środa, 23 stycznia 2013

_Japońskie nieporozumienia w wyprawie do planetarium i transowe kino

   Oberbe jakiś czas temu za udział w lokalnym meczu piłki nożnej otrzymał zaproszenie do planetarium. W sumie wiązało się z tym sporo perypetii, bo chcieliśmy wykorzystać wejściówkę zawsze wtedy, gdy docelowe miejsce było nieczynne. Generalnie w naszym domu hasło: 'planetarium' padało regularnie, co weekend przez kilka miesięcy. Zaczęliśmy powątpiewać w to, czy uda nam się zobaczyć te sztuczne gwiazdy.
   Jednak los się musiał odmienić i to w ubiegłą niedzielę zdążyliśmy (choć w ostatniej chwili) na wybrany seans. Po drodze zatrzymała nas tańcząca grupa, śpiewająca coś o sambie. Podarowała nam drewniane kołatki i wkręciła do uczestnictwa w ulicznym happeningu.


   Z ulotek dowiedziałam się, ze to promocja jakiegoś wydarzenia, które odbędzie się drugiego lutego, ale nie poznałam szczegółów, bo całość zaszyfrowana znakami kanji. W ogóle w tym wszystkim brakowało czasu na myślenie, bo jako jedyni obcokrajowy znaleźliśmy się w centrum uwagi. Niektóre osoby tańczyly blisko nas, patrząc prosto w oczy, aż czułam lekkie skrępowanie.
   W pewnej chwili podbiegła do mnie mała dziewczynka z przedstawienia, trzymając w powietrzu swe dłonie pionowo, mówiąc: 'Hai, tachimi', co w sumie oznaczało: 'Tak, stój' (w dodatku ten gest rąk przypominał policyjne: 'Stop, nie ruszać się!'). Jednak zorientowałam się, ze coś tu nie gra, bo dziewczynka już trzeci raz powtarza 'Hai, tachimi' i ma smutek w oczach. Za czwartym razem olśnienie! Przecież to nie japońskie: 'Hai, tachimi', tylko angielskie: 'Hi! Touch me!' lub może coś w stylu: 'High touch me!', a dłonie chcą przybić mi tak zwane hajfajfy/piątki, a nie zatrzymać mnie i obezwładnić. Aaaa. 
   Całe to zdarzenie wydawało mi się trochę nieprawdopodobne jak na kraj tysiąca ukłonów, w którym raczej nie wymienia się na przywitanie uścisku dłoni, nie wspominając już o przytuleniu, czy cmoknięciu w policzek z tej okazji. To wszystko było dla mnie zaskakujące, jak na miejsce, gdzie panuje kultura wstydu i chociażby zwyczaj zakrywania dłońmi ust, podczas śmiechu, a dłuższe utrzymywanie wzroku niż trzy sekundy to już podryw. A jednak.
   Oczywiście wszystko już rozumiejąc, przybiliśmy sobie piątki z tą dziewczynką - na pożegnanie (już radosna i spełniona) zamaszyście nam pomachała. Urokliwe. Pospieszenie pojechaliśmy do planetarium, w którym dokupując jeszcze jeden bilet wstępu, pani przepraszająco powiedziała, że niestety seans tylko w języku japońskim i to w dodatku dla dzieci. Była nieco zaskoczona, gdy uznaliśmy wspólnie, że to znakomicie, nie ma problemu. 


   Planetarium znajduje się w dość rozbudowanym kompleksie 'Tsukuba Expo Center', w którym jest trochę oldschoolowo (powyżej sweter z ufo-wzorem), a to dlatego, że w 1985 roku miasto było gospodarzem Światowej Wystawy EXPO. Różowy robot to 'maskotka' tego wydarzenia. Nazywa się 'Cosmo Hoshimaru'.
   Wiadomo, że Japonia jest jednym z liderów nowoczesnej technologii. Ma na swoim koncie ogrom niesamowitych wynalazków i robotów. Na przykład ASIMO, czyli maszynę humanoidalną, która potrafi chodzić, wymijać ludzi, rozróżniać ich mowę - prace nad tym robotem trwają nieprzerwanie od prawie trzydziestu lat. Czytałam kiedyś jeszcze o urządzeniu zwanym RIBA, które potrafi przenosić pacjentów z łóżka na wózek inwalidzki i odwrotnie. Ciekawym sprzętem jest też PARO, czyli terapeutyczna foka z pluszu dla osób, które są samotne lub przebywają w szpitalu i nie mogą posiadać prawdziwego zwierzęcia - ma na sobie sierść pokrytą środkami bakteriobójczymi i potrafi reagować na podstawowe sygnały właściciela. Jednak najważniejsze i najbardziej przydatne, moim zdaniem, są roboty ratunkowe mogące trafić do miejsc niedostępnych lub zbyt niebezpiecznych dla człowieka, np. do ruin budynków. 
   Poniżej 'Wasbot', którego zobaczyliśmy przy okazji pobytu w planetarium. Jest to robot grający na klawiszach:


   Sam seans był magiczny, astronomiczna bajka. Wcześniej byłam kilka razy w planetarium toruńskim i trochę bez porównania. Zupełnie inna jakość, a wokół nas w dodatku pełno japońskich dzieci. Obok mnie siedziała urocza dziewczynka, która wyciągnęła rękę przed siebie, gdy w bajce (wyświetlanej na suficie, wiadomo) padał deszcz. Zaadoptowałabym ją, gdyby była potrzeba. I tą od 'Hai, tachimi' też!
   Po tym kosmicznym spektaklu napotkaliśmy fascynujący automat z potrawami na ciepło. Można było zamówić ryż, frytki, hot-doga, rybne kuleczki i tego typu potrawy.


   Jedna porcja kosztowała 350 jenów, czyli około dwunastu złotych. Obok tego automatu były styropianowe ściany, zza których dobiegały jakieś dźwięki i miałam wrażenie, że automat jest tylko ozdobą, a tak naprawdę ktoś siedzi za tą machiną i przygotowuje dania, haha. Ale warto było trafić do tak designersko wyjątkowej stołówki:


   Żółte ceraty w srebrne groszki, plastikowe krzesła, a na ścianach okienka jak z batyskafu z widokiem na kosmiczne rafy koralowe. Myślę, że gdyby Wachowscy nie dysponowali milionowym budżetem (albo po prostu w ogóle by go nie mieli), to spokojnie można by nagrać tu sceny z restauracji 'Papa Song' do 'Atlasu Chmur'. Gdyby ktoś chciał zrobić filmowy remake, to znam adres tej jadalni.
   

   Bilet do planetarium umożliwiał także wstęp na wystawę rozmaitych sprzętów związanych z naukami ścisłymi. Wszystkie przyrządy opisane były po japońsku, więc korzystaliśmy z nich intuicyjnie. Klikaliśmy różnymi przyciskami, dotykaliśmy ekranów, uruchamialiśmy różne pokrętła. Oberbe chociaż trochę wiedział, co robi, bo potrafił skojarzyć, powiązać niektóre działania z teoriami. Ogólnie wyglądało to tak, że mówiłam: 'Ale ładne kropki!', a Oberbe: 'To atomy. Atom składa się z...' i tak dalej.


   Tych wszystkich instalacji był ogrom. Niektóre z nich były dla mnie wręcz odurzające. Chłopiec z powyższego zdjęcia bardzo długo biegł po ruchomej bieżni, żeby uruchomić mechanizm otwierający pąki, zamkniętych wcześniej kwiatów. Gdy otrzymały już wystarczająco kilodżuli (?) zaczynały pięknie migotać i świecić. W tym momencie chłopiec zszedł z bieżni i nawet nie spojrzał na te zaczarowane akwarium z kwiatami. Cool guys don't look at explosions. Zostawił mnie z tak pięknym ogrodem.


   Choć zapewne ma karnet na cały rok i rozświetla te kwiaty, co niedzielę, ech. Okazało się, że piętro wyżej jest kolejna wystawa. Przeszliśmy czerwonym dywanem na niezłą premierę filmu o świecie podwodnym:


   To najbardziej transowe kino, w jakim byłam. Kapsuła na dwie osoby i kuriozalny przewodnik w postaci kukły. Komunikaty po japońsku, specyficzne stworzenia na ekranie, sześć i pół tysiąca metrów pod wodą. Jedno z tych naj-przeżyć.

niedziela, 20 stycznia 2013

_Pogoda w Japonii, święto seijin-shiki & JapaneseTV

   Pamiętam jak kilka lat temu natrafiłam w sieci na zdumiewający obrazek zimowy z Japonii, przedstawiający absurdalnie wysokie hałdy śniegu na zboczu drogi, po której spacerowali ludzie przypominający pionki lub plastikowe żołnierzyki. Samochody też zdawały się być zabawkowe. W ogóle całość wyglądała jak makieta lub perfekcyjny fotomontaż. Próbując odszukać to zdjęcie, natknęłam się na inne, ale w podobnym klimacie. 
   Fotografia jest prawdziwa, scena na niej pokazana w pełni rzeczywista i faktycznie japońska. Tylko, że prezentuje zimę na Hokkaido, czyli wyspie wysuniętej na północ, a to już inna bajka. U nas (tj. wyspa Honsiu) zima bardzo łagodna. Kilka dni temu po raz pierwszy zobaczyliśmy śnieg za oknem. 


   Popadał zaledwie kilka godzin i to jeszcze w święto narodowe, więc spokojnie można było zostać w domu i oglądać puch z komfortowej strefy. Dzień wcześniej - kapitalna pogoda, więc trochę spędziliśmy czasu na zewnątrz i napotkaliśmy sporo ludzi szykujących się do ceremonii osiągnięcia dojrzałości podczas seijin-shiki, czyli wspomnianego święta.


   W Japonii nie wyprawia się osiemnastek, tylko dwudziestki, bo to właśnie tutejszy wiek uzyskania pełnoletności. Powyżej piękne dziewczęta w tradycyjnych strojach, z wymyślnymi ozdobami we włosach i perfekcyjnymi makijażami. Aż dziwnie mi było, gdy pomyślałam, że to te same, zwyczajne postacie w mundurkach z obreloczkowanymi plecakami, które mijam codziennie i wyglądają wręcz identycznie.

***

   Wracając do śnieżnego tematu... Włączyliśmy telewizor, na prawie każdym kanale relacje pogodowe. Reporter bierze śnieg do ręki i bada jego konsystencję, potem przydeptuje traperem - zbliżenie kamery - tak, roztapia się i powstaje plucha, w studio głośne reakcje. Prognozy pogody, na tablicach z mapą narysowane bałwanki. Potem wyemitowano pełnometrażowy film o śniegu - o tym, jak skrzypi, jak spada z gałązki do jeziora, jak zamienia się w wodę. Niesamowite.
   W ogóle telewizja japońska jest ewenementem - każdy, kto choć trochę zabłądził kiedyś na Youtubie, coś raczej wie na ten temat. Mimo, że oglądamy TV sporadycznie (zazwyczaj do obiadu) i mamy tylko podstawowe kanały, to swoje już zobaczyliśmy. Na przykład prawdziwą fokę zapisującą pędzlem znaki kanji przy sztaludze i wyścigi kobiet w jedzeniu zup ramenowych na czas:


   Zwyciężczyni zjadła ich z piętnaście (i to takich w wersji maxi) w ciągu czterdziestu minut. Ledwo na to patrzyłam - zapach i smak ramenu przyprawiają mnie o mdłości. Programy kulinarne w Japonii w ogóle są hitem i schemat zawsze ten sam: zbliżenie kamery na trzęsące się jedzenie, schwytane przez trzęsące się pałeczki, trzymane przez trzęsące się ręce.
   Mamy też na przykład kanał, na którym cały czas wyświetlane są tablice z wykresami, reakcjami, równaniami - Oberbe zawsze stara się określić, jaki temat jest omawiany poprzez odgadnięcie symboli ze wzorów i tak dalej - wszystko wie albo może i zmyśla, ale robi to bardzo wiarygodnie, haha. 
   Oprócz wykładów z nauk ścisłych są też czasem lekcje dla starszych osób o tym, jak obsługuje się przeglądarki internetowe, a niekiedy odbywają się na przykład zajęcia gimnastyczne dla tej grupy wiekowej - w studio gromadzi się kilkadziesiąt babć i dziadków ćwiczących do muzyki klasycznej. Japonia starzeje się w zawrotnym tempie, ale tutejsi ludzie w podeszłym wieku wydają się być niezwykle pogodni, samodzielni i w dobrej kondycji, ach.


   Wracając do japońskiej TV, powyżej zdjęcie z programu, w którym kogoś (ubranego w przeciwsłoneczne okulary i kołnierz jak dla chorego psa) dręczono surową rybą, zawieszoną na niby wędce. Z takich jeszcze tele-ciekawostek, to bardzo popularnym widokiem na ekranie są mężczyźni przebrani za kobiety. Każdy/a z nich jest wyjątkowy/a. Czasem lolitkowa trzpiotka chichocąca przy stoliku, niekiedy już dostojna diva w garsonce prowadząca na przykład przegląd prasy w programie śniadaniowym. 


   W japońskiej telewizji dość często zdarzają się też mężczyźni (na przykład makijażyści) o pomalowanych lakierem brokatowym paznokciach, wykonujący zniewieściałe gesty. Japonia jest cudownie tolerancyjna i myślę, że to wręcz raj dla osób z kręgu LGBT. 

***

   Aaaa. Chyba już kiedyś wspominałam tutaj, że uwielbiam japońskie niedziele. Dziś przez przypadek wystąpiliśmy w japońskim przedstawieniu, grając na kołatkach. Co więcej, chwilę później byliśmy w kosmosie, a następnie prawie sześć tysięcy metrów pod wodą, ale o tym w następnym odcinku!


sobota, 12 stycznia 2013

_Salony gier w Japonii

   Ostatnio przechadzając się po japońskim salonie gier, uświadomiłam sobie, że jestem trochę podekscytowana obserwacją takich miejsc, ale nie czuję chęci uczestnictwa. Pamiętam, że w dzieciństwie bardzo często siedziałam w świetlicy szkolnej przy grach, które przynosiły mi złą sławę. Bo albo to krzywo zakręciłam kostką przy planszówkach i często trafiało się sześć oczek, albo hipnotyzowałam wzrokiem i bierki były moje. Momentami w domu miewałam Pegasusa i wszystkie kasetki były do znudzenia ograne. Pamiętam, że najbardziej lubiłam grę Tank, co dziś bardzo mnie dziwi. Czasem zdarza mi się jeszcze zagrać na konsoli z Jerzykiem w Need for Speed lub Sonica. No i teraz blisko mieszkania, mam centrum handlowe, a w nim salon gier, tzw. arcade, pomiędzy stujenowcem, a marketem spożywczym, czyli miejscami, w których wykonuję większość zakupów.


   I tak przechodzę obok tych automatów w salonie i próbuję obudzić w sobie naturę gracza. Chodzę, chodzę i nic nie czuję. Zastanawiam się, do której machiny wrzucić sto jenów (aktualnie 3,47 zł), bo tyle kosztuje uruchomienie gry. Można też wrzucić od razu pięćset jenów, co daje sześć podejść do rozgrywek, zamiast pięciu. Mam wrażenie, że są także karnety, ale w zasadzie nie zainteresowałam się nimi, skoro nie potrafiłam z potrzeby serca wybrać ani jednego automatu. Samo wejście na teren takiego salonu jest bezpłatne.
   Mijam machiny zwane 'ufo-catcher', czyli gabloty wypełnione maskotkami, czasem figurkami fantasy, szkatułkami, pałeczkami do potraw, słodyczami, a nawet ręcznikami/szlafrokami. Należy schwytać pożądaną rzecz i skierować ją specjalnymi 'łapkami' do otworu. Ludzie potrafią stać przy tej szklanej klatce aż do skutku, co powoduje, że wydają więcej niż, gdyby kupili ten wymarzony gadżet w sklepie. Z obserwacji wiem, że dotyczy to zwłaszcza mężczyzn, którzy zabierają na randkę dziewczyny do takiego salonu i chcą im zaimponować wygranym pluszakiem. Nawet zrozumiałe.


   Potem sporo gier rytmicznych, które najbardziej mi się podobają. Na przykład coś w stylu Dance-Dance-Revolution, gdzie tańczy się na specjalnej macie. Widywałam już na żywo lokalne gwiazdy, które płynnie wykonują wszystkie zalecane przez ekran ruchy. Gustownie skaczą, obracają się, cudują. Akurat wtedy wybrałam się do centrum rano, więc zastałam pusty automat i matę.


   Tak w ogóle salony gier w Japonii bywają całodobowe, podobnie jak księgarnie. Z muzycznych gier lubię jeszcze obserwować rytmiczne uderzanie pałeczkami w bębny. Po prostu na ekranie pojawiają się jakieś plamy, które trzeba zbić. Też trafiłam akurat na pusty sprzęt.


   Dalej pojawiają się nieco inne gry. Strzelanki, bijatyki, wyścigi i nie tylko. Podobnie rzecz ma się w bardziej rozbudowanych salonach gier. Byłam jakiś czas temu w wielopoziomowym salonie Segi w Tokio. Na niskich piętrach - niewinne gablotki z maskotkami, na najwyższych - bardziej hazardowo i poważnie. Nie znam gier zbyt dobrze, ale potrafiłam rozpoznać takie, jak Tekken, Flipper/Pinball, Space-Invaders (gra, która swoją popularnością w Japonii spowodowała kiedyś chwilowy niedobór monet stujenowych), JackPot, czy Mario-Kart 2:


   Są też bardziej sportowe gry, wymagające ruchu, na przykład koszykówka automatyczna. Wykupuje się określoną ilość piłek i tym samym możliwość rzutów:


   Oczywiście jest też pełno pseudo-sportowych gier, czyli granie w jakieś Fify, mecze baseballowe na ekranie lub zakłady wyścigów konnych, co akurat wygląda dość spektakularnie. Konie biegają na wielkim monitorze, przed którym siedzą gracze. Na koniec wyścigu fotel zwycięzcy podnosi się nieco i jest podświetlony. Można usłyszeć też okrzyk: 'Yatta!', czyli coś w stylu: 'Jeeest. Udało się!'.


   A w kącie takich salonów często znajduje się purikura, czyli budka fotograficzna, w której to głównie nastolatki robią sobie słodkie zdjęcia, mając później możliwość naniesienia na foto kolorowych napisów, serduszek, emotikonek. Często jest też opcja przeróbki oczu na wręcz mangowe. Poniżej budki, z których w porze poszkolnej dobiegają piskliwe chichoty dziewcząt w mundurkach. Oczywiście chcemy z Oberbeuszem pamiątkę w postaci takiej fotografii, więc niebawem, niebawem.


   W ogóle takie japońskie salony są idealnie wyposażone i mam wrażenie, że dla niektórych stanowią wręcz dom. Są w nich toalety, automaty z sokami, kawami, bułkami o różnych smakach. Można tam palić papierosy. No i tak jak wspominałam, są otwarte bez względu na porę. Popołudniami przesiadują tam głównie uczniowie, którzy nie wracają od razu do domu. Podobnie jest wieczorami i nocami z ludźmi, którzy skończyli właśnie pracę. A rano można zobaczyć najwięcej takich japońskich Andrzejów (patrz: pierwsze zdjęcie w tym wpisie) i dzieci w wieku przedszkolnym:


   Ciekawostką to, że automaty zmieniają się dość często na inne/nowe, tak samo jak asortyment tych szklanych gablot 'ufo-catchers'. Jeśli jesteście bardziej zainteresowani japońskimi salonami gier, odsyłam do książki 'Arcade Mania. Turbo-Charged World of Japan's Game Centers' Briana Ashcrafta lub do filmu w reżyserii Brada Crawforda - '100 Yen: The Japanese Arcade Experience'.
   Tymczasem mam już dość przemierzania przez kakofonię dźwięków, wachlarz barw i pulsujących świateł. Zawsze po takich salonowych wyprawach sama czuję się przez chwilę jak postać z gry. Rzeczywistość wraca, gdy wkładam dłonie do kieszeni, a tam niewydana moneta stujenowa.

środa, 9 stycznia 2013

_Japoński Sylwester i Nowy Rok

   Tak jak myślałam, zakończenie roku w Japonii nie odbyło się spektakularnie. Zero fajerwerków, puste ulice, brak napięcia przedsylwestrowego w sklepach. Zamiast tego: symboliczne sto osiem gongów w świątyniach, mające oznaczać uwolnienie od pokus i jedzenie w tradycyjnych japońskich domach makaronu soba, który trudno przedzielić pałeczkami, dlatego też metaforycznie niekrótkie kluski mają oznaczać długie życie, a przynajmniej przeżycie następnego roku. Za to w Tokio było kilka koncertów na powietrzu, ale raczej takich, że chwilę przed pierwszą w nocy zwijano scenę. Sama też zasnęłam o podobnej porze.
   Ostatnio wspominałam, że mam zamiar piec ciastka w kuchence mikrofalowej i tamtego dnia udało mi się nawet wykonać muffiny czekoladowe w ten sposób, jednak to w zasadzie pyrrusowe zwycięstwo, bo prób było wiele. Poważnie zastanawiam się nad założeniem strony, na której wstawiałabym przepisy zakalcowe ku przestrodze. Mam sporo materiału o tej tematyce.


   Akurat te powyższe muffiny nie znalazłyby się na wspomnianej stronie. Na zdjęciu jeszcze ciekawostka związana z obyczajami japońskimi - kadomatsu, czyli dekoracja złożona z trzech przyciętych bambusów i igieł sosny - będąca według wierzeń buddyjskich mieszkaniem dla bóstw dobrobytu i urodzaju. Ogólnie Japończycy stawiają takie dwie ozdoby (tylko, że większe i zazwyczaj naturalne) przed wejściem do domów, sklepów, miejsc pracy i tak dalej. Korzysta się też często z innej dekoracji, nazywanej shime-nawa, będącej kompozycją ze słomy ryżowej i kolorowego papieru. Ta z kolei ma odganiać złe duchy, zawieszana jest na drzwiach wejściowych różnych miejsc.


   Pierwszego dnia w nowym roku wstałam o świcie, gdy Oberbe jeszcze spał po nocnej grze w karty. Wymknęłam się do biblioteki i w sumie uświadomiłam sobie, że w Polsce właśnie otwiera się szampany, podczas gdy ja oglądam album z najbardziej zadbanymi ogrodami w Japonii. Zdumiewające uczucie.
   W dodatku kilka godzin później znalazłam się w NIESie (National Institute for Environmental Studies), czyli miejscu pracy Oberbeusza, który tego dnia musiał spasażować komórki, cokolwiek to dokładnie oznacza. Mój astrobrat Keldon powiedział, że Oberbe wygląda na tym zdjęciu jak tatuażysta mrówek, haha.


   W ogóle całe miejsce było niezwykłe - przynajmniej dla osoby, która wytrzymywała maksymalnie trzy spotkania na kółkach chemicznych i tak dalej. Dla mnie science-fiction. Laboratoria, machiny, kable, butle, różne komory, akwaria, tablice z wykresami, czarne kurtyny.


   Tak jak powyżej. Jestem bardziej fiction niż science, ale podziwiam oczywiście. Tak naprawdę słyszałam już od Oberbe kilka razy, co oznacza pasażowanie komórek, ale mój mózg zdaje się być niewzruszony.


Ta oda idealnie pasuje do tematu. Uwielbiam emocjonalny przekaz nauki w powyższym nagraniu.
"And then it explodes into this enormous collage
and in this moment we are perfect,
we are whole and we are beautiful"

~~~

Apropos kolaży, apropos mózgu:


   Ostatnio wróciłam do tej formy składania myśli, choć brakuje mi elementów. W Japonii mam ze sobą tylko jeden egzemplarz polskiej gazety - 'Psychologia dziś', która ma słabego fotoedytora i copywritera od nagłówków, ale cieszę się, że znalazłam Dalego i Moneta. Na kolaż poświęciłam też kilka stron japońskiej książki i papier origami. Brejkam wszystkie rule. I tym samym postanawiam, że będę pisać bloga krócej, ale częściej. 


  I na koniec mam dwie wiadomości. Wiadomo, o jakim charakterze. Dobra jest taka, że wysłałam dzisiaj sporą dawkę pocztówek do Polski! Zła: Nie dla wszystkich, a ta bajkowa kartka z różowym balonikiem jest tylko pokazowa, trafi do mojego bratanka. Reszta pocztówek to głównie krajobrazy i gejsze. No i jeszcze nie wiadomo, czy dotrą, ekh.

wtorek, 1 stycznia 2013

_Rymireklama z miłości

A tu jeszcze pikantny opis Korei Południowej z perspektywy Oberbe: