niedziela, 25 listopada 2012

_Wyprawa do Korei Południowej: kawa z odchodów, metalowe pałeczki i miłość na górze Namsan

   Będąc w Korei Południowej czułam się jak w Japonii, ale takiej dzikiej - z pozoru otaczali mnie podobni ludzie, ale sprawiali wrażenie, jakby cały czas byli pod wpływem agresogennych używek. Chaos na ulicy, niezwracanie uwagi na sygnalizację świetlną, dźwięki klaksonów, przykre zapachy kanalizacyjne; sporo śmietników, jednak odpadki na chodnikach, wpychanie się do metra, żadnego przepraszania, na ulicy picie alkoholu i palenie papierosów przez azjatyckich dresiarzy, nieprzyjazne spojrzenia, frustracja i konsumpcjonizm na wysokim poziomie.
   I to w zasadzie bardziej przypomina mi drugą Polskę, tylko lepiej rozwiniętą gospodarczo. Odnoszę wrażenie, że to podobna historia Korei i Polski wytworzyła pokrewną mentalność, porównywalne cechy modalne. Poddanie się kulturze posiadania i zagłuszanie świata. Ci ludzie nie potrafili przemieszczać się środkami transportu i czytać książki, rozmawiać, czy patrzeć przez okno. Prawie każdy uzbrojony był w telefon sporego rozmiaru i jemu całkowicie oddany. Odrealnienie.


   Może to specyfika miejsca, do którego trafiliśmy. Podejrzewam, że koreańska prowincja jest spokojniejsza i bardziej przemyślana, jednak nie mam większych złudzeń, bo Tokio w moim odczuciu nie jest taką dżunglą jak Seul, w którym to właśnie zamieszkaliśmy na kilka dni - konkretnie w dzielnicy rozrywki, podobno na ulicy artystów. Raczej samozwańczej - brak galerii sztuki i tego typu miejsc, tylko kawiarnie i restauracje, na które byliśmy 'skazani' ze względu na brak normalnych sklepów, czy targowisk, na których można by kupić owoce, czy warzywa.


   Powyżej zdjęcie z kawiarni, która do swojego kalorycznego zestawu gofrowo-lodowego dodawała dwie kulki winogronowe i trzy kawałki banana. Po doświadczeniach związanych z brakiem witamin w seulskich sklepach nie zdziwił mnie już widok prawie opustoszałych talerzy ludzi przy stolikach obok, na których zostawiano wspomniane owoce na brzegu talerza, ych.
   Oprócz knajp z jedzeniem w pobliżu było tylko kilka identycznych marketów z junk-foodową zawartością. Słodycze, słone przekąski, gazowane napoje. Łatwiej było znaleźć butelkę coli niż zwykłej wody. Po prostu sklepy jak na stacjach benzynowych, a ludzie nastawieni na błyskawiczne przyjemności. Na czas pobytu sami wpadliśmy w ten materialny hedonizm. Oczywiście bez przesady. Nie spijaliśmy sodżu z koreańskich tancerek i nie wróciłam stamtąd z torebką od Louis Vuitton.
   To po prostu było miejsce, gdzie przesiaduje się w kawiarniach i restauracjach, nie gotuje się w domu. Wszędzie jeździ się metrem, autem, motorem, ale nie rowerem. Bardzo dużo osób pali tam papierosy, które są dość tanie (przeliczając - kosztują jakieś sześć złotych). Idąc ulicą, co chwilę wpadałam w czyjąś chmurę nikotynową i w ten sposób po trzech dniach podobnych przygód, poczułam się znów uzależniona, a myśli o cygaretkach zaczęły intensywnie wracać. Jednak w pewnym momencie szczere spojrzenie na siebie w lustro i świadomość, że ponowne przerabianie tego nałogu byłoby dla mnie zbyt wielką porażką. Generalizując, Korea Południowa kojarzy mi się z destrukcją.


   Zdarzało nam się natrafiać na tego typu obrazki, będąc w seulskim centrum. Wiem, że w tym momencie posługuję się nieco instrumentalnie takim zdjęciem, bo przecież Korea Południowa oczywiście tak nie wygląda w całości, ale niektóre jej fragmenty przypominają mi raczej Czeczenię i nie ma w tym większego oskarżenia. Po prostu odnosiłam wrażenie, że tamtejsi ludzie darzyli niskim szacunkiem swoje otoczenie.
   I nie ufałam im. Była w nich jakaś roszczeniowość i zachłanność. Właściciel hostelu, w którym zamieszkaliśmy niby był miły i ciapowaty, ale z uśmiechem kombinatora. Nigdy nie wiem, jak się zachowywać względem takich osób. Z reguły nie obdarzam sympatią, ale też mam wyrzuty moralne, bo ktoś jest tak nieporadny i byle jaki. Zarezerwowaliśmy 'superior double room' i otrzymaliśmy najsmutniejszy pokój świata w rozmiarze klatki dla sparaliżowanego ptaka. Udało nam się zmienić go na inny, naturalnie za dodatkową opłatą. W wyposażeniu komputer/tv, sejfy, lodówka, pralka, prysznic, pościel z węża, ogrzewana podłoga, ale mająca 'martwe piksele' jak to nazwałam, czyli miejscami zimna. Teoretycznie wszystko ładnie brzmi, wręcz luksusowo, ale to nie było zbyt dobre miejsce do życia ze względu na swoje zaniedbanie i niehigieniczne utrzymanie. Atmosfera też była słaba. Mr Uncle, bo tak przedstawił się właściciel hostelu po odbiorze pieniędzy zaczął nas unikać, choć miał stanowić dwudziestoczterogodzinną recepcję. Zjawił się jeszcze tylko raz prosząc nas o ustawienie się do zdjęcia, które zostało powieszone na korytarzu obok wielu innych fotografii sztucznych uśmiechów wcześniejszych gości. A i na koniec poprosił o pozytywną opinię na swojej stronie, ech. 
   
~~~

   Ale, ale nie było oczywiście tak fatalnie. Razem z Oberbeuszem potrafimy dostosować się do różnych warunków i jeszcze je magicznie udekorować. Miło wspominam dźwięk, który pojawiał się w naszej koreańskiej toalecie po spłukaniu wody. Ten odgłos brzmiał tak, jakby krasnoludek ukryty w muszli klozetowej zakręcał metalową śrubkę. Oberbe raz rzucił to porównanie, a potem trudno było już się pozbyć tego skojarzenia, słysząc wspomniany dźwięk. A w hostelowej kuchni leciała muzyka klasyczna, była smaczna herbata ryżowa i dobry dżem.
   No, nie było źle. Sama Korea Południowa też ma jakieś tam swoje dobre strony. Na pewno jest tańsza do życia niż Japonia, ale nadal droższa od Polski. Seul ma niezłą sieć metra, a nocą miasto wygląda cudownie, miliony światełek. W sklepach można kupić ciepłe mleko sojowe i migdałowego Snickersa. No i poza tym, mam trochę bajecznych wspomnień z Korei. Poniżej mała fotogaleria i ciekawostki.


   Kuchnia koreańska cechuje się wymieszaniem wszystkich smaków jednocześnie, z przewagą pikanterii, co widać na powyższym zdjęciu. Zupełnie nie jest to mój kulinarny klimat. Uwielbiam jałowe potrawy z delikatną nutą jakiegoś smaku. Trudno było mi znaleźć cokolwiek dla siebie w koreańskich jadłodajniach. W powyższej restauracji pożywiłam się głównie japońską tempurą, czyli owocami morza w panierce.


   Interesujące jest to, że w Korei ludzie posługują się metalowymi pałeczkami, w przeciwieństwie do innych krajów azjatyckich. Słyszałam anegdotę, że w dawnych czasach to cesarz zrezygnował z drewnianych pałeczek, ponieważ są łatwiejsze do otrucia. Ciekawa historia, ale zdecydowanie wolę naturalne chopsticki. Nie plastikowe, nie metalowe, tylko takie drewniane, wręcz z drzazgami. Są zdecydowanie lżejsze. Aaa i zamiast noża w Korei używa się nożyczek! Powyższa fotografia jest z restauracji, w której prawie nikogo nie było. Pani z obsługi na wstępie przywitała nas hasłem: 'No menu!' i wskazała na ścianę, na której widniały dwa koreańskie napisy. Wybraliśmy jeden z nich i nie było nawet najgorzej, choć danie raczej nie wyglądało zachęcająco. W Korei bardzo często podaje się potrawę na jednym ogromnym talerzu, wokół którego stawia się małe miseczki o różnych zawartościach. W przypadku z powyższego zdjęcia były to naczynia z: konserwowym ogórkiem i japońską rzodkiewką daikon, poza tym wywar chyba z żeń-szenia i kimchi, czyli sfermentowana kapusta w ostrym sosie. Zjadłam, ale nie były to dla mnie rarytasy. 


   Myślę, że nie zasmakowałyby mi też jedwabniki (foto powyżej), czyli takie owady, które przed upieczeniem wyglądają jak przynęta rybna. Zapach, wygląd i cała otoczka nie zachęcały mnie do spróbowania. Może kiedyś.


   Za to miałam okazję napić się najdroższej kawy na świecie, otrzymywanej w specyficzny sposób - Kopi luwak. Otóż jest ona wytwarzana z ziaren kawy, które wydobywane są z odchodów zwierzęcia (serio) nazywanego łaskunem, a w Azji właśnie luwakiem. Kawa była bardzo wyrazista w smaku i porządna, ale nie na tyle ciekawa, żebym chciała się jej ponownie napić. Więcej o procesie tworzenia tej specyficznej kawy w tym artykule -> klik!


   Aaaa. Wychodząc na miasto trudno było się opętać od wszędobylskiego pana z 'Gangnam style'. Znajdował się na co drugim plakacie. Reklamował wszystko. Poczynając od pieczywa, kończąc na sprzęcie AGD. Powyżej ja i skarpetki z postacią ujeżdżającą niewidzialnego konia. Tak w ogóle do dzielnicy Gangnam nie dotarliśmy, ale ta, w której mieszkaliśmy, czyli Hongdae także doczekała się swojej wersji utworu:


   I tak jak w Japonii, trochę nowoczesności, trochę tradycji, ale tej drugiej nieco mniej, choć widziałam sklepy z takim asortymentem:


   Powyżej narodowe stroje koreańskie, czyli hanbok. Ładne, ładne, ale bardziej w moim guście są japońskie kimona i yukaty.

~~~


   Jednakże oczywiście nie spędziliśmy całego pobytu w kawiarniach i restauracjach, czy na zakupach gangnamowych skarpetek. Z turystycznych atrakcji wybraliśmy Namsan Seoul Tower, czyli wieżę o wysokości prawie dwustu czterdziestu metrów, z której widać panoramę miasta. Żeby się do niej dostać należało wspiąć się na górę. Powyżej ja i archetyp drogi.


   A tu Oberbe i to samo. Oczywiście początkowo przeszliśmy ponad kilometr w niewłaściwą stronę. To miejsce bardzo mi się spodobało. Zapewne dlatego, że przypominało Japonię. Ten sam jesienny orient.


  Wieża z zewnątrz, podczas iluminacji.


A tu świat z wnętrza wieży, podczas celebracji.
Tak, tak. Mieliśmy swoje święto. Oberbusz oświadczył mi się, ach. Oczywiście powiedziałam 'tak'. 


   Chyba już setny raz. Zresztą jest to nieopisywalne, choć Oberbeusz zapytany przez znajomego o to, czy 'był stres', zgrabnie przytoczył całe zdarzenie:
No był, trzęsło nami okrutnie, wichry, pioruny, tajfun na horyzoncie, a ja się wspinam jak szalony. Rymi krzyczy, że nie mamy już leków ani wody, że padła ostatnia bateria od latarki. Potem był błysk i huk! Budzimy się nagle pośród gruzów, dookoła płomienie, już praktycznie nie ma nadziei... 
Ale czuję, że coś uwiera mnie w ramię - odwracam się i moim oczom ukazuje się czarna zdobiona skrzynia. Serce zamiera, otwieram ją delikatnie i JEEEST, najpiękniejszy pierścień świata!
Zjawy i demony są o krok aby nas dopaść, zrywam się, łapię Rymi za rękę i patrząc w jej cudowne oczy wykrzykuję: "na potęgę posępnego czerepu - WYJDZIESZ ZA MNIE!".
Anielskie 'tak' rozwiewa wszelkie mary, stres znika, nagle robi się jasno i tylko harfę słychać oraz słowa niesione na wietrze:
- na zawsze Twoja.
Potem było już tradycyjnie.

~~~

   Szczęśliwa, ale też i niepewna tego, co będzie dziać się w najbliższych godzinach, wyruszyłam razem z Oberbe na lotnisko Incheon. Widok z pociągu był kapitalny.


   Aż wstaliśmy z siedzeń i przykleiliśmy nosy do szyby. Za oknem bardzo długo ciągnęło się pasmo ziemi, które przypominało mi popękane bezy cukrowe, a w tle góry. Oczywiście inni pasażerowie wpatrywali się w swoje telefony. Ja z kolei myślę o tym, żeby po powrocie do Polski nie kupować komórki. Od kilku miesięcy nie mam telefonu i czuję się wspaniale. Pozbyłam się już nawet niegdyś częstego wrażenia, że mój telefon dzwoni i wibruje w torebce, podczas gdy tak się nie dzieje.


   Po dotarciu na miejsce, mieliśmy jeszcze sporo czasu do odlotu. Oberbe wypatrzył lodowisko na tym lotnisku i zachęcił mnie do wspólnej jazdy. Sam jest mistrzem w łyżwiarstwie. Piruety i tak dalej. Technika. Ja za to wymyśliłam swój styl w poruszaniu się na lodzie. Zapewne naganny, ale w miarę skuteczny. 
   Z wypchanymi do ostatniego milimetra plecakami ruszyliśmy do odprawy i tak dalej. Nabyliśmy sporo koreańskich specyfików dla naszej grupy od języka japońskiego i współpracowników z oberbeuszowego instytutu. Galaretki, cukierki z żeń-szenia, karmelki z czarnego sezamu... Już kiedyś wspominałam tutaj (przy okazji otrzymania kisieli o egzotycznych smakach), że przywożenie żywnościowych pamiątek z wyprawy dla kolegów jest mile widziane w Japonii.
   Lot nie był raczej zbyt przyjemny ze względu na mój stresowy nastrój związany z wątpliwościami, czy otrzymam kolejną turystyczną wizę. Po wylądowaniu, trafiłam do okienka administracji lotniska i zaczęło się. Szczegółowy wywiad, bo w zasadzie bycie w Japonii turystą przez pół roku to raczej ewenement. Widziałam jak rysy twarzy urzędnika wyginały się w znaki zapytania. Rozmowa i przeglądanie dokumentacji trwały wieczność. Ludzie za mną zaczęli przechodzić do innych kolejek. Jednak nagle machnięcie ręką i pieczątka. Ufff. 
   Wręcz ze łzami w oczach opowiadam Oberbeuszowi, co i jak. Gestykuluję na wszystkie strony. Pokazuję nową wizę w paszporcie. Opowiadam to tak, jakbym była przetrzymywana przez wiele lat w izraelskim więzieniu. Na co on, oczywiście śmiejąc się z mojego dramatu, zażartował, że owszem, udało się, przemyciliśmy koreańskie cukierki. Aaaa, a tak przywitała nas Tsukuba:


Ja: Ach, to dla mnie?
Oberbe: Nie musisz wszystkiego wiedzieć.

5 komentarzy:

  1. Witaj, ciekawy blog, a szczególnie refleksje z Korei :) Najdroższej kawy na świecie z przyjemnością bym się napiła, ale to łączenie smaków jakoś do mnie nie przemawia :) Pozdrowienia, będę zaglądała do Ciebie od czasu do czasu, a trafiłam tu od Eny (http://enakielska.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cześć, och, och. dzięki za znak! nie wiedziałam, że nakielska mnie promuje, haha. trzymaj się, jesteś tu mile widziana, oczywiście : >

      Usuń
  2. hejże hej, nie wiesz, że w bloggerskim światku oświadczyny nie na wieży ajfla się nie liczą, hihu? Żart srogi, gratujuję oczywiście itepe! Superhistoria dla potomności.
    Fest ciekawostka o pałeczkach i w ogóle post nad wyraz wyczerpujący (długi w sensie, a nie...), ale jeśli mogłabym coś doradzić, jako blogi oglądająca dużo&długo, a przy tym na wpół ślepa - tak długie teksty dziel na dwa, bo jest wiele osób nie trawiących dłuższego czytania przed ekranem monochromatycznych tekstów (nawet tak ciekawych)i o ile masz możność - większe zdjęcia.

    Ukłony fajna i ładna, huhu!
    (w ogóle piąteczka za tak bez pardonowy opis - wszyscy są teraz 'nie znani przez nikogo' i inne brednie z gatunku)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cześć, heleno trojańska. dzięki, dzięki i tak dalej. miło.
      co do długości tekstów (oberbe też już zwracał mi na to uwagę) przyznaję rację, ale trudno czasem się powstrzymać i przeciąć myśli w połowie. wolę trzymać impresje w jednym kawałku i nie zwracać uwagi na to, że jestem w jakiejś konkretnej blogosferze i trzymać się zasad socialmediowych.
      osowiałą-sowę chcę traktować pamiętnikarsko. gdy będę miała ochotę pokazać potomnym wspomnienia koreańskie, to klikam w jeden link i mam esej w całości.
      z tego, co rozumiem dobrnęłaś do końca wpisu, więc odbieram to tak, jakbyś przeczytała rozdział mojej książki, a nie krótki artykuł w gazecie. mi na tym bardziej zależy.
      trzymaj się, miła ma.

      Usuń
  3. Hej, przeczytałam tylko początek i mówiąc szczerze moje odczucia są zupełnie inne. Spędziłam w Seoulu 4 miesiące i z połową rzeczy o których napisałaś się nie zgadzam.

    OdpowiedzUsuń