czwartek, 14 marca 2013

_Mangakissa, japońskie walentynki dla kobiet i senny bonus

   Przeglądając zdjęcia z Japonii zauważyłam, że jeszcze sporo mogłabym opowiadać. Chociażby o mangakissaten (w skrócie mangakissa), co oznacza kawiarnię z komiksami. W Japonii jest pełno tego typu miejsc, są otwarte dwadzieścia cztery godziny na dobę. Można w nich skorzystać z komputera, obejrzeć film na DVD, wziąć prysznic, przespać się, zjeść coś, no i oczywiście poczytać komiksy. 
   Razem z Oberbe zostaliśmy członkami jednej z sieci takich kafejek, niestety dopiero kilka dni przed wylotem, więc byliśmy tam raz. Na miejscu zarejestrowaliśmy się przy specjalnych monitorach z pomocą kobiety z obsługi, która mówiła po angielsku, choć czasami była niezrozumiała - na przykład prosząc nas o dokumenty satysfakcji zamiast tożsamości. Otrzymaliśmy specjalne karty klubowe, cena: trzysta jenów, czyli około dziesięciu złotych. 


   Pierwsze pół godziny w takiej kawiarni to dwieście sześćdziesiąt jenów (nieco ponad osiem złotych), a każde kolejne dziesięć minut to osiemdziesiąt jenów (niecałe trzy złote). Mieliśmy do wyboru kabiny jednoosobowe z komputerem lub dwie opcje dwuosobowe: pierwsza z sofą, komputerem i telewizją, druga podobna, lecz zamiast sofy - fotele (nasz wybór). Otrzymaliśmy koszyk z numerem kabiny, kartami wstępu i pilotem do telewizora.


   Rozmiar takiego pokoju to maksymalnie trzy na dwa metry. Wysokość około półtora metra - stojąc, wystawałam głową i widziałam inne kabiny wokół. W pokojach wszystko to, o czym wspominałam plus karty menu - można było zamawiać (za dodatkową opłatą) desery, zupy, fast-foody, potrawy rybne. Oczywiście na podłodze maty, buty zostawia się przed wejściem na nie. No i telewizja kablowa, więc już inny rodzaj programów, niż dotąd nam znane:


   Na swoim hotelowym telewizorze odbieraliśmy z siedem programów i to takich lokalnych, więc nigdy wcześniej nie widzieliśmy (bynajmniej ja) tańczących penisotwarzy i pupy z numerem jeden wskazującej na czerwony znak hiragany 'su'.


   Wyszliśmy z kabiny, żeby obejrzeć cały obiekt. Okazało się, że do dyspozycji mamy jeszcze: karaoke, bilard, rzutki i pełno automatów z ciekawymi napojami - kawa/kakao na ciepło i zimno, mleko truskawkowe, melonowy sok, coś na kształt bubble tea i wiele innych. Do tego kilkadziesiąt rodzajów normalnej herbaty i zupek instant. Jednak nasze serce zdobyła maszyna do kręcenia włoskich lodów!


   Na koniec pochodziliśmy jeszcze między regałami z komiksami, których było tysiące. W ten sposób minęła godzina. Gdy kiedyś wrócę do Japonii, to do mangakissa też. 
   To znaczy myślami często jestem w Azji. Kojarzę, że kilka dni temu była druga rocznica katastrofy w Fukushimie. Wiem, że za tydzień w Tokio zakwitną wiśnie:


   I, że dziś w Japonii jest ホワイトデ - 'White Day', czyli walentynki dla kobiet, ponieważ czternastego lutego to dzień obdarowywania (zazwyczaj czekoladkami) tylko mężczyzn. Miesiąc później, czyli dziś, zamiana ról. Kiedyś zamiast 'białego dnia' było 'święto pianek', ze względu na wręczanie tego rodzaju prezentu.
   Myślę sporo o Japonii, czytam o niej książki - dziś w końcu zapisałam się do warszawskiej biblioteki. Czasem zdarza mi się obudzić w środku nocy z przerażeniem, że jest trzęsienie ziemi. W ogóle powróciłam dziś do zapisywania swoich snów i może ich ilustrowania. Prowadziłam taki senny dziennik na przełomie szkoły podstawowej i gimnazjum. Czasem potrafiłam stanąć przed koleżanką i powiedzieć jej: Śniło mi się, że podarowałaś mi jabłko... Robaczywe.
  I czekać na przeprosiny. Wtedy byłam uznawana za szczególnie nawiedzoną. Pomysł na powrót do zapisywania snów pojawił się, gdy Oberbe słysząc kiedyś poranne opowieści o moich snach, porównał je do tego:


Sny z trzynastego na czternastego marca:

1) Warszawa, półmrok. Jakieś zimowe juwenalia, studenci balują na ulicy. Obserwuję dziewczyny, które tańczą na stromych dachach i spadają z nich. Wrzawa, hałas, krzyki. Nie reaguję. Zastanawiam się, kiedy śnieg stopnieje.

2) Brazylia, a przynajmniej gdzieś ponad nią. Wsiadam z Oberbe do windy. Poruszamy się czarnym tunelem, nagle (jak to w snach bywa) wszystko przyspiesza i znajdujemy się w roller-coasterze, kilkaset metrów nad ziemią. Pędzimy, ledwo trzymam równowagę na ostrych zakrętach. Jestem przerażona, ale trochę spoglądam - zza zasłaniających twarz dłońmi - w dół i zachwycam się widokiem (rozłożyste lasy z lotu ptaka). Oberbe siedzi zrelaksowany i z delikatnym uśmiechem podziwia. Spokojnym głosem informuje: Teraz jesteśmy nad stolicą Brazylii.

3) Trochę Zajezierze, trochę Niemcy. Festiwal muzyczny. Kora proponuje mi wykonanie z nią utworu 'Raz dwa raz dwa'. Zgadzam się, choć podejrzewam, że to nie jest prawdziwa K. Jackowska, tylko Magda, koleżanka z klasy gimnazjalnej. Nagle (nie wiem, jak to się zawsze dzieje) jestem sama w lesie zajezierskim i słyszę, jak Kora już śpiewa. Biegnę w kierunku, z którego dobiegają dźwięki i (znów) wtem wyrasta przede mną barierka, a za nią mundurowi i ciężarówka - wszędzie napisy po niemiecku. Pytam, czy mówią może w języku angielskim i, czy właśnie dobiegłam do przejścia granicznego w Niemczech. Odpowiadają mi pytaniem po polsku: 'Gdzie się wybierasz?'. Mówię, że na ślub. Wpuszczają mnie, a w zasadzie omijam barierkę bokiem.    
   Dostrzegam przebijające światło pomiędzy drzewami, dźwięki maanamowe coraz bliżej. Widzę scenę, wchodzę na nią (ochroniarze nie reagują), niechcący strącam coś nogą. Patrzę przed siebie przepraszająco, a tam tłumy ludzi. Kora znajduje się za kolumną podtrzymującą scenę - nie widzę jej, a ona mnie - ale słyszę, że idzie jej słabo, zapomina, co trzecie słowo w piosence. Znajduję rozgałęzienie, na którym są mikrofony, ale przy bliższej odległości okazują się być latarkami. Zauważam cudowny mikrofon na stojaku, ale z przyklejonymi, srebrnymi rękawiczkami. Tak jakby zarezerwowany już dla kogoś.
   Kora, która coraz bardziej wydaje mi się nie być Korą, pogrąża się. Już prawie nic nie śpiewa, ludzie gwiżdżą. Chwytam mikrofon, zakładam te srebrne rękawiczki, pasują idealnie. Nagle słyszę, że zespół rozpoczyna grać melodię 'Oddech szczura' (chyba najbardziej dynamiczny utwór Maanamu, językowy łamacz). Wszyscy patrzą w moją stronę - widząc, że trzymam mikrofon. Budzę się.

[Jeśli ktoś czuje się Freudem, chętnie posłucham interpretacji. 
Właśnie Oberbe wrócił do domu ze słodyczami! Znów walentynki, celebracja białego dnia.
Polecam jego ostatnią część psychatogowego bloga o Japonii: KLIK!]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz