środa, 9 stycznia 2013

_Japoński Sylwester i Nowy Rok

   Tak jak myślałam, zakończenie roku w Japonii nie odbyło się spektakularnie. Zero fajerwerków, puste ulice, brak napięcia przedsylwestrowego w sklepach. Zamiast tego: symboliczne sto osiem gongów w świątyniach, mające oznaczać uwolnienie od pokus i jedzenie w tradycyjnych japońskich domach makaronu soba, który trudno przedzielić pałeczkami, dlatego też metaforycznie niekrótkie kluski mają oznaczać długie życie, a przynajmniej przeżycie następnego roku. Za to w Tokio było kilka koncertów na powietrzu, ale raczej takich, że chwilę przed pierwszą w nocy zwijano scenę. Sama też zasnęłam o podobnej porze.
   Ostatnio wspominałam, że mam zamiar piec ciastka w kuchence mikrofalowej i tamtego dnia udało mi się nawet wykonać muffiny czekoladowe w ten sposób, jednak to w zasadzie pyrrusowe zwycięstwo, bo prób było wiele. Poważnie zastanawiam się nad założeniem strony, na której wstawiałabym przepisy zakalcowe ku przestrodze. Mam sporo materiału o tej tematyce.


   Akurat te powyższe muffiny nie znalazłyby się na wspomnianej stronie. Na zdjęciu jeszcze ciekawostka związana z obyczajami japońskimi - kadomatsu, czyli dekoracja złożona z trzech przyciętych bambusów i igieł sosny - będąca według wierzeń buddyjskich mieszkaniem dla bóstw dobrobytu i urodzaju. Ogólnie Japończycy stawiają takie dwie ozdoby (tylko, że większe i zazwyczaj naturalne) przed wejściem do domów, sklepów, miejsc pracy i tak dalej. Korzysta się też często z innej dekoracji, nazywanej shime-nawa, będącej kompozycją ze słomy ryżowej i kolorowego papieru. Ta z kolei ma odganiać złe duchy, zawieszana jest na drzwiach wejściowych różnych miejsc.


   Pierwszego dnia w nowym roku wstałam o świcie, gdy Oberbe jeszcze spał po nocnej grze w karty. Wymknęłam się do biblioteki i w sumie uświadomiłam sobie, że w Polsce właśnie otwiera się szampany, podczas gdy ja oglądam album z najbardziej zadbanymi ogrodami w Japonii. Zdumiewające uczucie.
   W dodatku kilka godzin później znalazłam się w NIESie (National Institute for Environmental Studies), czyli miejscu pracy Oberbeusza, który tego dnia musiał spasażować komórki, cokolwiek to dokładnie oznacza. Mój astrobrat Keldon powiedział, że Oberbe wygląda na tym zdjęciu jak tatuażysta mrówek, haha.


   W ogóle całe miejsce było niezwykłe - przynajmniej dla osoby, która wytrzymywała maksymalnie trzy spotkania na kółkach chemicznych i tak dalej. Dla mnie science-fiction. Laboratoria, machiny, kable, butle, różne komory, akwaria, tablice z wykresami, czarne kurtyny.


   Tak jak powyżej. Jestem bardziej fiction niż science, ale podziwiam oczywiście. Tak naprawdę słyszałam już od Oberbe kilka razy, co oznacza pasażowanie komórek, ale mój mózg zdaje się być niewzruszony.


Ta oda idealnie pasuje do tematu. Uwielbiam emocjonalny przekaz nauki w powyższym nagraniu.
"And then it explodes into this enormous collage
and in this moment we are perfect,
we are whole and we are beautiful"

~~~

Apropos kolaży, apropos mózgu:


   Ostatnio wróciłam do tej formy składania myśli, choć brakuje mi elementów. W Japonii mam ze sobą tylko jeden egzemplarz polskiej gazety - 'Psychologia dziś', która ma słabego fotoedytora i copywritera od nagłówków, ale cieszę się, że znalazłam Dalego i Moneta. Na kolaż poświęciłam też kilka stron japońskiej książki i papier origami. Brejkam wszystkie rule. I tym samym postanawiam, że będę pisać bloga krócej, ale częściej. 


  I na koniec mam dwie wiadomości. Wiadomo, o jakim charakterze. Dobra jest taka, że wysłałam dzisiaj sporą dawkę pocztówek do Polski! Zła: Nie dla wszystkich, a ta bajkowa kartka z różowym balonikiem jest tylko pokazowa, trafi do mojego bratanka. Reszta pocztówek to głównie krajobrazy i gejsze. No i jeszcze nie wiadomo, czy dotrą, ekh.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz