poniedziałek, 30 grudnia 2013

_Lista lektur Osowiałej-Sowy i podsumowanie blogowe

   Rok 2013 zaczął się dla mnie w japońskiej bibliotece. Przez jej wysokie okna wpadały promienie, zbliżające się do kanapy, na której siedziałam między piramidami książek. Spojrzałam na zegar, ósma rano. Dotarło do mnie, że w Polsce, w tym własnie momencie, wystrzeliwują korki szampanów.
   Obiecałam sobie, bez świadków, że będę czytać dużo książek. W zasadzie można uznać to za moje jedyne postanowienie. Dużo książek - raczej niefortunne określenie. Gdyby chodziło tu o ilość, to czytałabym przez cały rok tylko nowelki i cienkie tomiki poezji (nie oznacza to, że nie cenię takich form literackich).
   Raczej postanowiłam, że po powrocie z Japonii zapiszę się do warszawskich bibliotek, wrócę do ledwie napoczętych książek lub takich, które już kiedyś czytałam (sentyment) i oczywiście poznam nową literaturę.
To wszystko utworzyło się w taką listę lektur:
1) Adam Wiedemann - 'Filtry'
2) Jerry Hopkins & Danny Sugerman - 'Nikt nie wyjdzie stąd żywy'
3) Dorota Masłowska - 'Kochanie, zabiłam nasze koty'
4) Janina Zającówna - 'Mój wielki dzień'
5) Haruki Murakami - 'Wszystkie boże dzieci tańczą'
6) Haruki Murakami - 'Na południe od granicy, na zachód od słońca'
7) Marcin Bruczkowski - 'Bezsenność w Tokio'
8) Alex Kerr - 'Japonia utracona'
9) Rafał Tomański - 'Tatami kontra krzesła'
10) Ernest Diment - 'Sztuka myślenia'
11) Peter L. Berger - 'Zaproszenie do socjologii'
12) Halina Poświatowska - 'Jestem Julią'
13) Joanna Bator - 'Japoński wachlarz'
14) Herta Muller - 'Lis już wtedy był myśliwym'
15) Marek Hłasko - 'Ósmy dzień tygodnia'
16) Marek Hłasko - 'Robotnicy'
17) Marek Hłasko - 'Pętla'
18) Marek Hłasko - 'Lombard złudzeń'
19) Leszek Gnoiński - 'Kult Kazika'
20) Oscar Wilde - 'Bajki'
21) Marzena Filipczak - 'Jadę sobie'
22) Mark Twain - 'Tajemniczy przybysz'
23) Konstanty Ildefons Gałczyński - 'Ulica szarlatanów'
24) Bruno Schulz - 'Sklepy cynamonowe'
25) Truman Capote - 'Psy szczekają'
26) Truman Capote - 'Inne głosy, inne ściany'
27) Truman Capote - 'Gwiazdka'
28) Truman Capote - 'Harfa traw'
29) Truman Capote - 'Śniadanie u Tiffany'ego'
30) Boris Vian - 'Opowiastki do pociągu'
31) Francis Scott Fitzgerald - 'Trudna podróż'
32) Francis Scott Fitzgerald - 'Diament wielki jak góra'
33) Francis Scott Fitzgerald - 'Listy do córki'
34) Erika Warmbrunn - 'Gdzie kończy się droga. Samotna podróż po Azji'
35) Piotr Kraśko - 'Japonia'
36) Piotr Kraśko - 'Szwecja'
37) Piotr Kraśko - 'Afryka'
38) Piotr Kraśko - 'Alaska'
39) Agnieszka Osiecka - 'Sztuczny miód'
40) Sławomir Shuty - 'Cukier w normie'
41) Howard S. Friedman - 'Osobowość. Jak żyć w harmonii ze światem'
42) Beata Pawlikowska - 'Blondynka w Tasmanii'
43) Beata Pawlikowska - 'Blondynka w Himalajach'
44) Beata Pawlikowska - 'Blondynka w Tybecie'
45) Lucy Maud Montgomery - 'Ania z Zielonego Wzgórza'
46) Robb Maciąg - 'Rowerem przez Chiny, Wietnam, Kambodżę'
47) Iwona Chmielewska - 'Pamiętnik Blumki'
48) Iwona Chmielewska - 'Cztery strony czasu'
49) Elżbieta Święcicka-Macavoy - 'Miłosna obsesja, czyli syndrom M. M.'
50) Agata Kołodziej - 'Najlepszy poeta nigdy nie wygrywa'
51) Martyna Wojciechowska - 'Kobieta na 2 krańcu świata'
52) Wojciech Cejrowski - 'Przewodnik WC'
53) Olgierd Budrewicz - 'Podróż do czterech rogów świata'
54) Liza Crihfield Dalby - 'Byłam gejszą'
55) Maria Dąbrowska - 'Najdalsza droga'
56) Gabriel Leonard Kamiński - 'Pan Swen, wrocławska abrakadabra'
57) Ernest Hemingway - 'Stary człowiek i morze'
58) Lama Ole Nydahl - 'Bungee mądrości'
59) Lama Ole Nydahl - 'O naturze rzeczy'
60) Pema Cziedryn - 'Kiedy życie nas przerasta'
61) Regina Brett - 'Bóg nigdy nie mruga'
62) Joe Ptasiński - 'Cud, miód i zgrzytanie zębów'
63) Joe Ptasiński - 'Ceremonidła paciorkowe'
64) Bolesław Prus - 'Lalka'
65) Nigel Barley - 'Niewinny antropolog'
66) Rafał Drozdowski - 'Obraza na obrazy'
67) David M. Buss - 'Psychologia ewolucyjna'


   Oprócz wymienionych książek, przeczytałam z tysiąc stron kserówek z tekstami naukowców, przede wszystkim antropologów, filozofów, ekonomistów i językoznawców. Największymi odkryciami są dla mnie: Alfred Schütz, Michel Foucault i Claude Lévi-Strauss (odkryty na nowo). Całym rymisercem mogę polecić książki z numerami: 2, 10, 13, 23, 25, 28, 32, 34, 48, 58, 63, 65 i 67. Zgubiona książka to numer: 56. Zrecenzowane na blogu książki: 7, 9, 13 i 21. Wykonałam też sporo kolaży na podstawie tomików o numerach: 62 i 63 (na zdjęciu przykład).
   Oczywiście postanowienie intensywnego czytania książek nie zostanie porzucone pierwszego stycznia. Po prostu wróciłam do spacerów po bibliotekach, czytania w wannie, łóżku i środkach komunikacji miejskiej.

~~~

   Na koniec małe podsumowanie, co najczęściej czytaliście
na Osowiałej-Sowie w tym roku:






sobota, 21 grudnia 2013

_Godzinny spacer po najbardziej niebezpiecznym mieście w Polsce

   Kolejny turniej karciany spowodował, że trafiliśmy do Olsztyna. Przed wyjazdem przeczytałam zawiłą historię tego miasta i spisałam adresy interesujących miejsc: Teatru Lalek, Buddyjskiego ośrodka Karma Kagyu i Domu Gazety Olsztyńskiej. Skonsultowałam się też ze znajomymi, którzy pochodzą z tego miasta.

(Eliminacje do dużego turnieju w Atlancie odbyły się w pstrokatej stołówce internatu Liceum Ogólnokształcącego VI)

   Jeden z nich (Figiel) powiedział, że 'starówka jest wielkości pudełka na buty, a miejsca, które mógłbym gorąco polecić w większości już nie istnieją lub uległy radykalnym przekształceniom, co wychodzi na to samo'. Stwierdziłam więc, że poświęcenie jednego dnia na olsztyńską turystykę jest wystarczające.

 (Kreślę kserówki o łańcuchach rytuałów interakcyjnych Randalla Collinsa)

   Ostatecznie okazało się, że muszę zwiedzić Olsztyn w godzinę! Oberbe po dwóch rozgrywkach nie miał już szans na wygranie biletu do USA, więc grał jeszcze kilka rund dla sportu. Dlatego też zadzwoniłam po kolejnego znajomego, Krawiela i poprosiłam go o szybki spacer z treściwą narracją na temat tego miasta.

(Rynek wielkości pudełka na buty)

   To był dobry traf. Krawiel automatycznie wcielił się w rolę przewodnika. Opowiadał o społecznie nieakceptowanych pomnikach, o seksaferach w ratuszu, o kryminalnych zagadkach i czarnych punktach Olsztyna. Czułam się jakbym przyjechała do jakiegoś małego Detroit czy Memphis. I słusznie, statystki wskazują, że najczęściej do zabójstw, bójek i pobić dochodzi właśnie w Olsztynie.

(Krawiel przy rzeźbie lodowej olsztyńskiego ratusza)

   Ciekawie wysłuchiwało się tych historii o zbrodniach, mijając rozbawione dzieci podróżujące kolorową kolejką wśród choinek, widząc świętego Mikołaja udzielającego wywiadu dla telewizji i przechodząc przez zatłoczony korytarz między straganami jarmarku świątecznego. 
   Zupełnie dwie różne wizje miasta, które połączyłam w momencie, gdy agresywne zapachy oscypków, grzanego wina, słodkich pierników i dyndających szynek pod dachami jarmarcznych budek wymieszały się w jedną falę wrażeniową pełną skrajności. 
   Po chwili zobaczyłam uwięzione psy w klatkach czekające na zaprzęg, a obok krainę figur lodowych. W pewnym momencie dziecko zjeżdżające ze ślizgawki (wykutej z lodu i otoczonej też wieloma innymi posągami z tego materiału) wykrzyknęło rozczarowanym tonem: 'Babciu, a kiedy zobaczymy te całe rzeźby lodowe?!'. W podobny sposób zadawałam pytanie w myślach: 'Kiedy zobaczę ten cały Olsztyn?', choć właśnie w nim byłam.

wtorek, 10 grudnia 2013

_Mieszkamy razem na galaktycznym balkonie


Kolaż wykonany kilka dni temu z dużą ilością tęsknoty.

Od wczoraj dom wypełnia kadzidło o zapachu kwiatów wiśni i innych bukietów rozkoszy. Sowa kocha mocno. Na tyle, że nocą budzi się, co pół godziny i sprawdza, czy ten układ wszystkich okruchów kosmosu jest rzeczywisty. I tak! Oberbe wrócił z Japonii i znów mieszkamy razem na galaktycznym balkonie!

piątek, 15 listopada 2013

_'Bóg to wanilia w porządku halucynacyjnym. W sadzie czereśni zbieram porcelanę'

   Powrót do nauki akademickiej spowodował, że nareszcie moje aktywności nabrały określonego rytmu, ale jednocześnie mam poczucie, że coraz większa wiedza z zakresu socjologii, psychologii, filozofii i antropologii sprawia, że zmarkotniałam, a świat poszarzał. Te dziedziny są na tyle zobowiązujące, że cały czas jestem na badaniach i oglądam wszystko z różnych perspektyw, co jest wyczerpujące.


      Martwe znam prawdy, nieznane dla ludu, widzę świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce. Znam też prawdy żywe, ale nie obaczę cudu, choć mam serce i patrzę w serce. Przygniótł mnie właśnie taki pudowy kamień, ale spod niego wstanę! {miks stachuro-mickiewiczowsko-myślicki}


   Jednakże nadal podtrzymuję, że świat jest niesamowity, jego sproszkowanie i te wszystkie iskierki. Nawet czasem obaczam cudu, gdy trafiam na coś, co pokazuje mi wielowymiarowość i nieskończoność. Tak jak w przypadku powyższej pracy pt. 'Infinite Maharishi' Dzinego w 'Zachęcie'. 


   Niedawno odwiedził mnie Keldon i zwiedziliśmy wspólnie wystawę 'In God We Trust'. Widziałam ją już wcześniej samotnie, ale oglądając drugi raz to samo dostrzegałam nowe iskierki. Praktyka teorii uważności.


   Później spacerowaliśmy po starówce Warszawy w obecności przyjaciół Keldona z Wrocławia. Muszę przyznać, że byłam dość nieudolnym przewodnikiem, więc wszyscy w tej sytuacji byliśmy turystami. Powyżej Ana idealnie wkomponowana w tło.


   Iluminacja Pałacu Kultury i Nauki także dopasowana. Rozmawialiśmy o kosmosie, teatrze, literaturze, kulturze rumuńskiej i japońskiej. Ogólnie wymiana myśli. Opowiadaliśmy o swoich przygodach i doświadczeniach. Intelektualna impreza. Bardzo mi tego brakowało w ostatnim czasie izolacji i samotnego przeżywania świata przedstawionego.


   Trafiliśmy do kuriozalnego miejsca o nazwie 'Bar kawowy Piotruś', w którym chyba nikt nie pił kawy. Stanowiliśmy najmłodszą tkankę tego specyficznego organizmu. Trudno było mi ustalić, czy reszta gości znalazła się tam przypadkowo tak jak my, czy może siedziała w tym miejscu od stu lat i piła alkohol cały czas z jednej szklanki. Główną atrakcją tego klubu (o wymiarach pokoju nastolatka w bloku) była muzyka grana na żywo przez wokalistę-gitarzystę. Najmilej wspominam moment, w którym cały nasz stolik był chórkiem do utworu 'Sugarman' Rodrigueza.


   Później odwiedziłam dom rodzinny, gdzie lepiłam plastelinowe postacie z gier razem z moim bratankiem i zjadłam tonę orzechów włoskich z pobliskich drzew. Zajrzałam też do Torunia, gdzie spotkałam się z moimi byłymi współlokatorami, od których wyjechałam z książką Lamy Ole Nydahla. Myślę, że kiedyś wrócę tu do tego wątku. Na razie wybieram się do jednego z ośrodków buddyjskich, którego jest nauczycielem.


   W ogóle czytam ostatnio takie ilości tekstu, że śnią mi się potem litery. Litery w kolumnie, litery na roszadzie i inne układy. Prawie codziennie przebywam w Bibliotece Uniwersyteckiej, gdzie w formie przerwy od książek wpatruję się w strukturę zawieszonej między filarami pajęczyny utkanej przez artystkę Ludwikę Ogorzelec. 


   Cieszy mnie to, że i ja wracam do tworzenia rzeczy, a nie tylko ich konsumpcji. Znów piszę coś i robię kolaże. Powyżej moja plastyczna interpretacja znakomitych tekstów Keldona ze zbioru 'Ceremonidła paciorkowe'.


   Szukam listu w każdej butelce. Szukam skype'a w każdym wi-fi. Zdjęcie z dziś. Mam takich miliony, kiedyś je policzę. Jestem kimś dla kogoś. Ktoś jest dla mnie kimś. W pokerze monogamii najeżdżamy siebie kursorami. 

czwartek, 24 października 2013

_Lista moich ulubionych, współczesnych artystów japońskich:

Yumiko Kayukawa




Flamingową grafikę miałam zapisaną przez długi czas na komputerze, zanim dowiedziałam się czyjego jest autorstwa. Uwielbiam kolorystykę i pozorny absurd tych obrazów. Gdy zaczęłam interesować się Yumiko Kayukawą, najbardziej zdziwił mnie jej wiek. Ma już ponad czterdzieści lat. Poza tym, niewiele o niej wiem. Znalazłam w internecie tylko jeden wywiad (z 2005 roku), w którym opowiadała, że lubi oglądać filmy o yakuzie i mecze baseballowe, ech. Na jej stronie wyczytałam, że wydała teraz książkę o wilkach. 

~~~

Naohisa Inoue




Projekty świata z moich snów i marzeń. Kocham ten psycho-surrealizm i kolory jak z baniek mydlanych. Gdy zetknęłam się z pracami Naohisy Inoue, miałam wrażenie, że skądś je znam. Okazało się, że już od dwóch lat Oberbe próbował mnie przekonać do obejrzenia 'Ibalard Jikan' (studia Ghibli). Wszystko stało się jasne - powyższe ilustracje to po prostu kadry z tego filmu. Kolejne zaskoczenie - autor jest profesorem sztuki i ma sześćdziesiąt pięć lat. Podziwiam taką fantazję. Po śmierci trafię do obrazków Naohisy i tam będę żyć wśród czarodziejskich pejzaży.

~~~

Kanae Sato




Bardzo proste ilustracje, ale magiczne przez swoją delikatność. W jakiś sposób wzruszają mnie. Widzę siebie na tych obrazkach. Przypominają mi trochę styl rysunków z czytanek szkolnych lub tych z 'Persepolis', gdyby były pokolorowane. Czuję się bezpiecznie patrząc na takie grafiki. Kanae nie jest tak popularna w Japonii tak jak Yumiko i Naohisa. Maluje na zlecenia. 

~~~

Aya Takano




Marzę o tym, żeby środkowy, kosmiczny obraz zawisł kiedyś w mojej sypialni. Powyższy wybór dość łagodny - reszta prac jest o wiele mocniej nasycona erotyzmem. Aya Takano to trochę Toshio Saeki w spódnicy, tylko że taki w wydaniu kobiecym, bardziej zdrowym i zmysłowym. Artystka oprócz rysunku zajmuje się też tworzeniem opowiadań o tematyce science-fiction, co wcale mnie nie dziwi, gdy próbuję wyobrazić sobie jej wyobraźnię.

piątek, 18 października 2013

_Rymiprzewodnik po Toruniu

   Pisałam kiedyś, że niechętnie wracam do tego miasta z powodu dość konkretnych animozji i z poczucia, że wyeksploatowałam je bez reszty. Niesłusznie. Powoli moja oschłość do Torunia ustępuje miejsca zdrowszemu sentymentowi. Chyba przyczyniła się do tego przeczytana książka 'Cztery strony czasu' Iwony Chmielewskiej i zdecydowanie spędzony tam (prawie miesiąc temu) weekend z Oberbe.


   Postanowiłam, że spojrzę na Toruń tak, jakbym wcześniej nie mieszkała w nim przez kilka lat. Jakbym była w tym miejscu pierwszy raz. Jakbym nic o nim nie wiedziała. Jakby to była wycieczka. Jakbym była turystką. Jakbym lubiła gotyk i jakby nie padał właśnie deszcz.


   Kilka godzin przed wyjazdem natrafiłam na informację, że właśnie rozpoczyna się akcja 'Toruń za pół ceny', w której udział bierze wiele instytucji kulturalnych, hoteli, restauracji i kawiarni. W ten sposób moja wyimaginowana turystyka stała się łatwiejsza, bo z pięćdziesięcioprocentową zniżką.


   Sobota rano. Dotarliśmy właśnie do Torunia i przypadkowo spotykam znajomą z eks-studiów, która czeka na zajęcia fotograficzne w miejscu, w którym Oberbe organizuje swój Psychatogowy Turniej, czyli w Centrum Kształcenia Ustawicznego. Następnie mijam Centrum Taniej Odzieży i kolejkę czekającą na nowy towar. Tutaj spotykam (też znów przypadkowo) moich byłych współlokatorów, którzy wybierają się na medytacje. No cóż, jednak trudno być turystą w miejscu, gdzie co chwilę słyszysz 'cześć'! Aczkolwiek to miłe niespodzianki.


   Kiedyś wydawało mi się, że znam każdą cegłę w Toruniu, a to bzdura. Wystarczyło, że rok temu Oberbe wziął mnie za rękę i wprowadził na powyższy dziedziniec. Jakoś wcześniej umykał mojej uwadze. Postanowiłam to zmienić i wybrać się w końcu do 'Muzeum Okręgowego', do którego ów dziedziniec prowadzi. 
   Koszt biletu z podwójną ulgą (studencką + 'toruńzapółceny'): zaledwie dwa złote, a dodatkowo darmowy wstęp do nieco przerażającej 'Galerii sztuki gotyckiej', gdzie dominowała twórczość sakralna. Obrazy, witraże i figury przedstawiające misterium-męki-pańskiej i żal-za-grzechy. Poświęciłam tym ekspozycjom zaledwie dziesięć minut, ale tyle wystarczyło, żeby wprowadzić mnie w ciężki nastrój. Była sobota, dopiero 10:00 rano.


   Dlatego przeszłam do głównej części 'Muzeum Okręgowego', które okazało się wielopoziomowe i bardzo treściwe. Widziałam ogrom rzeczy, które pozwoliły mi w wyobraźni zrekonstruować średniowieczny Toruń. Artystyczne bramy, wzorzyste piece kaflowe, klimatyczne zegary i fikuśne formy do pierników...


   Następnie obejrzałam film o szlaku bursztynowym i zbiory archeologiczne, kolekcję księżnej Izabeli Czartoryskiej, wystawę związaną z numizmatyką, kompozycję biżuterii renesansowej i manierystycznej oraz wiele innych zbiorów, o których nie pamiętam. 
   Moja percepcja po dwóch godzinach przetwarzania tylu informacji zaczęła się buntować, a to dopiero pierwsze muzeum. Starałam się przyspieszyć oglądanie, ale to było niemożliwe, gdy trafiłam do sali z obrazami słynnych malarzy. Jacek Malczewski, Stanisław Witkiewicz, Julian Fałat, Bolesław Cybis i trzy kropki. Z tego grona widziałam wcześniej na żywo tylko prace Witkacego. Po przestudiowaniu wszystkich maźnięć pędzla resztkami sił dotarłam na najwyższe piętro. A tam...


   Wystawa, która najbardziej pasuje do obszaru moich artystycznych zainteresowań! Sztuka szczera i niezmącona - a jeśli już, to minimalnie - schematami. Uwielbiam prace dzieci, które nie przejmują się zaleceniami opiekunów proponujących rozpoczęcie obrazu od narysowania żółtego słońca z promieniami w lewym, górnym rogu kartki. 


   Najbardziej zdziwiło mnie, że sala, w której była ta wystawa, stanowiła jedyne pomieszczenie, którego nie pilnował muzealny kustosz. Widocznie uznano, że ilustracje dziecięce przygotowane na konkurs plastyczny pt. 'Moja przygoda w muzeum' nie są cenne. Błąd. Moja percepcja w tym miejscu ozdrowiała. 
   Po wyjściu z muzeum przejrzałam ofertę restauracyjną przygotowaną na akcję 'Toruń za pół ceny' i udałam się do 'Kona Coast Cafe' celem konsumpcji wybornej zupy kremowej z cukinii za trzy złote! Ruszyłam do 'Muzeum Podróżników im. Tony'ego Halika'. Znów kosztowało mnie to tylko dwa złote.


   A tyle wiedzy etnograficznej! Z zachwytem przyglądałam się strojom z Gwatemali i Meksyku (powyżej), ozdobom ciała łowców głów, biżuterii etiopskiej, chińskim dekoracjom zebranym przez Elżbietę Dzikowską, żonę Tony'ego Halika. Podczas zwiedzania muzeum wdałam się w małą dyskusję z chłopcem (maksymalnie dziesięcioletnim) na temat szyszaków perskich. Muszę przyznać, że sporo się od niego nauczyłam. Miłą niespodzianką była też wystawa 'W kręgu obrzędów. Azja i Oceania' Karoliny Sypniewskiej - podróżniczki, którą poznałam kiedyś w toruńskim 'Dworze Artusa'.


   Następne na liście było spotkanie z Polą i Pawłem w nowej, w założeniu: biznesowej kawiarni 'Hanza Cafe', która także brała udział w promocyjnej akcji i za niecałe pięć złotych można było zamówić zestaw: kawa plus muffinka. Przyjemne spotkanie w rozkosznie minimalistycznym miejscu.


   Chciałam przejść się do planetarium, które także na tamten weekend obniżyło cenę, aż do pięciu złotych. Jednakże powyższy widok nieco mnie zniechęcił. Zresztą byłam już kilka razy w tym miejscu. W dodatku robiło się coraz później. Wiedziałam już, że z powodu ograniczenia czasowego (i zbyt długiego studiowania wystaw w 'Muzeum Okręgowym') będę musiała zrezygnować z wizyty w 'Domu Eskenów', 'Kamienicy pod Gwiazdą', 'Domu Mikołaja Kopernika' i kilku innych punktów na mapie. 


   Wybrałam się jeszcze do ukochanej galerii sztuki 'Wozownia', która także wzięła udział w 'Toruniu za pół ceny', ale w dość oryginalny sposób - udostępniła ekspozycje za darmo. Bardzo często odwiedzałam to miejsce po szkole (a czasem nawet w trakcie szkoły), gdy mieszkałam jeszcze w Toruniu. Aktualnie odbywały się tam wystawy: '9 Trienalle Małych Form Malarskich' (powyżej), 'Robimy Muchomora' Iwony Liegmann, 'Under ground' Michała Aniempadystau i 'Imperium snu' Justyny Gruszczyk - gdzie leżałam na wygodnej pufie i zrelaksowana wsłuchiwałam się w opisy senne, aż nagle zadzwonił telefon.
   Oberbe poinformował, że trafił do top4 rozgrywanego turnieju i, że niebawem możemy iść na obiad. Trafiliśmy do restauracji typu 'Jesz, ile chcesz' z włoską kuchnią. Wstęp także promocyjny: nieco ponad dziesięć złotych.


   Trochę zmęczeni pojechaliśmy tramwajem do domu Kacha, gdzie zostaliśmy pod opieką kotów, co było dla nas nowym doświadczeniem. Zgodnie nie wykazujemy się nadprogramową chęcią posiadania zwierząt, ale jeden wieczór z kotami nie był dla nas problemem. Dla nich chyba też nie. 


   Drugiego dnia o świcie była cudowna pogoda, choć w umiarkowanej ekscytacji nią, zdążyłam się popłakać. Przypomniało mi się, że Oberbe niebawem leci do Japonii. 'Jesień trwa, rdzawych liści czas. Kaloszy, peleryn i mgły'.


   Natomiast do tego zdjęcia pasuje idealnie Fever Ray. 'Whispering: morning, keep the streets empty for me'. Tęskno. Tak jak pisałam niedawno, Oberbe jest już w Azji. Ostatnio oglądałam puste ulice jednej z dzielnic Tokio (na żywo, przez stronę internetową), gdy trwał tajfun. Przejmujący był widok hulających drzew i zmieniającej się sygnalizacji świetlnej dla nikogo. 


   Wracając do tematu tamtego weekendu w Toruniu - Oberbe poszedł na drugą część turnieju (powyżej), ja postanowiłam wybrać się do rodzinnego Zajezierza na kilka godzin:


   Lubię spokój i przewidywalność tego miejsca. O dziewiątej rano tata wraca z koszem grzybów, nadziewamy je wspólnie na nitkę tworząc naszyjniki, które trafiają na kaloryfer. Pachnie nimi w całym domu, a potem perfekcyjnym obiadem przygotowanym przez mamę. W sumie to była długa droga, żeby odnaleźć w takich sytuacjach magię. Teraz jest dla mnie oczywista. 'Remember: it's okay to be happy with a calm life'. Hasło z kosmosu, ale zapadało mi w pamięć ze względu na uspokajający wydźwięk.


   Wróciłam do Torunia i akcja promocyjna nadal trwała. Postanowiłam wybrać się do 'Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej'. Miejsce też mi znane. Obok jest skansenowy park, w którym rysowałam kiedyś młyn wodny. Tym razem zwiedziłam wystawę 'Lokalny pejzaż kontrkultury. Peace, Love i PRL'. Koszt: znów dwa złote.


   Kwestia rewolucji hipisowskiej jest mi dość bliska i szkoda, że potraktowano przestrzeń muzealną trochę jak gazetkę szkolną. Po prostu poprzyklejano stare rzeczy w określone miejsca, co mam wrażenie spłaszczyło tematykę kontrkulturową. Jednakże i tak udało mi się w tej pstrokatości znaleźć odpowiedni klimat. Na pewno pomógł w tym lecący w tle psychodeliczny rock.


   Miłym akcentem był pokój odtwarzający salę zajęciową z liceum, do którego chodziłam lub czasem nie (tak jak wspominałam przy okazji tematu 'Wozowni'). Z wczuwania się w klimat klasy znów wytrącił mnie telefon i informacja, że Oberbe zajął drugie miejsce (duma!) i możemy wracać już samochodem z nieznajomymi znajomymi, nie czekając na nasz wieczorny autobus. Okazało się, że pierwsze miejsce zdobyła dziewczyna (warto zaznaczyć, że to niezbyt częsty przypadek w magicowej grze), z którą wróciliśmy do Warszawy. I z jej chłopakiem - kierowcą. Lubię niebo w podróży i to, że nie ma na nim reklam (zakładając, że nieczęsto widzi się balony firmowe).


   W ten sposób spędziłam turystyczny weekend w Toruniu za dwadzieścia cztery złote! Wliczając koszty przejazdu: nieco ponad pięćdziesiąt. Zwiedziłam trzy muzea i galerię sztuki (łacznie: prawie dwadzieścia wystaw), zobaczyłam większość zabytków i chyba wszystkie pomniki w centrum, zjadłam dwa obiady w restauracji i deser w kawiarni. 
   Przydałby się tu jakiś mądry cytat o tym, że życie to podróż, że z pozoru znane zawsze jest nieco nieznane, że sztuką jest umiejętność zatrzymania się w wyścigu i wyjście na spacer z żółwiem na smyczy oraz wydanie ostatnich dwudziestu czterech złotych na podróż do Torunia.