niedziela, 25 listopada 2012

_Wyprawa do Korei Południowej: kawa z odchodów, metalowe pałeczki i miłość na górze Namsan

   Będąc w Korei Południowej czułam się jak w Japonii, ale takiej dzikiej - z pozoru otaczali mnie podobni ludzie, ale sprawiali wrażenie, jakby cały czas byli pod wpływem agresogennych używek. Chaos na ulicy, niezwracanie uwagi na sygnalizację świetlną, dźwięki klaksonów, przykre zapachy kanalizacyjne; sporo śmietników, jednak odpadki na chodnikach, wpychanie się do metra, żadnego przepraszania, na ulicy picie alkoholu i palenie papierosów przez azjatyckich dresiarzy, nieprzyjazne spojrzenia, frustracja i konsumpcjonizm na wysokim poziomie.
   I to w zasadzie bardziej przypomina mi drugą Polskę, tylko lepiej rozwiniętą gospodarczo. Odnoszę wrażenie, że to podobna historia Korei i Polski wytworzyła pokrewną mentalność, porównywalne cechy modalne. Poddanie się kulturze posiadania i zagłuszanie świata. Ci ludzie nie potrafili przemieszczać się środkami transportu i czytać książki, rozmawiać, czy patrzeć przez okno. Prawie każdy uzbrojony był w telefon sporego rozmiaru i jemu całkowicie oddany. Odrealnienie.


   Może to specyfika miejsca, do którego trafiliśmy. Podejrzewam, że koreańska prowincja jest spokojniejsza i bardziej przemyślana, jednak nie mam większych złudzeń, bo Tokio w moim odczuciu nie jest taką dżunglą jak Seul, w którym to właśnie zamieszkaliśmy na kilka dni - konkretnie w dzielnicy rozrywki, podobno na ulicy artystów. Raczej samozwańczej - brak galerii sztuki i tego typu miejsc, tylko kawiarnie i restauracje, na które byliśmy 'skazani' ze względu na brak normalnych sklepów, czy targowisk, na których można by kupić owoce, czy warzywa.


   Powyżej zdjęcie z kawiarni, która do swojego kalorycznego zestawu gofrowo-lodowego dodawała dwie kulki winogronowe i trzy kawałki banana. Po doświadczeniach związanych z brakiem witamin w seulskich sklepach nie zdziwił mnie już widok prawie opustoszałych talerzy ludzi przy stolikach obok, na których zostawiano wspomniane owoce na brzegu talerza, ych.
   Oprócz knajp z jedzeniem w pobliżu było tylko kilka identycznych marketów z junk-foodową zawartością. Słodycze, słone przekąski, gazowane napoje. Łatwiej było znaleźć butelkę coli niż zwykłej wody. Po prostu sklepy jak na stacjach benzynowych, a ludzie nastawieni na błyskawiczne przyjemności. Na czas pobytu sami wpadliśmy w ten materialny hedonizm. Oczywiście bez przesady. Nie spijaliśmy sodżu z koreańskich tancerek i nie wróciłam stamtąd z torebką od Louis Vuitton.
   To po prostu było miejsce, gdzie przesiaduje się w kawiarniach i restauracjach, nie gotuje się w domu. Wszędzie jeździ się metrem, autem, motorem, ale nie rowerem. Bardzo dużo osób pali tam papierosy, które są dość tanie (przeliczając - kosztują jakieś sześć złotych). Idąc ulicą, co chwilę wpadałam w czyjąś chmurę nikotynową i w ten sposób po trzech dniach podobnych przygód, poczułam się znów uzależniona, a myśli o cygaretkach zaczęły intensywnie wracać. Jednak w pewnym momencie szczere spojrzenie na siebie w lustro i świadomość, że ponowne przerabianie tego nałogu byłoby dla mnie zbyt wielką porażką. Generalizując, Korea Południowa kojarzy mi się z destrukcją.


   Zdarzało nam się natrafiać na tego typu obrazki, będąc w seulskim centrum. Wiem, że w tym momencie posługuję się nieco instrumentalnie takim zdjęciem, bo przecież Korea Południowa oczywiście tak nie wygląda w całości, ale niektóre jej fragmenty przypominają mi raczej Czeczenię i nie ma w tym większego oskarżenia. Po prostu odnosiłam wrażenie, że tamtejsi ludzie darzyli niskim szacunkiem swoje otoczenie.
   I nie ufałam im. Była w nich jakaś roszczeniowość i zachłanność. Właściciel hostelu, w którym zamieszkaliśmy niby był miły i ciapowaty, ale z uśmiechem kombinatora. Nigdy nie wiem, jak się zachowywać względem takich osób. Z reguły nie obdarzam sympatią, ale też mam wyrzuty moralne, bo ktoś jest tak nieporadny i byle jaki. Zarezerwowaliśmy 'superior double room' i otrzymaliśmy najsmutniejszy pokój świata w rozmiarze klatki dla sparaliżowanego ptaka. Udało nam się zmienić go na inny, naturalnie za dodatkową opłatą. W wyposażeniu komputer/tv, sejfy, lodówka, pralka, prysznic, pościel z węża, ogrzewana podłoga, ale mająca 'martwe piksele' jak to nazwałam, czyli miejscami zimna. Teoretycznie wszystko ładnie brzmi, wręcz luksusowo, ale to nie było zbyt dobre miejsce do życia ze względu na swoje zaniedbanie i niehigieniczne utrzymanie. Atmosfera też była słaba. Mr Uncle, bo tak przedstawił się właściciel hostelu po odbiorze pieniędzy zaczął nas unikać, choć miał stanowić dwudziestoczterogodzinną recepcję. Zjawił się jeszcze tylko raz prosząc nas o ustawienie się do zdjęcia, które zostało powieszone na korytarzu obok wielu innych fotografii sztucznych uśmiechów wcześniejszych gości. A i na koniec poprosił o pozytywną opinię na swojej stronie, ech. 
   
~~~

   Ale, ale nie było oczywiście tak fatalnie. Razem z Oberbeuszem potrafimy dostosować się do różnych warunków i jeszcze je magicznie udekorować. Miło wspominam dźwięk, który pojawiał się w naszej koreańskiej toalecie po spłukaniu wody. Ten odgłos brzmiał tak, jakby krasnoludek ukryty w muszli klozetowej zakręcał metalową śrubkę. Oberbe raz rzucił to porównanie, a potem trudno było już się pozbyć tego skojarzenia, słysząc wspomniany dźwięk. A w hostelowej kuchni leciała muzyka klasyczna, była smaczna herbata ryżowa i dobry dżem.
   No, nie było źle. Sama Korea Południowa też ma jakieś tam swoje dobre strony. Na pewno jest tańsza do życia niż Japonia, ale nadal droższa od Polski. Seul ma niezłą sieć metra, a nocą miasto wygląda cudownie, miliony światełek. W sklepach można kupić ciepłe mleko sojowe i migdałowego Snickersa. No i poza tym, mam trochę bajecznych wspomnień z Korei. Poniżej mała fotogaleria i ciekawostki.


   Kuchnia koreańska cechuje się wymieszaniem wszystkich smaków jednocześnie, z przewagą pikanterii, co widać na powyższym zdjęciu. Zupełnie nie jest to mój kulinarny klimat. Uwielbiam jałowe potrawy z delikatną nutą jakiegoś smaku. Trudno było mi znaleźć cokolwiek dla siebie w koreańskich jadłodajniach. W powyższej restauracji pożywiłam się głównie japońską tempurą, czyli owocami morza w panierce.


   Interesujące jest to, że w Korei ludzie posługują się metalowymi pałeczkami, w przeciwieństwie do innych krajów azjatyckich. Słyszałam anegdotę, że w dawnych czasach to cesarz zrezygnował z drewnianych pałeczek, ponieważ są łatwiejsze do otrucia. Ciekawa historia, ale zdecydowanie wolę naturalne chopsticki. Nie plastikowe, nie metalowe, tylko takie drewniane, wręcz z drzazgami. Są zdecydowanie lżejsze. Aaa i zamiast noża w Korei używa się nożyczek! Powyższa fotografia jest z restauracji, w której prawie nikogo nie było. Pani z obsługi na wstępie przywitała nas hasłem: 'No menu!' i wskazała na ścianę, na której widniały dwa koreańskie napisy. Wybraliśmy jeden z nich i nie było nawet najgorzej, choć danie raczej nie wyglądało zachęcająco. W Korei bardzo często podaje się potrawę na jednym ogromnym talerzu, wokół którego stawia się małe miseczki o różnych zawartościach. W przypadku z powyższego zdjęcia były to naczynia z: konserwowym ogórkiem i japońską rzodkiewką daikon, poza tym wywar chyba z żeń-szenia i kimchi, czyli sfermentowana kapusta w ostrym sosie. Zjadłam, ale nie były to dla mnie rarytasy. 


   Myślę, że nie zasmakowałyby mi też jedwabniki (foto powyżej), czyli takie owady, które przed upieczeniem wyglądają jak przynęta rybna. Zapach, wygląd i cała otoczka nie zachęcały mnie do spróbowania. Może kiedyś.


   Za to miałam okazję napić się najdroższej kawy na świecie, otrzymywanej w specyficzny sposób - Kopi luwak. Otóż jest ona wytwarzana z ziaren kawy, które wydobywane są z odchodów zwierzęcia (serio) nazywanego łaskunem, a w Azji właśnie luwakiem. Kawa była bardzo wyrazista w smaku i porządna, ale nie na tyle ciekawa, żebym chciała się jej ponownie napić. Więcej o procesie tworzenia tej specyficznej kawy w tym artykule -> klik!


   Aaaa. Wychodząc na miasto trudno było się opętać od wszędobylskiego pana z 'Gangnam style'. Znajdował się na co drugim plakacie. Reklamował wszystko. Poczynając od pieczywa, kończąc na sprzęcie AGD. Powyżej ja i skarpetki z postacią ujeżdżającą niewidzialnego konia. Tak w ogóle do dzielnicy Gangnam nie dotarliśmy, ale ta, w której mieszkaliśmy, czyli Hongdae także doczekała się swojej wersji utworu:


   I tak jak w Japonii, trochę nowoczesności, trochę tradycji, ale tej drugiej nieco mniej, choć widziałam sklepy z takim asortymentem:


   Powyżej narodowe stroje koreańskie, czyli hanbok. Ładne, ładne, ale bardziej w moim guście są japońskie kimona i yukaty.

~~~


   Jednakże oczywiście nie spędziliśmy całego pobytu w kawiarniach i restauracjach, czy na zakupach gangnamowych skarpetek. Z turystycznych atrakcji wybraliśmy Namsan Seoul Tower, czyli wieżę o wysokości prawie dwustu czterdziestu metrów, z której widać panoramę miasta. Żeby się do niej dostać należało wspiąć się na górę. Powyżej ja i archetyp drogi.


   A tu Oberbe i to samo. Oczywiście początkowo przeszliśmy ponad kilometr w niewłaściwą stronę. To miejsce bardzo mi się spodobało. Zapewne dlatego, że przypominało Japonię. Ten sam jesienny orient.


  Wieża z zewnątrz, podczas iluminacji.


A tu świat z wnętrza wieży, podczas celebracji.
Tak, tak. Mieliśmy swoje święto. Oberbusz oświadczył mi się, ach. Oczywiście powiedziałam 'tak'. 


   Chyba już setny raz. Zresztą jest to nieopisywalne, choć Oberbeusz zapytany przez znajomego o to, czy 'był stres', zgrabnie przytoczył całe zdarzenie:
No był, trzęsło nami okrutnie, wichry, pioruny, tajfun na horyzoncie, a ja się wspinam jak szalony. Rymi krzyczy, że nie mamy już leków ani wody, że padła ostatnia bateria od latarki. Potem był błysk i huk! Budzimy się nagle pośród gruzów, dookoła płomienie, już praktycznie nie ma nadziei... 
Ale czuję, że coś uwiera mnie w ramię - odwracam się i moim oczom ukazuje się czarna zdobiona skrzynia. Serce zamiera, otwieram ją delikatnie i JEEEST, najpiękniejszy pierścień świata!
Zjawy i demony są o krok aby nas dopaść, zrywam się, łapię Rymi za rękę i patrząc w jej cudowne oczy wykrzykuję: "na potęgę posępnego czerepu - WYJDZIESZ ZA MNIE!".
Anielskie 'tak' rozwiewa wszelkie mary, stres znika, nagle robi się jasno i tylko harfę słychać oraz słowa niesione na wietrze:
- na zawsze Twoja.
Potem było już tradycyjnie.

~~~

   Szczęśliwa, ale też i niepewna tego, co będzie dziać się w najbliższych godzinach, wyruszyłam razem z Oberbe na lotnisko Incheon. Widok z pociągu był kapitalny.


   Aż wstaliśmy z siedzeń i przykleiliśmy nosy do szyby. Za oknem bardzo długo ciągnęło się pasmo ziemi, które przypominało mi popękane bezy cukrowe, a w tle góry. Oczywiście inni pasażerowie wpatrywali się w swoje telefony. Ja z kolei myślę o tym, żeby po powrocie do Polski nie kupować komórki. Od kilku miesięcy nie mam telefonu i czuję się wspaniale. Pozbyłam się już nawet niegdyś częstego wrażenia, że mój telefon dzwoni i wibruje w torebce, podczas gdy tak się nie dzieje.


   Po dotarciu na miejsce, mieliśmy jeszcze sporo czasu do odlotu. Oberbe wypatrzył lodowisko na tym lotnisku i zachęcił mnie do wspólnej jazdy. Sam jest mistrzem w łyżwiarstwie. Piruety i tak dalej. Technika. Ja za to wymyśliłam swój styl w poruszaniu się na lodzie. Zapewne naganny, ale w miarę skuteczny. 
   Z wypchanymi do ostatniego milimetra plecakami ruszyliśmy do odprawy i tak dalej. Nabyliśmy sporo koreańskich specyfików dla naszej grupy od języka japońskiego i współpracowników z oberbeuszowego instytutu. Galaretki, cukierki z żeń-szenia, karmelki z czarnego sezamu... Już kiedyś wspominałam tutaj (przy okazji otrzymania kisieli o egzotycznych smakach), że przywożenie żywnościowych pamiątek z wyprawy dla kolegów jest mile widziane w Japonii.
   Lot nie był raczej zbyt przyjemny ze względu na mój stresowy nastrój związany z wątpliwościami, czy otrzymam kolejną turystyczną wizę. Po wylądowaniu, trafiłam do okienka administracji lotniska i zaczęło się. Szczegółowy wywiad, bo w zasadzie bycie w Japonii turystą przez pół roku to raczej ewenement. Widziałam jak rysy twarzy urzędnika wyginały się w znaki zapytania. Rozmowa i przeglądanie dokumentacji trwały wieczność. Ludzie za mną zaczęli przechodzić do innych kolejek. Jednak nagle machnięcie ręką i pieczątka. Ufff. 
   Wręcz ze łzami w oczach opowiadam Oberbeuszowi, co i jak. Gestykuluję na wszystkie strony. Pokazuję nową wizę w paszporcie. Opowiadam to tak, jakbym była przetrzymywana przez wiele lat w izraelskim więzieniu. Na co on, oczywiście śmiejąc się z mojego dramatu, zażartował, że owszem, udało się, przemyciliśmy koreańskie cukierki. Aaaa, a tak przywitała nas Tsukuba:


Ja: Ach, to dla mnie?
Oberbe: Nie musisz wszystkiego wiedzieć.

środa, 21 listopada 2012

_Rymireklama o Korei Południowej Oberbe


Uff, jestem już w Japonii, ale o tym i o samej Korei Południowej więcej w następnym raporcie.
 Póki co, rekomenduję z uśmiechem kolejny wpis panicza Oberbeusza:

niedziela, 11 listopada 2012

_Wyprawa na górę Tsukuba

   Lubię japońskie niedziele. Razem z Oberbe wsiadamy na rowery i mijamy tłum dzieci w niecodziennych strojach przed szkołą judo połączoną z teatrem. Nie wchodzimy do środka, bo nie mamy przepustki w postaci dziecka. Za rogiem spotykamy tsukubowskiego lokalsa, który gra na nieznanym nam instrumencie, a obok niego grupa osób ćwicząca na ciekawych machinach. 


   Wszystko tak jak powinno być. W toalecie pospiesznie odwiedzonej restauracji dźwięki 'Time after time' w wersji midi. Wszystkie stadiony i boiska wypełnione aktywnymi postaciami, na poboczach pikniki, ludzie spacerują z nieszczekającymi psami, rodzice uśmiechają się do dzieci, dzieci uśmiechają się do rodziców, komuś spada kartka - ktoś ją podnosi, przepraszam - dziękuję - nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie - miłego dnia. Obrazki z elementarza.
   Skręcamy w stronę nieznanych terenów. Napotykamy dość kiczowaty sklep z upominkami, w którym jest wszystko. Począwszy od stroju karate, a skończywszy na specjalistycznym kleju do puzzli. Oberbe na chwilę staje się kotem Doraemonem - postacią z bajki, której cechą charakterystyczną jest brak uszu - zjadły je myszy. 


   W sumie postanawiamy się wybrać na górę Tsukubę. Jest już późno, ale góra nie wydaje się być daleko. Przy sklepie 'Seven eleven' mijamy tutejszy gang motocyklowy. Jedziemy, jedziemy, góra się nie przybliża. Napotykamy chyba najbardziej przerażający wjazd do parku, który wyznacza chybocząca się drewniana brama torii, a za nią półmrok i odgłos łamanych gałęzi. No dobra, trochę przekoloryzowane, ale góra nadal daleko. Toteż pojedźmy skrótem! Wjeżdżamy na teren wiejski z polami ryżowymi, po środku których jeden traktor. Po kilkudziesięciu minutach jazdy stwierdzamy, że trafimy tu co najwyżej na festiwal zbierania agrestu. Rezygnujemy z tego 'skrótu'. Zakochuję się w drzewie o niebieskich kwiatach.


   Szkoda byłoby zawrócić, choć góra naprawdę zdaje się nie przybliżać. Jedziemy od trzech godzin, zaraz będzie zachód słońca, robi się coraz zimniej. Jednak wiarę w cel przywraca widok żurawia mandżurskiego, a graniczy to nieco z cudem, ze względu na małą liczebność tego gatunku ptaka. Przesądy mówią, że napotkanie owego żurawia przynosi szczęście. No to jedziemy. Tym bardziej, że przez minutę koła same się kręcą, zjeżdżamy z górki. Gdy sielanka się kończy, zauważam, że w sumie jestem chora. Kicham, mam katar i tak dalej. Przed nami pojawia się automat z napojami o różnych temperaturach. Wybieram gorący eliksir cytrynowy z miodem, choć interesuje mnie też smak ciepłych musów z kukurydzy i fasoli:


   Dobra, innym razem. Uświadamiamy sobie, że tu już się chyba nic nie wydarzy. Ślepa uliczka, koniec gry. Niebo miejscami robi się różowe, co jest miłe, ale też i podchwytliwe. Zaraz będzie ciemno, a latarnie przy ulicy są z reguły nieużywane, ze względu na oszczędność energii. Za to mamy świadomość, że praca dynama jeszcze bardziej spowolni naszą jazdę. Pamiątkowe zdjęcie pod górą i zawracamy:


   Choć chyba bardziej podobają mi się rośliny wyrastające między asfaltem. Doceniam taką postawę. Dlatego też, mimo przeciwności, jadę. Ale, nagle potrzeba toalety, przed nami napis 'Makudonarudo', więc krótki przystanek. Wchodzimy, brak gości, szata graficzna podobna jak w europejskich McDonaldsach. Wybór produktów raczej ten sam. Jabłkowe ciastko z cynamonem bez wasabi. 


   No, ale nie po to jechaliśmy tyle godzin, żeby pójść do maka, czy się rozchorować. Dlatego też dziś, czyli tydzień od powyższej wyprawy, postanowiliśmy znów podjąć wyzwanie. Tym razem wybraliśmy się tam rano, autobusem i w grupie znajomych oraz znajomych - znajomych.


   Na tereny górskie dotarliśmy w pół godziny, uff. Przywitał nas ogrom figurek, maskotek, breloków i innych gadżetów z wizerunkiem żab. Trafiliśmy do świątyni, obok której rozgrywało się reklamowe przedstawienie. Japończyk w tradycyjnym stroju demonstrował siłę działania żabiej maści na rany, które sam 'tworzył' na własnych rękach przy użyciu miecza. Oczywiście nie naprawdę, ale wyglądało to dość realnie. Rozdzieliśmy się. Część grupy wspinała się na górę, my wybraliśmy kolejkę i oglądaliśmy barwy jesienne. 


   Następnie wspięliśmy się na jeden ze szczytów i podziwialiśmy mgłę. Oberbusz wszedł na najwyższe kamienie, pod którymi przepaść, a wokół była zupa mleczna, czasem na chwilę prześwitująca i ukazująca elementy miasta, wyglądające raczej jak fragmenty makiety. 


   I jak to zazwyczaj bywa w takich historiach, zgłodnieliśmy, a w plecaku żadnego bento boxa. Ale, ale oczywiście na górze stała restauracja i to kręcąca się zgodnie z ruchem zegara. Za oknem chmury przelatywały jeszcze szybciej. 


   Powyżej nasza grupa, która znów połączyła się nieco przypadkowo na czas obiadu. Reprezentacja Polski, Ukrainy, Syberii, Hiszpanii, Japonii. Stolik numer siedem. 
   Było miło, ale wróciliśmy we dwoje innym szlakiem niż reszta, zyskując nieco na czasie. Idealnie po zejściu z góry trafiliśmy na autobus powrotny. Rozpadało się.

~~~

Moja japońska wiza turystyczna właśnie się kończy, ech.
Wylatuję zaraz do Korei Południowej, więc będzie tu cisza przez jakiś czas.
Moje miejsce zamieszkania w najbliższym czasie stoi trochę pod znakiem zapytania, ale wiadomo - życie to pudełko czekoladek i tak dalej.

sobota, 3 listopada 2012

_Wizyta u lekarza w Japonii, BentoGozaimasu, modele potraw na witrynach i życie rozrywkowe

   Skóra wężowa zrzucona, a piłeczki golfowe znów jednym strzałem trafiają prosto do dołka, czyli energia wróciła i umysł stał się jasny, ekspresowe oświecenie bez medytacji. Osowieję z uśmiechem, a w Japonii niekalendarzowa wiosna w listopadzie. Szkoda tylko, że nie kwitną wiśnie.
   Ostatnie dni spędzałam w towarzystwie Jerzyka, który zachorował na tyle, żeby nie chodzić do szkoły, ale też nie na tyle, żeby leżeć w łóżku i patrzeć w sufit, więc dość aktywnie korzystaliśmy z urlopu, ale o tym za chwilę. Odnośnie chorowania w Japonii i korzystania z pomocy lekarskiej warto wspomnieć o tym, w jaki sposób wydawane są leki. Po wizycie pacjent od razu otrzymuje (w tym samym miejscu, nie trzeba kichając czekać na swoją kolej w aptece) tabletki lub proszek i to w takiej ilości, jakiej potrzebuje. Jeśli ma przyjmować dwie tabletki dziennie przez tydzień, to dostanie ich równo czternaście. Cudowne rozwiązanie. Myślę właśnie o wszystkich przeterminowanych bilsterach tabletek, które zalegały w moich domowych apteczkach, ych. Poniżej proszkowe antybiotyki Jerzyka, który spożywał je dzielnie, gdyż nie były raczej zbyt smakowite, sądząc po minie.


   Wracając do naszych aktywności: czytaliśmy książki Grzegorza Kasdepke, ćwiczyliśmy pisanie liter, konstruowaliśmy niepełnosprawne origami, ścigaliśmy się autami na konsoli, a nawet otworzyliśmy japońską restaurację. Oto dania i menu:



   Nazwa naszej jadłodajni to: 'Bento gozaimasu', co w zasadzie trudne jest do przetłumaczenia. Zwłaszcza, że nie dopisaliśmy kreseczki przedłużającej nad 'o' w pierwszym wyrazie. Bentō to taki lounch box, w którym przygotowane są potrawy z ryżu, warzyw, ryb i tak dalej. Japończycy przy wyjściu do szkoły/pracy otrzymują je od shufu, czyli pań domu - no to tak laurkowo/stereotypowo lub kupują takie pudełko w marketach w czasie przerwy, która chyba wszędzie trwa od 12:00 do 13:00. Chwilę przed południem coś na kształt radiowęzła nadaje komunikat o zarządzonej przerwie w pracowniczych obowiązkach i konieczności posilenia się. Po chwili widać już wysypujący się z budynków rząd sararimanów (takich jakby urzędników, pracowników firm) z daleka wyglądających tak samo, spieszących się, żeby coś przekąsić. Potem część z nich pali papierosy przed budynkiem firmy i czytałam gdzieś, że ta 'subkultura' nazywana jest świetlikami. Ten nikotynowy akcent bardzo pasuje mi do zespołu Marcina Świetlickiego. Równowaga we wszechświecie.
   Ale, ale restauracja. Dodatek 'gozaimasu' w tytule jest chyba nieprzetłumaczalny, ale  w rozmowie zawsze dodaje wrażenia większej grzeczności w stosunku do adresata. W ten sposób 'ohayou' to takie 'cześć', ale 'ohayou gozaimasu' to już 'dzień dobry'. Toteż, gdyby na siłę tłumaczyć nazwę naszej knajpy byłoby to coś na kształt: 'Uprzejmy obiad', czy raczej 'Obiad, proszę bardzo'. Siedziba naszej restuaracji znajdowała się w klasycznej bazie, znanej mi też z własnego dzieciństwa:


   Czyli dwa fotele, a na nich rozpięte chusty, które przytrzymywane były ciężarem ustawionych książek. Rozmiar tej restauracji typowo japoński. Lekko ponad metr kwadratowy, to nasz minus. Jednak nadrabialiśmy bogatą ofertą warzyw, owoców i deserów - póki co - wykonanych z plasteliny i modeliny. Tak więc dekorację wystawy mamy już zorganizowaną, choć niestety w małej skali. W Japonii bardzo często za witrynami restauracji prezentowane są modele potraw, które wyglądają bardzo realistycznie. Tutaj przykład:


   Ta fotografia nie jest najnowsza, ale nadal zastanawiam się, o co chodzi z dzieckiem w butelce w lewym, górnym rogu tego zdjęcia. Poza kadrem był rządek jeszcze kilku takich instalacji. No nic, Ja-po-nia.
   Wracając do tematu naszej restauracji zasady jej działania są proste: komponujesz własną zawartość bentowego pudełka. Wszystkie składniki są po 100 jenów (czyli ok. 4 złotych), ale płaci się dziesięciojenówkami, bo takim nominałem posługiwaliśmy się w zabawie. Jednak na realizację zamówień w 'Bento gozaimasu' należy bardzo długo poczekać - podejrzewam, że restauracja jest aktualnie nieczynna - jako że wychodząc z jerzykowego mieszkania musiałam wziąć moją pomarańczową chustę w zebry, która stanowiła część konstrukcji dachu naszej jadłodajni. Jeszcze wrócimy i to z takimi bentami, że hoho. Klik!

~~~


   Póki co, jestem szefem własnej kuchni, choć nie zawsze, bo i Oberbe czasem złapie kulinarny dryg. Ostatnio zrobiłam naleśniki z syropem klonowym i masłem. Miałam nadzieję, że wypieką się ładnie, jak z obrazków czasopismowych dla kur domowych, ale zamyśliłam się nad patelnią i finalnie wyglądały tak:


   Za to nieco lepiej prezentują się moje dania obiadowe. Poniżej syty miks warzyw (miniaturkowa kukurydza jest ukochana) z krewetkami na oliwie i czosnkiem plus ryż z ziarnami kukurydzy (idealne połączenie, na które wpadłam jakiś czas temu i notorycznie ten duet króluje na naszym stole).


   Dokonuję coraz śmielszych zakupów żywieniowych, czego może nie widać za bardzo na dołączonych obrazkach, ale następnym razem wpadnie tutaj może coś bardziej oryginalnego. Wkładam do koszyka nieznane mi produkty i potem kombinuję, co z nich można wyczarować. 

~~~

   A i ostatnio byłam jeszcze na trzech... imprezach. Choć to określenie raczej przesadzone. Pierwsza z nich odbyła się na zajęciach japońskiego - naszym zadaniem było powiedzieć  po japońsku, kiedy obchodzimy urodziny i, gdy kolej trafiła na Oberbe - pani nauczycielka słysząc, że trzy dni temu był solenizantem, zaczęła wiwatować. Nauczyła nas piosenki po japońsku - coś na kształt 'happy birthday', po czym powiedziała, że ta przyśpiewka nie jest znana w Japonii, bo... właśnie przed chwilą ona sama ją wymyśliła. Żeby było śmieszniej, wyciągnęła ze swej torebki maskotkę Pikachu i podarowała ją Oberbeuszowi, a nas wszystkich poczęstowała czekoladowymi ciastkami. Japońska kadra naukowa przygotowana na każdą okazję - Jerzyk wspominał mi już kiedyś, że kobieta ucząca języka japońskiego w jego szkole nosi ze sobą worek sporych rozmiarów i ma w nim zegarki i jakieś inne gadżety, ale ich nie używa podczas zajęć. Proste.
   No i właśnie na drugim party byliśmy tylko my. Ja i Jerzyk. Raczej taki Halloween w każualowym wydaniu. Na pewno nie równało się temu, w czym Jerzyk uczestniczył kilka dni wcześniej - w jego szkole zorganizowano przedstawienie Halloweenowe, w którym - z tego, co zrozumiałam - dyrektor szkoły przebrany za pokemona tańczył do utworu 'Gangnam style'. 


   A swoją drogą, już za dwa tygodnie zapewne usłyszymy ten hit w jego ojczystym kraju, czyli Korei Południowej. Czternastego lądujemy w Incheonie raczej z nastawieniem, że zatrzymamy się w Seoulu. W najbliższym czasie pouczę się podstawowych zwrotów po koreańsku, które przekazał mi Oberbe, znający nieco ten język.
   No i trzecia impreza - wczorajsze party pożegnalne Michała (wspomnianego tu już kiedyś przy okazji wycieczki do Tokio) w wyjątkowym 'Hot Stuffie'. Pierwszy raz byłam w japońskim pubie. Siedzieliśmy tam przez niecałą godzinę, ale to miejsce mnie pochłonęło swoim urokiem. To chyba najmniejszy bar, w jakim byłam, ale bardzo magnetyzujący i treściwy. Było w nim ogrom rzeczy. Każdy centymetr miejsca wykorzystany, chociażby na naklejkę. Mam wrażenie, że można spędzić w tym miejscu dwadzieścia lat, a i tak po tym czasie pewnego dnia znalazłoby się tam nieznaną wcześniej kasetę vhs z koncertem, czy jakiś zagubiony guzik. Na środku stoi kilka stolików, a pod ścianami poupychane krzesła w taki sposób, jakby poustawiane były w poczekalni do gabinetu lekarskiego. Na wstępie przywitał nas szerokim uśmiechem właściciel baru - Otoosan, czyli 'ojciec', podając nam ciepłe ręczniki do oczyszczenia dłoni. W ogóle ten bar wyglądał tak, jakby to był jego pokój, w którym zgromadził całe swoje życie. Wystrój sprawiał wrażenie uporządkowanego bałaganu. Wszystko miało swoje miejsce, ale było tego od cholery. Nie mogę znaleźć w sieci żadnego zdjęcia 'Hot Stuffu', ale natrafiłam na taką informację i trudno się z nią nie zgodzić, podobnie odczułam to miejsce. A na wielkim ekranie wyświetlany był koncert Elli Fitzgerald z pięćdziesiątego któregoś roku i totalnie mnie to porwało.


   Na tyle, że po wyjściu z baru uświadomiłam sobie, że prawie do nikogo się nie odezwałam i nawet nie wiem, o czym były rozmowy przy stoliku. Przegryzając prawdziwy żółty ser (który tutaj jest bardzo drogi, był to darmowy poczęstunek od Otoosana) i oglądając występ Elli zatraciłam się w nastroju, za którym trochę tęskniłam. Powyżej fragment tego koncertu - szukałam dziś po youtubowych miniaturkach tej sukienki, którą zapamiętałam z tego występu.
   Mam wrażenie, że to miejsce, w którym po północy ludzie pławią się w ciężkiej mgle i wszystko wiruje, ale nie zaznałam tego, bo jestem grzeczna. Życzę wszystkim, żeby trafili do takiego pubu, gdyby na przykład uciekali ciemną nocą przed zbirami ze spluwami. To właśnie takie miejsce, do którego się wpada, nagle wszyscy padają na ziemię, po czym oczywiście i tak cała historia ma dobre zakończenie.