żeby wystąpić w programie '1 z 10', zająć na przykład drugie miejsce i wygrać kosz słodyczy od Jutrzenki. Tak ostatnio widzę świat, absurdalnie. I jeszcze ta książka Petera L. Bergera o bardzo trafnym tytule. Potrzebuję specjalnego zaproszenia do socjologii. Nie mam energii do tych studiów.


   Jadę jutro do Torunia podbić legitymację i na koncert najważniejszej toruńskiej kapeli - Jesień (powyżej). Domyślam się, że zdjęcie autorstwa Kach Niejadlik, z którą jutro spędzę czas, nareszcie. Mam nadzieję, że rozpogodzi mnie to wszystko, choć wiem, że Jesień nie należy stylistycznie do najweselszych zespołów, ale to złote chłopaki. Kiedyś miałam okazję występować z nimi w Centrum Sztuki Współczesnej. Miło wspominam. Wydają płytę. Niech się dzieje!