wtorek, 19 lutego 2013

_Spaceruję w śniegu i czytam Morrisona, czyli powrót do Polski

   Chyba przeżyłam większy szok kulturowy wracając z Japonii do Polski, niż wkraczając do Azji, opuszczając Europę, w której spędziłam dwadzieścia lat. Szarość ulic, niemiła obsługa w sklepie, przepychanki do autokaru. Tęsknię za japońskim powietrzem, uśmiechami i uprzejmościami przy zakupach, spokojem i ułożeniem – chociażby w postaci stoickiego oczekiwania na swoją kolej do skorzystania z komunikacji miejskiej. W Polsce wszystkiemu przypisany jest jakiś nerw.
   Jednakże staram się nie angażować w tę całą neurozę. Nadal stoję trochę z boku, wsiadam do autobusu jako ostatnia. Piekę szarlotkę o szóstej rano w niedzielę, ale to raczej spowodowane podróżą trwającą dobę i zmianą strefy czasowej. W ostatnich dniach wstawaliśmy przed wschodem słońca i oprzątaliśmy warszawskie mieszkanie, które na czas naszej nieobecności było poddane remontowi. Nie mieliśmy Internetu, telefonów. Słuchaliśmy radia w kuchni. Radia 'Nostalgia', serio.


   Wspominałam już tutaj kiedyś (przy okazji czytania japońskiej książki ‘Kuchnia’ B. Yoshimoto), że tęsknię za warszawską kuchnią, w której to często przesiadywaliśmy z Oberbe na szerokim parapecie, pijąc kawę lub leżąc na nim interpretując kształty chmur. Niestety cudowny parapet nie przetrwał remontu. Na nowym stoją kwiaty.
   Podobnie jak u mojej mamy. Wróciłam do rodzinnych stron, zajezierskich lasów. Spaceruję w śniegu i czytam Morrisona. No i dokarmiam niczyje koty, które układają się w kiczowacie symetryczny obrazek, odbicie lustrzane, składana laurka:


   Jeszcze niedawno pisałam tu, że w Japonii nie ma bezdomnych psów i kotów, że potrzeba specjalnych zezwoleń na posiadanie zwierzęcia i, że sam zakup psa lub kota jest kosztowny. W Polsce psy leżą na ulicy, a koty na parapecie i proszą o mleko:


   Gdzieś w archiwalnych folderach mam też zdjęcia wygłodniałych jeleni, które przychodziły zimą pod nasz dom. Potem w podziękowaniu za pomoc żywieniową, przewodnik stada zostawił swoje poroże przed wejściem do naszego domu. Tak w ogóle mój tata jest władcą lasu i wydeptał w nim większość ścieżek.


   To tylko część jego zdobyczy. Teraz jeszcze zaczął zbierać stare zegary. Jeśli jakieś leciwe odmierzacze czasu zalegają na Waszych strychach czy piwnicach, śmiało możecie dać znać. Mogą być nawet niesprawne.

~~~

   Z takich ciekawostek po-japońskich, niekiedy wydaje mi się, że czuję trzęsienie ziemi, ale po kilku sekundach dociera do mnie, że to przecież niemożliwe, strefa sejsmicznie nieaktywna. Tęsknię za Oberbe i zaszywam się w dziupli osowiałej sowy:


   Przed chwilą zaczęłam zastanawiać się, kiedy wygasną pytania w stylu: ‘Jak było w Japonii?’. Cały czas staram się odpowiadać na nie z pasją, ale obawiam się, że już sama zaczynam się nudzić tymi wszystkimi historiami, wyjaławiam glebę nieustannym zasiewem, ale raczej wrócę tu jeszcze za jakiś czas z nową porcją orientalnych opowieści.

‘She rode to Japan and re-entered a town'


 ~~~

niedziela, 10 lutego 2013

_Itadakimasu i Gochisousama! Jedzenie w Japonii:

   Usłyszałam kiedyś od znajomego (Keldona), że po lekturze mojego bloga często czuje głód. Jeśli sytuacja powtórzy się także dziś i nawet w szerszej skali, wcale mnie to nie zdziwi, bo czas na kulinarny wpis. Itadakimasu! Czyli coś w stylu: 'smacznego', choć dosłownie to japońskie słowo oznacza: 'Pokornie przyjmuję' i jest wypowiadane nad posiłkiem, który właśnie ma się zacząć spożywać.
   Wiadomo, położenie Japonii wpływa na jej kuchnię, więc często na stołach serwuje się ryby, owoce morza i wodorosty. Ostatnio przygotowałam tradycyjny obiad, składający się z elementu głównego - ryżu i dodatków, czyli 'okazu'.


   W mojej kompozycji 'okazu' zawarłam smażone krewetki, panierowaną ośmiornicę i kałamarnicę (ten sposób podania zwany jest tempurą)i surowego łososia, czyli sashimi, do którego obowiązkowo: sos sojowy i wasabi, no i mielona, zielona herbata. Pocięłam łososia na siedem kawałków i później dowiedziałam się, że sashimi powinno być podawane właśnie w liczbie nieparzystej, ponieważ to przynosi szczęście. Japończycy wierzą w różne rzeczy, ale tak z przymrużeniem oka.


   Raczej zabobon z liczbą sashimi nie dotyczy już sushi, bo w restauracjach bywa podawane parzyście i nieparzyście. W sklepach bardzo często można znaleźć długie rolki ryżu z rybą lub warzywami w środku, zawinięte w wodorost, zwany nori. Zazwyczaj jedna rolka kosztuje sto jenów, czyli nieco ponad trzy złote i tak jak widać powyżej, można pociąć ją na prawie dziesięć solidnych kawałków sushi. W tym przypadku trafiłam rolkę z ogórkiem. Po prawej wasabi w tubce i sos sojowy w butelce, a obok nich to samo, ale w małych, plastikowych opakowaniach - to takie gratisy dołączane do sushi w marketach.


   A tutaj kolejny, przykładowy obiad składający się z pampucha (białej bułki drożdżowej gotowanej na parze) z cebulką w środku, obok grzybki, które wyglądają trochę jak halucynogenne i smakują jak cienki makaron oraz łosoś grillowany z ziołami. Aaa, no i jeszcze ogórek, ale w innej odmianie, niż dotąd mi znanej. Zdecydowanie różni się wielkością (japoński jest bardzo cienki) i nawet nieco inaczej smakuje.


   W Japonii jada się bardzo dużo zup. I bardzo głośno, co nie jest tutaj uznawane za nieprzestrzeganie dobrych manier. Osobiście nie przepadam za tymi daniami i dźwiękami towarzyszącymi ich jedzeniu, ale też nie jest to dla mnie arcyproblemem. Zwłaszcza, gdy w ofercie restauracji znajduje się 'kare udon', czyli makaronowa zupa o smaku curry lub chociażby zupa 'miso', warzywna czy grzybowa, często z dodatkiem tofu. Pozostałe zupy są dla mnie zbyt mięsne i rybne. Powyżej Oberbe w jednej z restauracji, serwującej ten rodzaj dań. Na ścianie widoczny jest plakat z japońskimi zupami. 


   A tutaj ja w roli tekturowego kucharza, trzymającego okonomiyaka, czyli japońskiego naleśnika (lub może bardziej pizzę) z dodatkami w postaci siekanej kapusty, wodorostów, owoców morza i warzyw - ten repertuar jest dość zmienny, w zależności od miejsca, w którym można zjeść taką potrawę. 


   A teraz czas na deser. Obchodziliśmy oczywiście tłusty czwartek - z takimi świętami nie mamy problemu, a restaurację 'Mister Donut' uwielbiamy na tyle, że celebrowaliśmy pączkowy dzień nawet dziś. I często wymyślamy takie okazje, żeby tam zajrzeć. 


  A oto plakat reklamujący 'Mister Donut' (z okazji dziesiątej rocznicy), a na nim mężczyzna w złotej sukni, z makijażem i kolczykami w kształcie pączków. Reklama z dystansem, która u nas zapewne wywołałaby falę oburzeń, a w Japonii nie sprawia problemu. Kolejki do 'Mister Donut' nadal są długie, jak po darmowe złoto.


   W ogóle japońskie słodycze są czasem małymi arcydziełami. Zdarza się, że każde ciasteczko jest zapakowane w osobną torebeczkę, a czekolada jest bardzo płaska i delikatna.

(zdjęcie pożyczone z internetu)
    Piękne są tradycyjne słodycze, zwane wagashi (na przykład te trójkolorowe kulki na patyku powyżej) i daifuku. Formowane są z ryżu, zielonej (mielonej) herbaty, mąki sojowej, często z nadzieniem słodkiej fasoli. Dla mnie są nieco za ciężkie na deser i zbyt męczące w jedzeniu - długo się je żuje. Chyba podobnego zdania jest coraz więcej ludzi tutaj. Zainteresowanie takimi słodyczami słabnie, kosze w sklepach wypełnione są tymi produktami, mocno przecenionymi.


   Wydaję mi się, że z tradycyjnymi słodyczami zaczynają wygrywać nowoczesne smakołyki, jak te powyżej, w opakowaniach z wizerunkiem postaci z bajek, czy uroczymi pandami. Paluszki zatopione w polewie truskawkowej, czy czekoladowej, ciastko o smaku melona, kolorowe lizaki, draże, cukierki i tak dalej.


   Nie przepadam za tymi tradycyjnymi, ani nowoczesnymi - strasznie sztucznymi. Uwielbiam za to słodkie pieczywo do kawy, z owocowym dodatkiem. W Japonii rozpoczął się niedawno sezon truskawkowy, co początkowo nie zrobiło na mnie wrażenia, bo nie lubiłam truskawek (a poza tym, uwielbiam wszystkie owoce). Wszyscy dziwili się mojej niechęci do truskawek, a teraz ja sama się sobie dziwię. Mam nadzieję, że te polskie też nie zawiodą.


   A właśnie! Ostatnio natrafiłam na polski akcent w tutejszych sklepach. Serki topione Lactima z Morąga. Chwilowo nie zarejestrowałam tego, że przeczytałam polską etykietę w japońskim sklepie, ale towarzyszyło mi dziwne uczucie. I nagle dotarło już do mnie, o co chodzi. W sumie nawet wywołało to mój uśmiech. Cena: prawie czterysta jenów, czyli niecałe piętnaście złotych.
   Za pięć dni będę już w kraju Lactimy, mieszane uczucia. Postaram się jeszcze napisać coś przed wylotem, bo mam sporo materiału i refleksji. O japońskim jedzeniu też mogłabym pisać bez końca. Ciekawe są sezonowe produkty w tutejszych sklepach, takie jak na przykład biała Pepsi o smaku mandarynki, czy KitKaty z dyniowym nadzieniem z okazji Halloween. Jednakże chcę jeszcze trochę nacieszyć się Japonią nie-przy-komputerze, dlatego już 'Gochisousama', czyli japońskie hasło zamykające każdą strawę, oznaczające 'dzięki za (wspólny) posiłek'!

piątek, 8 lutego 2013

_Magic: The Gathering w Tokio

Przeczytałam jednym tchem, ach! Oberbe o swoich przygodach karcianych i wyprawie do Tokio:

wtorek, 5 lutego 2013

_Japoński sexshop i Tsuchiura

   Niedawno znów trafiliśmy do sąsiedniego miasta (Tsuchiury), ze względu na rozgrywany tam turniej magicowy. Oberbe jako król nerdów nie mógł przegapić tego wydarzenia. Odbywało się ono w miejscu całkiem dobrze nam znanym - 'Sakura shopie', o którym już kiedyś tu wspominałam.
   Po drodze mieliśmy okazję zajrzeć do ogromnego sklepu z komiksami, a w nim za specjalną zasłonką strefa dla dorosłych z różnorodnymi hentaiami, czyli mangą i anime o treści erotycznej. Ponadto sexshopowy asortyment - sporo wibratorów, sztucznych wagin i jeszcze coś, o czym czytałam, ale myślałam, że to jedna z legend o Japonii. Otóż pomiędzy tym wszystkim znajdował się automat z zużytą bielizną damską oraz maxi-paczki z biustonoszami, majtkami, rajstopami - też już wcześniej noszonymi.


   Podobno istnieją także sklepy z jeszcze bardziej kontrowersyjnymi artykułami, oferujące tampony, chusteczki, wkładki higieniczne, również zużyte. Wielbiciele takich specyficznych wrażeń nazywani są tutaj kagaseya, czyli po prostu: wąchacze. Raczej nie potrafię tego objąć własnym komentarzem, ale myślę, że cytat z książki 'Chryzantema i miecz' Ruth Benedict może co nieco wyjaśnić: 'W naszej kulturze przyjemności erotyczne obwarowane są wieloma tabu, których Japończycy nie znają. Jest to dziedzina, która dla nas podlega osądom moralnym, a dla nich nie'. Ale im bardziej zastanawiam się nad tym cytatem, tym zdaje mi się coraz mniej wyjaśniać.
   W tym sklepie byliśmy zaledwie kilka minut. Spieszyliśmy się na pierwszy turniej, mający zacząć się o północy. Dotarliśmy na miejsce o właściwej porze. Zaskoczyło mnie to, że każdy gracz ma swój taki jakby magicowy pesel:


   Oberbe wygrywał prawie wszystkie rundy, ja rozwiązywałam ćwiczenia z japońskiego. W pewnym momencie zauważyłam, że w sumie jestem przeziębiona i coraz gorzej się czuję. Chciałam wypić ciepłą herbatę z miodem i cytryną, ale asortyment automatu z napojami wewnątrz sklepu nie zawierał takiego eliksiru. Toteż wybrałam się na krótką wycieczkę w poszukiwaniu innych maszyn. Na korytarzu napotkałam taneczne trio, które w swoich ruchach było bardzo profesjonalne. Nieśmiało zapytałam, czy mogę zrobić im zdjęcie. Otrzymałam taką odpowiedź:


   Wyćwiczona poza, gotowość do sławy. Czułam się prezenterką, mówiącą: 'Jeśli chcecie, żeby ci energetyczni tancerze przeszli do finału, wyślijcie SMS o treści takiej pod numer taki'. Do finału przeszedł Oberbe, ale w rozgrywce magicowej, a nie youcandancowej. W ogólnej klasyfikacji zajął trzecie miejsce. Duma!
   Świt. Za kilka godzin rozpocznie się kolejny turniej, w innym miejscu - też już kiedyś je tutaj opisywałam. Idziemy piętro wyżej do Manga-Kissa, czyli kafejki z komiksami, która jest noclegownią. Niestety wszystkie pokoje zajęte. Wróciliśmy do domu. Oberbe spał niecałe pół godziny i pojechał na kolejny turniej. Ja odsypiałam i zdrowiałam. Okazało się, że obok naszego miejsca zamieszkania są jeszcze dwie manga-kawiarenki, więc postaram się tam zajrzeć i zdać tutaj relację.
   Zostało nam jeszcze dziesięć dni w Japonii. Staramy się nie myśleć o tym, że spędziliśmy tutaj pół roku. Tylko po prostu wyobrażamy sobie, że przed chwilą wylądowaliśmy w Tokio i chcemy spędzić ten pozostały czas z taką samą uważnością, jak na początku. 


   Choć myślami powoli pakujemy się. Z niepokojem patrzę na całą makulaturę, którą tu nabyłam (książki, zeszyty, notesy, papier origami i chiyogami, komiksy, 'te gazetki' - jak to mówi mój znajomy, Olechno). 
   Ostatnio byliśmy na większych zakupach w galerii handlowej celem upatrzenia jakichś upominków. Trochę żałuję, że nie miałam ze sobą aparatu. Widzieliśmy komiczny koncert trzech rosłych mężczyzn przebranych za dzieci. Ponadto szalony salon fryzjerski dla dzieci, w którym zamiast klasycznych foteli były siedzenia w minisamochodach dla małych klientów. 
   Byliśmy też w sklepie zoologicznym i dopiero wtedy przyjrzałam się cenom zwierząt w Japonii. Zwykły, nierasowy kot kosztował średnio sto sześćdziesiąt tysięcy jenów (tak, przeliczniki walut nie oszukują, to ponad pięć tysięcy złotych). Wspominałam już tu kiedyś, że w Japonii nie ma bezdomnych psów na ulicach, a posiadanie zwierzęcia wiąże się ze sporą papierologią. Bardzo to pochwalam. W Polsce psy i koty leżą na ulicy, a tu w Japonii nie są zachciankami, które odechciewają się po nabyciu. Psychologicznie, im trudniej coś zdobyć, tym bardziej doceniamy. Na kota za sto sześćdziesiąt tysięcy jenów trzeba cierpliwie odkładać, zarejestrować go, napisać odpowiednie podania.

~~~

   Zauważam, że mojego bloga odwiedza sporo osób. Więcej niż mogłabym znać. Statystyki pokazują, że część przywędrowała po tym, jak mój wiersz wyróżniono digartem dnia, a jedna z grafik znalazła się na fanstronie zalajkowanej przez osiemdziesiąt tysięcy osób. To motywujące i postaram się jeszcze napisać coś przed wylotem. Oczywiście też dla 'starych' czytelników. Coraz więcej osób odzywa się do mnie z informacją, że śledzi moje raporty, odkąd przybyłam do Japonii. Bardzo miłe są takie wyjścia z cienia, swoiste coming-outy blogowe.


   Kilka osób pytało mnie, dlaczego od wielu wpisów nie pojawiają się zdjęcia ze mną. Po prostu zazwyczaj ja trzymam aparat i pstrykam. Powyższe foto jest z restauracji, w której sushi jeździ wokół na specjalnej taśmie. Niech to będzie przypomnieniem dla mnie, że mam jeszcze opisać japońskie kulinaria, bo o jedzeniu mówiłam głównie świeżo po przylocie i wtedy nie wiedziałam, co zawiera się w tych wszystkich pudełeczkach, tubkach i słoikach. Niebawem zrobię większą rozprawę na ten temat!

__________________________

Olechno: wyglądasz jak córka purytańskich pielgrzymów z Plymouth u wybrzeży Nowego Świata.
(w reakcji na powyższą fotografię)
Ja: czy to komplement?
Olechno: no raczej, jesteś w końcu pionierką z 1620 roku, która założyła kolonie w Hameryce.