sobota, 12 stycznia 2013

_Salony gier w Japonii

   Ostatnio przechadzając się po japońskim salonie gier, uświadomiłam sobie, że jestem trochę podekscytowana obserwacją takich miejsc, ale nie czuję chęci uczestnictwa. Pamiętam, że w dzieciństwie bardzo często siedziałam w świetlicy szkolnej przy grach, które przynosiły mi złą sławę. Bo albo to krzywo zakręciłam kostką przy planszówkach i często trafiało się sześć oczek, albo hipnotyzowałam wzrokiem i bierki były moje. Momentami w domu miewałam Pegasusa i wszystkie kasetki były do znudzenia ograne. Pamiętam, że najbardziej lubiłam grę Tank, co dziś bardzo mnie dziwi. Czasem zdarza mi się jeszcze zagrać na konsoli z Jerzykiem w Need for Speed lub Sonica. No i teraz blisko mieszkania, mam centrum handlowe, a w nim salon gier, tzw. arcade, pomiędzy stujenowcem, a marketem spożywczym, czyli miejscami, w których wykonuję większość zakupów.


   I tak przechodzę obok tych automatów w salonie i próbuję obudzić w sobie naturę gracza. Chodzę, chodzę i nic nie czuję. Zastanawiam się, do której machiny wrzucić sto jenów (aktualnie 3,47 zł), bo tyle kosztuje uruchomienie gry. Można też wrzucić od razu pięćset jenów, co daje sześć podejść do rozgrywek, zamiast pięciu. Mam wrażenie, że są także karnety, ale w zasadzie nie zainteresowałam się nimi, skoro nie potrafiłam z potrzeby serca wybrać ani jednego automatu. Samo wejście na teren takiego salonu jest bezpłatne.
   Mijam machiny zwane 'ufo-catcher', czyli gabloty wypełnione maskotkami, czasem figurkami fantasy, szkatułkami, pałeczkami do potraw, słodyczami, a nawet ręcznikami/szlafrokami. Należy schwytać pożądaną rzecz i skierować ją specjalnymi 'łapkami' do otworu. Ludzie potrafią stać przy tej szklanej klatce aż do skutku, co powoduje, że wydają więcej niż, gdyby kupili ten wymarzony gadżet w sklepie. Z obserwacji wiem, że dotyczy to zwłaszcza mężczyzn, którzy zabierają na randkę dziewczyny do takiego salonu i chcą im zaimponować wygranym pluszakiem. Nawet zrozumiałe.


   Potem sporo gier rytmicznych, które najbardziej mi się podobają. Na przykład coś w stylu Dance-Dance-Revolution, gdzie tańczy się na specjalnej macie. Widywałam już na żywo lokalne gwiazdy, które płynnie wykonują wszystkie zalecane przez ekran ruchy. Gustownie skaczą, obracają się, cudują. Akurat wtedy wybrałam się do centrum rano, więc zastałam pusty automat i matę.


   Tak w ogóle salony gier w Japonii bywają całodobowe, podobnie jak księgarnie. Z muzycznych gier lubię jeszcze obserwować rytmiczne uderzanie pałeczkami w bębny. Po prostu na ekranie pojawiają się jakieś plamy, które trzeba zbić. Też trafiłam akurat na pusty sprzęt.


   Dalej pojawiają się nieco inne gry. Strzelanki, bijatyki, wyścigi i nie tylko. Podobnie rzecz ma się w bardziej rozbudowanych salonach gier. Byłam jakiś czas temu w wielopoziomowym salonie Segi w Tokio. Na niskich piętrach - niewinne gablotki z maskotkami, na najwyższych - bardziej hazardowo i poważnie. Nie znam gier zbyt dobrze, ale potrafiłam rozpoznać takie, jak Tekken, Flipper/Pinball, Space-Invaders (gra, która swoją popularnością w Japonii spowodowała kiedyś chwilowy niedobór monet stujenowych), JackPot, czy Mario-Kart 2:


   Są też bardziej sportowe gry, wymagające ruchu, na przykład koszykówka automatyczna. Wykupuje się określoną ilość piłek i tym samym możliwość rzutów:


   Oczywiście jest też pełno pseudo-sportowych gier, czyli granie w jakieś Fify, mecze baseballowe na ekranie lub zakłady wyścigów konnych, co akurat wygląda dość spektakularnie. Konie biegają na wielkim monitorze, przed którym siedzą gracze. Na koniec wyścigu fotel zwycięzcy podnosi się nieco i jest podświetlony. Można usłyszeć też okrzyk: 'Yatta!', czyli coś w stylu: 'Jeeest. Udało się!'.


   A w kącie takich salonów często znajduje się purikura, czyli budka fotograficzna, w której to głównie nastolatki robią sobie słodkie zdjęcia, mając później możliwość naniesienia na foto kolorowych napisów, serduszek, emotikonek. Często jest też opcja przeróbki oczu na wręcz mangowe. Poniżej budki, z których w porze poszkolnej dobiegają piskliwe chichoty dziewcząt w mundurkach. Oczywiście chcemy z Oberbeuszem pamiątkę w postaci takiej fotografii, więc niebawem, niebawem.


   W ogóle takie japońskie salony są idealnie wyposażone i mam wrażenie, że dla niektórych stanowią wręcz dom. Są w nich toalety, automaty z sokami, kawami, bułkami o różnych smakach. Można tam palić papierosy. No i tak jak wspominałam, są otwarte bez względu na porę. Popołudniami przesiadują tam głównie uczniowie, którzy nie wracają od razu do domu. Podobnie jest wieczorami i nocami z ludźmi, którzy skończyli właśnie pracę. A rano można zobaczyć najwięcej takich japońskich Andrzejów (patrz: pierwsze zdjęcie w tym wpisie) i dzieci w wieku przedszkolnym:


   Ciekawostką to, że automaty zmieniają się dość często na inne/nowe, tak samo jak asortyment tych szklanych gablot 'ufo-catchers'. Jeśli jesteście bardziej zainteresowani japońskimi salonami gier, odsyłam do książki 'Arcade Mania. Turbo-Charged World of Japan's Game Centers' Briana Ashcrafta lub do filmu w reżyserii Brada Crawforda - '100 Yen: The Japanese Arcade Experience'.
   Tymczasem mam już dość przemierzania przez kakofonię dźwięków, wachlarz barw i pulsujących świateł. Zawsze po takich salonowych wyprawach sama czuję się przez chwilę jak postać z gry. Rzeczywistość wraca, gdy wkładam dłonie do kieszeni, a tam niewydana moneta stujenowa.

1 komentarz:

  1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/54542/japonski-wachlarz
    podobno warto.

    OdpowiedzUsuń