niedziela, 10 lutego 2013

_Itadakimasu i Gochisousama! Jedzenie w Japonii:

   Usłyszałam kiedyś od znajomego (Keldona), że po lekturze mojego bloga często czuje głód. Jeśli sytuacja powtórzy się także dziś i nawet w szerszej skali, wcale mnie to nie zdziwi, bo czas na kulinarny wpis. Itadakimasu! Czyli coś w stylu: 'smacznego', choć dosłownie to japońskie słowo oznacza: 'Pokornie przyjmuję' i jest wypowiadane nad posiłkiem, który właśnie ma się zacząć spożywać.
   Wiadomo, położenie Japonii wpływa na jej kuchnię, więc często na stołach serwuje się ryby, owoce morza i wodorosty. Ostatnio przygotowałam tradycyjny obiad, składający się z elementu głównego - ryżu i dodatków, czyli 'okazu'.


   W mojej kompozycji 'okazu' zawarłam smażone krewetki, panierowaną ośmiornicę i kałamarnicę (ten sposób podania zwany jest tempurą)i surowego łososia, czyli sashimi, do którego obowiązkowo: sos sojowy i wasabi, no i mielona, zielona herbata. Pocięłam łososia na siedem kawałków i później dowiedziałam się, że sashimi powinno być podawane właśnie w liczbie nieparzystej, ponieważ to przynosi szczęście. Japończycy wierzą w różne rzeczy, ale tak z przymrużeniem oka.


   Raczej zabobon z liczbą sashimi nie dotyczy już sushi, bo w restauracjach bywa podawane parzyście i nieparzyście. W sklepach bardzo często można znaleźć długie rolki ryżu z rybą lub warzywami w środku, zawinięte w wodorost, zwany nori. Zazwyczaj jedna rolka kosztuje sto jenów, czyli nieco ponad trzy złote i tak jak widać powyżej, można pociąć ją na prawie dziesięć solidnych kawałków sushi. W tym przypadku trafiłam rolkę z ogórkiem. Po prawej wasabi w tubce i sos sojowy w butelce, a obok nich to samo, ale w małych, plastikowych opakowaniach - to takie gratisy dołączane do sushi w marketach.


   A tutaj kolejny, przykładowy obiad składający się z pampucha (białej bułki drożdżowej gotowanej na parze) z cebulką w środku, obok grzybki, które wyglądają trochę jak halucynogenne i smakują jak cienki makaron oraz łosoś grillowany z ziołami. Aaa, no i jeszcze ogórek, ale w innej odmianie, niż dotąd mi znanej. Zdecydowanie różni się wielkością (japoński jest bardzo cienki) i nawet nieco inaczej smakuje.


   W Japonii jada się bardzo dużo zup. I bardzo głośno, co nie jest tutaj uznawane za nieprzestrzeganie dobrych manier. Osobiście nie przepadam za tymi daniami i dźwiękami towarzyszącymi ich jedzeniu, ale też nie jest to dla mnie arcyproblemem. Zwłaszcza, gdy w ofercie restauracji znajduje się 'kare udon', czyli makaronowa zupa o smaku curry lub chociażby zupa 'miso', warzywna czy grzybowa, często z dodatkiem tofu. Pozostałe zupy są dla mnie zbyt mięsne i rybne. Powyżej Oberbe w jednej z restauracji, serwującej ten rodzaj dań. Na ścianie widoczny jest plakat z japońskimi zupami. 


   A tutaj ja w roli tekturowego kucharza, trzymającego okonomiyaka, czyli japońskiego naleśnika (lub może bardziej pizzę) z dodatkami w postaci siekanej kapusty, wodorostów, owoców morza i warzyw - ten repertuar jest dość zmienny, w zależności od miejsca, w którym można zjeść taką potrawę. 


   A teraz czas na deser. Obchodziliśmy oczywiście tłusty czwartek - z takimi świętami nie mamy problemu, a restaurację 'Mister Donut' uwielbiamy na tyle, że celebrowaliśmy pączkowy dzień nawet dziś. I często wymyślamy takie okazje, żeby tam zajrzeć. 


  A oto plakat reklamujący 'Mister Donut' (z okazji dziesiątej rocznicy), a na nim mężczyzna w złotej sukni, z makijażem i kolczykami w kształcie pączków. Reklama z dystansem, która u nas zapewne wywołałaby falę oburzeń, a w Japonii nie sprawia problemu. Kolejki do 'Mister Donut' nadal są długie, jak po darmowe złoto.


   W ogóle japońskie słodycze są czasem małymi arcydziełami. Zdarza się, że każde ciasteczko jest zapakowane w osobną torebeczkę, a czekolada jest bardzo płaska i delikatna.

(zdjęcie pożyczone z internetu)
    Piękne są tradycyjne słodycze, zwane wagashi (na przykład te trójkolorowe kulki na patyku powyżej) i daifuku. Formowane są z ryżu, zielonej (mielonej) herbaty, mąki sojowej, często z nadzieniem słodkiej fasoli. Dla mnie są nieco za ciężkie na deser i zbyt męczące w jedzeniu - długo się je żuje. Chyba podobnego zdania jest coraz więcej ludzi tutaj. Zainteresowanie takimi słodyczami słabnie, kosze w sklepach wypełnione są tymi produktami, mocno przecenionymi.


   Wydaję mi się, że z tradycyjnymi słodyczami zaczynają wygrywać nowoczesne smakołyki, jak te powyżej, w opakowaniach z wizerunkiem postaci z bajek, czy uroczymi pandami. Paluszki zatopione w polewie truskawkowej, czy czekoladowej, ciastko o smaku melona, kolorowe lizaki, draże, cukierki i tak dalej.


   Nie przepadam za tymi tradycyjnymi, ani nowoczesnymi - strasznie sztucznymi. Uwielbiam za to słodkie pieczywo do kawy, z owocowym dodatkiem. W Japonii rozpoczął się niedawno sezon truskawkowy, co początkowo nie zrobiło na mnie wrażenia, bo nie lubiłam truskawek (a poza tym, uwielbiam wszystkie owoce). Wszyscy dziwili się mojej niechęci do truskawek, a teraz ja sama się sobie dziwię. Mam nadzieję, że te polskie też nie zawiodą.


   A właśnie! Ostatnio natrafiłam na polski akcent w tutejszych sklepach. Serki topione Lactima z Morąga. Chwilowo nie zarejestrowałam tego, że przeczytałam polską etykietę w japońskim sklepie, ale towarzyszyło mi dziwne uczucie. I nagle dotarło już do mnie, o co chodzi. W sumie nawet wywołało to mój uśmiech. Cena: prawie czterysta jenów, czyli niecałe piętnaście złotych.
   Za pięć dni będę już w kraju Lactimy, mieszane uczucia. Postaram się jeszcze napisać coś przed wylotem, bo mam sporo materiału i refleksji. O japońskim jedzeniu też mogłabym pisać bez końca. Ciekawe są sezonowe produkty w tutejszych sklepach, takie jak na przykład biała Pepsi o smaku mandarynki, czy KitKaty z dyniowym nadzieniem z okazji Halloween. Jednakże chcę jeszcze trochę nacieszyć się Japonią nie-przy-komputerze, dlatego już 'Gochisousama', czyli japońskie hasło zamykające każdą strawę, oznaczające 'dzięki za (wspólny) posiłek'!

4 komentarze:

  1. Szkoda, że Twoja przygoda z Krajem Kwitnącej Wiśni się kończy. Polubiłam te japońskie relacje. :)

    Szczęśliwej podróży powrotnej!

    Gosia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miło mi, dzięki bardzo. bloga będę prowadzić także po powrocie, ale nie będzie tu już tak dużo orientalnych klimatów zapewne. trzymaj się!

      Usuń
  2. Mnie również dobrze się czyta, chociaż z lekkim uczuciem zazdrości (ale tej zdrowej). Trafiłam tu przez przypadek, ale zasiedziałam na dłużej. Ogólnie ujmując to fajnie piszesz :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń