sobota, 3 listopada 2012

_Wizyta u lekarza w Japonii, BentoGozaimasu, modele potraw na witrynach i życie rozrywkowe

   Skóra wężowa zrzucona, a piłeczki golfowe znów jednym strzałem trafiają prosto do dołka, czyli energia wróciła i umysł stał się jasny, ekspresowe oświecenie bez medytacji. Osowieję z uśmiechem, a w Japonii niekalendarzowa wiosna w listopadzie. Szkoda tylko, że nie kwitną wiśnie.
   Ostatnie dni spędzałam w towarzystwie Jerzyka, który zachorował na tyle, żeby nie chodzić do szkoły, ale też nie na tyle, żeby leżeć w łóżku i patrzeć w sufit, więc dość aktywnie korzystaliśmy z urlopu, ale o tym za chwilę. Odnośnie chorowania w Japonii i korzystania z pomocy lekarskiej warto wspomnieć o tym, w jaki sposób wydawane są leki. Po wizycie pacjent od razu otrzymuje (w tym samym miejscu, nie trzeba kichając czekać na swoją kolej w aptece) tabletki lub proszek i to w takiej ilości, jakiej potrzebuje. Jeśli ma przyjmować dwie tabletki dziennie przez tydzień, to dostanie ich równo czternaście. Cudowne rozwiązanie. Myślę właśnie o wszystkich przeterminowanych bilsterach tabletek, które zalegały w moich domowych apteczkach, ych. Poniżej proszkowe antybiotyki Jerzyka, który spożywał je dzielnie, gdyż nie były raczej zbyt smakowite, sądząc po minie.


   Wracając do naszych aktywności: czytaliśmy książki Grzegorza Kasdepke, ćwiczyliśmy pisanie liter, konstruowaliśmy niepełnosprawne origami, ścigaliśmy się autami na konsoli, a nawet otworzyliśmy japońską restaurację. Oto dania i menu:



   Nazwa naszej jadłodajni to: 'Bento gozaimasu', co w zasadzie trudne jest do przetłumaczenia. Zwłaszcza, że nie dopisaliśmy kreseczki przedłużającej nad 'o' w pierwszym wyrazie. Bentō to taki lounch box, w którym przygotowane są potrawy z ryżu, warzyw, ryb i tak dalej. Japończycy przy wyjściu do szkoły/pracy otrzymują je od shufu, czyli pań domu - no to tak laurkowo/stereotypowo lub kupują takie pudełko w marketach w czasie przerwy, która chyba wszędzie trwa od 12:00 do 13:00. Chwilę przed południem coś na kształt radiowęzła nadaje komunikat o zarządzonej przerwie w pracowniczych obowiązkach i konieczności posilenia się. Po chwili widać już wysypujący się z budynków rząd sararimanów (takich jakby urzędników, pracowników firm) z daleka wyglądających tak samo, spieszących się, żeby coś przekąsić. Potem część z nich pali papierosy przed budynkiem firmy i czytałam gdzieś, że ta 'subkultura' nazywana jest świetlikami. Ten nikotynowy akcent bardzo pasuje mi do zespołu Marcina Świetlickiego. Równowaga we wszechświecie.
   Ale, ale restauracja. Dodatek 'gozaimasu' w tytule jest chyba nieprzetłumaczalny, ale  w rozmowie zawsze dodaje wrażenia większej grzeczności w stosunku do adresata. W ten sposób 'ohayou' to takie 'cześć', ale 'ohayou gozaimasu' to już 'dzień dobry'. Toteż, gdyby na siłę tłumaczyć nazwę naszej knajpy byłoby to coś na kształt: 'Uprzejmy obiad', czy raczej 'Obiad, proszę bardzo'. Siedziba naszej restuaracji znajdowała się w klasycznej bazie, znanej mi też z własnego dzieciństwa:


   Czyli dwa fotele, a na nich rozpięte chusty, które przytrzymywane były ciężarem ustawionych książek. Rozmiar tej restauracji typowo japoński. Lekko ponad metr kwadratowy, to nasz minus. Jednak nadrabialiśmy bogatą ofertą warzyw, owoców i deserów - póki co - wykonanych z plasteliny i modeliny. Tak więc dekorację wystawy mamy już zorganizowaną, choć niestety w małej skali. W Japonii bardzo często za witrynami restauracji prezentowane są modele potraw, które wyglądają bardzo realistycznie. Tutaj przykład:


   Ta fotografia nie jest najnowsza, ale nadal zastanawiam się, o co chodzi z dzieckiem w butelce w lewym, górnym rogu tego zdjęcia. Poza kadrem był rządek jeszcze kilku takich instalacji. No nic, Ja-po-nia.
   Wracając do tematu naszej restauracji zasady jej działania są proste: komponujesz własną zawartość bentowego pudełka. Wszystkie składniki są po 100 jenów (czyli ok. 4 złotych), ale płaci się dziesięciojenówkami, bo takim nominałem posługiwaliśmy się w zabawie. Jednak na realizację zamówień w 'Bento gozaimasu' należy bardzo długo poczekać - podejrzewam, że restauracja jest aktualnie nieczynna - jako że wychodząc z jerzykowego mieszkania musiałam wziąć moją pomarańczową chustę w zebry, która stanowiła część konstrukcji dachu naszej jadłodajni. Jeszcze wrócimy i to z takimi bentami, że hoho. Klik!

~~~


   Póki co, jestem szefem własnej kuchni, choć nie zawsze, bo i Oberbe czasem złapie kulinarny dryg. Ostatnio zrobiłam naleśniki z syropem klonowym i masłem. Miałam nadzieję, że wypieką się ładnie, jak z obrazków czasopismowych dla kur domowych, ale zamyśliłam się nad patelnią i finalnie wyglądały tak:


   Za to nieco lepiej prezentują się moje dania obiadowe. Poniżej syty miks warzyw (miniaturkowa kukurydza jest ukochana) z krewetkami na oliwie i czosnkiem plus ryż z ziarnami kukurydzy (idealne połączenie, na które wpadłam jakiś czas temu i notorycznie ten duet króluje na naszym stole).


   Dokonuję coraz śmielszych zakupów żywieniowych, czego może nie widać za bardzo na dołączonych obrazkach, ale następnym razem wpadnie tutaj może coś bardziej oryginalnego. Wkładam do koszyka nieznane mi produkty i potem kombinuję, co z nich można wyczarować. 

~~~

   A i ostatnio byłam jeszcze na trzech... imprezach. Choć to określenie raczej przesadzone. Pierwsza z nich odbyła się na zajęciach japońskiego - naszym zadaniem było powiedzieć  po japońsku, kiedy obchodzimy urodziny i, gdy kolej trafiła na Oberbe - pani nauczycielka słysząc, że trzy dni temu był solenizantem, zaczęła wiwatować. Nauczyła nas piosenki po japońsku - coś na kształt 'happy birthday', po czym powiedziała, że ta przyśpiewka nie jest znana w Japonii, bo... właśnie przed chwilą ona sama ją wymyśliła. Żeby było śmieszniej, wyciągnęła ze swej torebki maskotkę Pikachu i podarowała ją Oberbeuszowi, a nas wszystkich poczęstowała czekoladowymi ciastkami. Japońska kadra naukowa przygotowana na każdą okazję - Jerzyk wspominał mi już kiedyś, że kobieta ucząca języka japońskiego w jego szkole nosi ze sobą worek sporych rozmiarów i ma w nim zegarki i jakieś inne gadżety, ale ich nie używa podczas zajęć. Proste.
   No i właśnie na drugim party byliśmy tylko my. Ja i Jerzyk. Raczej taki Halloween w każualowym wydaniu. Na pewno nie równało się temu, w czym Jerzyk uczestniczył kilka dni wcześniej - w jego szkole zorganizowano przedstawienie Halloweenowe, w którym - z tego, co zrozumiałam - dyrektor szkoły przebrany za pokemona tańczył do utworu 'Gangnam style'. 


   A swoją drogą, już za dwa tygodnie zapewne usłyszymy ten hit w jego ojczystym kraju, czyli Korei Południowej. Czternastego lądujemy w Incheonie raczej z nastawieniem, że zatrzymamy się w Seoulu. W najbliższym czasie pouczę się podstawowych zwrotów po koreańsku, które przekazał mi Oberbe, znający nieco ten język.
   No i trzecia impreza - wczorajsze party pożegnalne Michała (wspomnianego tu już kiedyś przy okazji wycieczki do Tokio) w wyjątkowym 'Hot Stuffie'. Pierwszy raz byłam w japońskim pubie. Siedzieliśmy tam przez niecałą godzinę, ale to miejsce mnie pochłonęło swoim urokiem. To chyba najmniejszy bar, w jakim byłam, ale bardzo magnetyzujący i treściwy. Było w nim ogrom rzeczy. Każdy centymetr miejsca wykorzystany, chociażby na naklejkę. Mam wrażenie, że można spędzić w tym miejscu dwadzieścia lat, a i tak po tym czasie pewnego dnia znalazłoby się tam nieznaną wcześniej kasetę vhs z koncertem, czy jakiś zagubiony guzik. Na środku stoi kilka stolików, a pod ścianami poupychane krzesła w taki sposób, jakby poustawiane były w poczekalni do gabinetu lekarskiego. Na wstępie przywitał nas szerokim uśmiechem właściciel baru - Otoosan, czyli 'ojciec', podając nam ciepłe ręczniki do oczyszczenia dłoni. W ogóle ten bar wyglądał tak, jakby to był jego pokój, w którym zgromadził całe swoje życie. Wystrój sprawiał wrażenie uporządkowanego bałaganu. Wszystko miało swoje miejsce, ale było tego od cholery. Nie mogę znaleźć w sieci żadnego zdjęcia 'Hot Stuffu', ale natrafiłam na taką informację i trudno się z nią nie zgodzić, podobnie odczułam to miejsce. A na wielkim ekranie wyświetlany był koncert Elli Fitzgerald z pięćdziesiątego któregoś roku i totalnie mnie to porwało.


   Na tyle, że po wyjściu z baru uświadomiłam sobie, że prawie do nikogo się nie odezwałam i nawet nie wiem, o czym były rozmowy przy stoliku. Przegryzając prawdziwy żółty ser (który tutaj jest bardzo drogi, był to darmowy poczęstunek od Otoosana) i oglądając występ Elli zatraciłam się w nastroju, za którym trochę tęskniłam. Powyżej fragment tego koncertu - szukałam dziś po youtubowych miniaturkach tej sukienki, którą zapamiętałam z tego występu.
   Mam wrażenie, że to miejsce, w którym po północy ludzie pławią się w ciężkiej mgle i wszystko wiruje, ale nie zaznałam tego, bo jestem grzeczna. Życzę wszystkim, żeby trafili do takiego pubu, gdyby na przykład uciekali ciemną nocą przed zbirami ze spluwami. To właśnie takie miejsce, do którego się wpada, nagle wszyscy padają na ziemię, po czym oczywiście i tak cała historia ma dobre zakończenie.

8 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. a potem śnią się intrygi kryminalne, ekhe. cmok!

      Usuń
  2. Z każdym wpisem mam coraz większą ochotę na wycieczkę do Japonii, a na to poczekać muszę jeszcze parę ładnych lat. Dziękuję za wciągające opowieści C:

    OdpowiedzUsuń
  3. Mysle, ze sekret "dziecka w butelce" mozna czesciowo uznac za rozwiazany:
    http://newyork.grubstreet.com/2012/02/kewpie-japanese-mayonnaise-cooking-dynamite-mussels-recipe.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. częściooowooo tak, ale w sumie to była słodka restauracja, a majonez średnio pasuje. przyjemnego lotu, micharu!

      Usuń
  4. Witaj Sówko :)))
    Zawsze marzyłam o wycieczce do Japonii...
    Będę zaglądać z ciekawością do Ciebie :)
    Pozdrawiam serdecznie
    Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no to łączy nas coś więcej niż nazwa. o Twoim blogu dowiedziałam się, gdy moi znajomi wpisując 'osowiałą sowę' w wyszukiwarkę, trafiali do Ciebie i dziwili się, że mam nagle męża i dziecko : D
      trzymaj się, zapewne jeszcze się pojawię u Ciebie.
      a tak w ogóle to:
      http://www.youtube.com/watch?v=nnPjqw7PqQ4

      Usuń