niedziela, 11 listopada 2012

_Wyprawa na górę Tsukuba

   Lubię japońskie niedziele. Razem z Oberbe wsiadamy na rowery i mijamy tłum dzieci w niecodziennych strojach przed szkołą judo połączoną z teatrem. Nie wchodzimy do środka, bo nie mamy przepustki w postaci dziecka. Za rogiem spotykamy tsukubowskiego lokalsa, który gra na nieznanym nam instrumencie, a obok niego grupa osób ćwicząca na ciekawych machinach. 


   Wszystko tak jak powinno być. W toalecie pospiesznie odwiedzonej restauracji dźwięki 'Time after time' w wersji midi. Wszystkie stadiony i boiska wypełnione aktywnymi postaciami, na poboczach pikniki, ludzie spacerują z nieszczekającymi psami, rodzice uśmiechają się do dzieci, dzieci uśmiechają się do rodziców, komuś spada kartka - ktoś ją podnosi, przepraszam - dziękuję - nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie - miłego dnia. Obrazki z elementarza.
   Skręcamy w stronę nieznanych terenów. Napotykamy dość kiczowaty sklep z upominkami, w którym jest wszystko. Począwszy od stroju karate, a skończywszy na specjalistycznym kleju do puzzli. Oberbe na chwilę staje się kotem Doraemonem - postacią z bajki, której cechą charakterystyczną jest brak uszu - zjadły je myszy. 


   W sumie postanawiamy się wybrać na górę Tsukubę. Jest już późno, ale góra nie wydaje się być daleko. Przy sklepie 'Seven eleven' mijamy tutejszy gang motocyklowy. Jedziemy, jedziemy, góra się nie przybliża. Napotykamy chyba najbardziej przerażający wjazd do parku, który wyznacza chybocząca się drewniana brama torii, a za nią półmrok i odgłos łamanych gałęzi. No dobra, trochę przekoloryzowane, ale góra nadal daleko. Toteż pojedźmy skrótem! Wjeżdżamy na teren wiejski z polami ryżowymi, po środku których jeden traktor. Po kilkudziesięciu minutach jazdy stwierdzamy, że trafimy tu co najwyżej na festiwal zbierania agrestu. Rezygnujemy z tego 'skrótu'. Zakochuję się w drzewie o niebieskich kwiatach.


   Szkoda byłoby zawrócić, choć góra naprawdę zdaje się nie przybliżać. Jedziemy od trzech godzin, zaraz będzie zachód słońca, robi się coraz zimniej. Jednak wiarę w cel przywraca widok żurawia mandżurskiego, a graniczy to nieco z cudem, ze względu na małą liczebność tego gatunku ptaka. Przesądy mówią, że napotkanie owego żurawia przynosi szczęście. No to jedziemy. Tym bardziej, że przez minutę koła same się kręcą, zjeżdżamy z górki. Gdy sielanka się kończy, zauważam, że w sumie jestem chora. Kicham, mam katar i tak dalej. Przed nami pojawia się automat z napojami o różnych temperaturach. Wybieram gorący eliksir cytrynowy z miodem, choć interesuje mnie też smak ciepłych musów z kukurydzy i fasoli:


   Dobra, innym razem. Uświadamiamy sobie, że tu już się chyba nic nie wydarzy. Ślepa uliczka, koniec gry. Niebo miejscami robi się różowe, co jest miłe, ale też i podchwytliwe. Zaraz będzie ciemno, a latarnie przy ulicy są z reguły nieużywane, ze względu na oszczędność energii. Za to mamy świadomość, że praca dynama jeszcze bardziej spowolni naszą jazdę. Pamiątkowe zdjęcie pod górą i zawracamy:


   Choć chyba bardziej podobają mi się rośliny wyrastające między asfaltem. Doceniam taką postawę. Dlatego też, mimo przeciwności, jadę. Ale, nagle potrzeba toalety, przed nami napis 'Makudonarudo', więc krótki przystanek. Wchodzimy, brak gości, szata graficzna podobna jak w europejskich McDonaldsach. Wybór produktów raczej ten sam. Jabłkowe ciastko z cynamonem bez wasabi. 


   No, ale nie po to jechaliśmy tyle godzin, żeby pójść do maka, czy się rozchorować. Dlatego też dziś, czyli tydzień od powyższej wyprawy, postanowiliśmy znów podjąć wyzwanie. Tym razem wybraliśmy się tam rano, autobusem i w grupie znajomych oraz znajomych - znajomych.


   Na tereny górskie dotarliśmy w pół godziny, uff. Przywitał nas ogrom figurek, maskotek, breloków i innych gadżetów z wizerunkiem żab. Trafiliśmy do świątyni, obok której rozgrywało się reklamowe przedstawienie. Japończyk w tradycyjnym stroju demonstrował siłę działania żabiej maści na rany, które sam 'tworzył' na własnych rękach przy użyciu miecza. Oczywiście nie naprawdę, ale wyglądało to dość realnie. Rozdzieliśmy się. Część grupy wspinała się na górę, my wybraliśmy kolejkę i oglądaliśmy barwy jesienne. 


   Następnie wspięliśmy się na jeden ze szczytów i podziwialiśmy mgłę. Oberbusz wszedł na najwyższe kamienie, pod którymi przepaść, a wokół była zupa mleczna, czasem na chwilę prześwitująca i ukazująca elementy miasta, wyglądające raczej jak fragmenty makiety. 


   I jak to zazwyczaj bywa w takich historiach, zgłodnieliśmy, a w plecaku żadnego bento boxa. Ale, ale oczywiście na górze stała restauracja i to kręcąca się zgodnie z ruchem zegara. Za oknem chmury przelatywały jeszcze szybciej. 


   Powyżej nasza grupa, która znów połączyła się nieco przypadkowo na czas obiadu. Reprezentacja Polski, Ukrainy, Syberii, Hiszpanii, Japonii. Stolik numer siedem. 
   Było miło, ale wróciliśmy we dwoje innym szlakiem niż reszta, zyskując nieco na czasie. Idealnie po zejściu z góry trafiliśmy na autobus powrotny. Rozpadało się.

~~~

Moja japońska wiza turystyczna właśnie się kończy, ech.
Wylatuję zaraz do Korei Południowej, więc będzie tu cisza przez jakiś czas.
Moje miejsce zamieszkania w najbliższym czasie stoi trochę pod znakiem zapytania, ale wiadomo - życie to pudełko czekoladek i tak dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz