wtorek, 5 lutego 2013

_Japoński sexshop i Tsuchiura

   Niedawno znów trafiliśmy do sąsiedniego miasta (Tsuchiury), ze względu na rozgrywany tam turniej magicowy. Oberbe jako król nerdów nie mógł przegapić tego wydarzenia. Odbywało się ono w miejscu całkiem dobrze nam znanym - 'Sakura shopie', o którym już kiedyś tu wspominałam.
   Po drodze mieliśmy okazję zajrzeć do ogromnego sklepu z komiksami, a w nim za specjalną zasłonką strefa dla dorosłych z różnorodnymi hentaiami, czyli mangą i anime o treści erotycznej. Ponadto sexshopowy asortyment - sporo wibratorów, sztucznych wagin i jeszcze coś, o czym czytałam, ale myślałam, że to jedna z legend o Japonii. Otóż pomiędzy tym wszystkim znajdował się automat z zużytą bielizną damską oraz maxi-paczki z biustonoszami, majtkami, rajstopami - też już wcześniej noszonymi.


   Podobno istnieją także sklepy z jeszcze bardziej kontrowersyjnymi artykułami, oferujące tampony, chusteczki, wkładki higieniczne, również zużyte. Wielbiciele takich specyficznych wrażeń nazywani są tutaj kagaseya, czyli po prostu: wąchacze. Raczej nie potrafię tego objąć własnym komentarzem, ale myślę, że cytat z książki 'Chryzantema i miecz' Ruth Benedict może co nieco wyjaśnić: 'W naszej kulturze przyjemności erotyczne obwarowane są wieloma tabu, których Japończycy nie znają. Jest to dziedzina, która dla nas podlega osądom moralnym, a dla nich nie'. Ale im bardziej zastanawiam się nad tym cytatem, tym zdaje mi się coraz mniej wyjaśniać.
   W tym sklepie byliśmy zaledwie kilka minut. Spieszyliśmy się na pierwszy turniej, mający zacząć się o północy. Dotarliśmy na miejsce o właściwej porze. Zaskoczyło mnie to, że każdy gracz ma swój taki jakby magicowy pesel:


   Oberbe wygrywał prawie wszystkie rundy, ja rozwiązywałam ćwiczenia z japońskiego. W pewnym momencie zauważyłam, że w sumie jestem przeziębiona i coraz gorzej się czuję. Chciałam wypić ciepłą herbatę z miodem i cytryną, ale asortyment automatu z napojami wewnątrz sklepu nie zawierał takiego eliksiru. Toteż wybrałam się na krótką wycieczkę w poszukiwaniu innych maszyn. Na korytarzu napotkałam taneczne trio, które w swoich ruchach było bardzo profesjonalne. Nieśmiało zapytałam, czy mogę zrobić im zdjęcie. Otrzymałam taką odpowiedź:


   Wyćwiczona poza, gotowość do sławy. Czułam się prezenterką, mówiącą: 'Jeśli chcecie, żeby ci energetyczni tancerze przeszli do finału, wyślijcie SMS o treści takiej pod numer taki'. Do finału przeszedł Oberbe, ale w rozgrywce magicowej, a nie youcandancowej. W ogólnej klasyfikacji zajął trzecie miejsce. Duma!
   Świt. Za kilka godzin rozpocznie się kolejny turniej, w innym miejscu - też już kiedyś je tutaj opisywałam. Idziemy piętro wyżej do Manga-Kissa, czyli kafejki z komiksami, która jest noclegownią. Niestety wszystkie pokoje zajęte. Wróciliśmy do domu. Oberbe spał niecałe pół godziny i pojechał na kolejny turniej. Ja odsypiałam i zdrowiałam. Okazało się, że obok naszego miejsca zamieszkania są jeszcze dwie manga-kawiarenki, więc postaram się tam zajrzeć i zdać tutaj relację.
   Zostało nam jeszcze dziesięć dni w Japonii. Staramy się nie myśleć o tym, że spędziliśmy tutaj pół roku. Tylko po prostu wyobrażamy sobie, że przed chwilą wylądowaliśmy w Tokio i chcemy spędzić ten pozostały czas z taką samą uważnością, jak na początku. 


   Choć myślami powoli pakujemy się. Z niepokojem patrzę na całą makulaturę, którą tu nabyłam (książki, zeszyty, notesy, papier origami i chiyogami, komiksy, 'te gazetki' - jak to mówi mój znajomy, Olechno). 
   Ostatnio byliśmy na większych zakupach w galerii handlowej celem upatrzenia jakichś upominków. Trochę żałuję, że nie miałam ze sobą aparatu. Widzieliśmy komiczny koncert trzech rosłych mężczyzn przebranych za dzieci. Ponadto szalony salon fryzjerski dla dzieci, w którym zamiast klasycznych foteli były siedzenia w minisamochodach dla małych klientów. 
   Byliśmy też w sklepie zoologicznym i dopiero wtedy przyjrzałam się cenom zwierząt w Japonii. Zwykły, nierasowy kot kosztował średnio sto sześćdziesiąt tysięcy jenów (tak, przeliczniki walut nie oszukują, to ponad pięć tysięcy złotych). Wspominałam już tu kiedyś, że w Japonii nie ma bezdomnych psów na ulicach, a posiadanie zwierzęcia wiąże się ze sporą papierologią. Bardzo to pochwalam. W Polsce psy i koty leżą na ulicy, a tu w Japonii nie są zachciankami, które odechciewają się po nabyciu. Psychologicznie, im trudniej coś zdobyć, tym bardziej doceniamy. Na kota za sto sześćdziesiąt tysięcy jenów trzeba cierpliwie odkładać, zarejestrować go, napisać odpowiednie podania.

~~~

   Zauważam, że mojego bloga odwiedza sporo osób. Więcej niż mogłabym znać. Statystyki pokazują, że część przywędrowała po tym, jak mój wiersz wyróżniono digartem dnia, a jedna z grafik znalazła się na fanstronie zalajkowanej przez osiemdziesiąt tysięcy osób. To motywujące i postaram się jeszcze napisać coś przed wylotem. Oczywiście też dla 'starych' czytelników. Coraz więcej osób odzywa się do mnie z informacją, że śledzi moje raporty, odkąd przybyłam do Japonii. Bardzo miłe są takie wyjścia z cienia, swoiste coming-outy blogowe.


   Kilka osób pytało mnie, dlaczego od wielu wpisów nie pojawiają się zdjęcia ze mną. Po prostu zazwyczaj ja trzymam aparat i pstrykam. Powyższe foto jest z restauracji, w której sushi jeździ wokół na specjalnej taśmie. Niech to będzie przypomnieniem dla mnie, że mam jeszcze opisać japońskie kulinaria, bo o jedzeniu mówiłam głównie świeżo po przylocie i wtedy nie wiedziałam, co zawiera się w tych wszystkich pudełeczkach, tubkach i słoikach. Niebawem zrobię większą rozprawę na ten temat!

__________________________

Olechno: wyglądasz jak córka purytańskich pielgrzymów z Plymouth u wybrzeży Nowego Świata.
(w reakcji na powyższą fotografię)
Ja: czy to komplement?
Olechno: no raczej, jesteś w końcu pionierką z 1620 roku, która założyła kolonie w Hameryce.

1 komentarz:

  1. Czytając pierwsze kilka akapitów wyobraziłem sobie karciane You Can Dance, jak za trzy czarnej many i jeden czerwonej robię bardzo-trudną-figurę.

    OdpowiedzUsuń