niedziela, 3 marca 2013

_Spotkania po powrocie i Festiwal lalek, czyli Dzień Dziewcząt w Japonii

   Tydzień temu przeniosłam się na chwilę z Zajezierza do Torunia. Samotnie spacerowałam po starówce niedzielnym popołudniem i czułam się obco. Miasto wygląda jak po wojnie. Centrum opustoszało. Co pięć kroków na witrynach kartki o treści 'lokal do wynajęcia'. Pomyślałam, że tu już się nic nie wydarzy.
   Do momentu aż zobaczyłam Miedzianą. Podekscytowane spotkaniem natrafiłyśmy przez przypadek na nowy lokal o nazwie 'Szeroka no 9'. Urocze miejsce. Niepasujące za bardzo do kryzysowego Torunia, ale idealnie komponujące się z Miedziem:


   W Japonii moje życie towarzyskie prawie nie istniało. Teraz wszystko nadrabiam, ale bez większych szaleństw. Raczej wolę rozmawiać z kimś w kuchni niż w knajpie. Miedziana sprawiła mi ogromną niespodziankę, piekąc chleb w domowym piekarniku. Wzruszenie.


   Dzień później wracałam pociągiem do Warszawy. Trafiłam na wesoły przedział, w którym poznałam dziarską kobietę w podeszłym wieku i chłopca cukiernika. Przez całą podróż opowiadaliśmy sobie różne historie i wymienialiśmy się deserowymi przepisami, których już teraz oczywiście nie pamiętam.


   W atmosferze kuchennej spotkałam się także z Oleszką, który przywitał mnie ukochanymi pralinkami, a ja ryżem z dodatkiem krewetek, kukurydzy i cytryny. No i japońską, mieloną, zieloną herbatą (matcha), która smakowała chyba wszystkim naszym dotychczasowym gościom. Powyżej Ole z certyfikatem ukończenia przeze mnie kursu języka japońskiego. Czerwona pieczątka z napisem: Approved!


   Na szczęście część Torunia przeniosła się do Warszawy i mam coraz mniej powodów, żeby do niego wracać. Mumin, Karo i Tom (powyżej) po toruńskich studiach zamieszkali w USA i po powrocie do Polski postanowili robić karierę w stolicy. Opowiadając o tym, czuję się jak scenarzysta serialowy. 
   Tak w ogóle podczas spotkania z nimi miałam wrażenie, że odwiedziłam ich w Ameryce, bo w miejscu, w którym siedzieliśmy przez cały czas leciał Johnny Cash - jak się potem okazało - tego dnia była rocznica jego urodzin. Ciekawie jest zestawiać wspomnienia japońskie i amerykańskie. Odmienne galaktyki.


   A dziś w Japonii odbywa się 'Festiwal lalek' zwany także 'Dniem Dziewcząt'. Świętuje się go poprzez wystawianie specjalnych konstrukcji tradycyjnych lalek o nazwie Hina-Ningyo. Układ elementów nie jest przypadkowy. Ważny jest każdy detal. Powyższy zestaw lalek sfotografowałam w Ninomiya House już jakiś czas temu, ale widywałam podobne w tradycyjnych sklepach i muszę przyznać, że są bardzo drogie. Natrafiałam na o wiele mniejsze konstrukcje i kosztowały ponad sto tysięcy jenów, czyli powyżej trzech tysięcy złotych. Najdroższe lalki przekraczają sumę miliona jenów. Jednakże jest to pewnego rodzaju inwestycja, bo są zazwyczaj przekazywane z pokolenia na pokolenie. 
   Najważniejszą częścią tej wystawy jest cesarska para znajdująca się na górze. Poniżej są trzy damy dworu. Lalki zazwyczaj wystawia się do publicznego podziwiania już dwa tygodnie przed świętem, a należy je schować w ciągu trzech dni po festiwalu. W przeciwnym razie córka może zostać starą panną, tak przynajmniej głosi przesąd. 
   Dzień ten także celebruje się pijąc Amazake, czyli słodką, bezalkoholową wersję sake i spożywając ciasteczka ryżowe. W niektórych częściach Japonii zachował się zwyczaj wrzucania lalek (jednakże papierowych, nie tych powyższych - drogocennych) do rzeki, ponieważ w starożytnych, chińskich praktykach magicznych, choroby i nieszczęścia starano się przenieść właśnie na lalki. Tak w ogóle święto to przywędrowało z Chin.
   Obchodzony jest też 'Dzień Chłopców' zwany Tango-no Sekku, ale piątego maja. Co ciekawe, 'Dzień Dziecka' (Kodomo-no Hi) nie jest obchodzony pierwszego czerwca, tylko właśnie też piątego maja. 

~~~

A na koniec coś z innej bajki:
reaktywowałam garderobiany recykling:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz