niedziela, 28 października 2012

_Degustacja japońskich kisieli, wędrówka ze znakami kanji i urodziny Oberbe!

   Zapowiadanego raportu z górskiej wspinaczki nie będzie, bo jeszcze jej nie zrealizowaliśmy - na przeszkodzie stoję ja, a w zasadzie mój stan. Osłabienie, zasypianie na stojąco, niepokój w sercu i ogólne trzęsionki, a mózg jak z gąbki. Na chwilę wypadłam z formy i stałam się postacią migrenową. Dziś oglądając program golfowy, porównałam każdy swój aktualny proces myślowy do piłki zatrzymującej się kilka centymetrów przed dołkiem. I to była właściwa uwaga. Zwłaszcza, że wokół pole, puste pole.


   No, mniej więcej tak. Słucham Maanamu i kruszeję, ale Oberbe dzielnie stoi na straży i powoduje, że swój stan traktuję raczej jak metaforyczne zrzucanie wężowej skóry. Taki krok w tył, ale tylko po to, żeby wziąć rozbieg i zaraz hucznie wystartować. Łuski odzyskają blask i wróci wiosna, baronowo.
   

   Tak jak wspominałam - alternatywnie, a wręcz w najgorszym wypadku - degustacja specyficznych kisieli. Oberbe otrzymał je w pracy z okazji wyjazdu jednego z profesorów. To typowo japoński zwyczaj. Wybywając z miasta - chociażby na jeden dzień do innej prefektury lub nawet sąsiedniej miejscowości - obowiązkowo należy przywieźć jakieś małe podarunki dla znajomych i współpracowników. Te kisiele przywędrowały z Nary, cudnego miasta, które kiedyś było stolicą Japonii, a dziś znane jest głównie z parku, po którym biegają beztrosko oswojone jelonki. Jeszcze tam nie byliśmy, ale Nara znajduje się na naszej niepisanej liście planowanych miejsc do odwiedzenia. A co do wspomnianych egzotycznych smaków, to pomarańczowy kisiel był imbirowy (mniam), zielony o smaku green tea (też w porządku), żółty smakował jak płynna rzodkiewka - zapewne był to japoński daikon (znośny), a różowy kisiel pozostał na czarną godzinę - niestety obawiam się, że może mieć smak słodkiej fasoli, eee.

~~~


   Ostatnio spotkałam się z Jerzykiem i urządziłam mu wyprawę po mieście w poszukiwaniu ideogramów kanji. Otrzymał przygotowaną przeze mnie mini-książkę z podstawowymi znakami i jego zadaniem było znalezienie ich w środowisku naturalnym. Wyprawa zakończona powodzeniem, wszystkie ideogramy zdemaskowane. Powyżej dowód na dotarcie do znaku ognia - w tym korytarzowym kącie stała akurat gaśnica. Mając do wyboru nagrodę w postaci półgodzinnego przebywania w pokoju dziecięcym z zabawkami lub w siłowni ze sprzętami, Jerzyk wybrał to drugie.


   Tego samego dnia zorganizowano barbecue w Ninmoyii. A w zasadzie było to trochę o-barbecue Oberbka, bo zbliżały się jego urodziny. 


   Poniżej Oberbusz wdzięcznie rozdaje tort, który składał się, moim zdaniem, z minimum trzydziestu roztopionych czekolad.


Dwa dni później były już takie prawdziwe, kalendarzowe urodziny.
Z rymi-serca:




~~~

   Miło mi, że według statystyk blog jest regularnie odwiedzany. Nawet, gdy jakieś informacje wpadają tu średnio raz na tydzień. Na koniec taka ciekawostka z Google Analytics osowiałej sowy: 


   Nie wiem, jakim cudem można było tu trafić wpisując niektóre hasła. Sorry, jeśli nie na wszystkie pytania znajdziecie odpowiedzi na mojej stronie, hm. Aaa i jeszcze odpimpowałam jakiś czas temu szaty bloga. Mam nadzieję, że jest czytelnie i przyjemnie, choć zapewne baterie w laptopach będą Wam szybciej wygasać przez te wszechobecne biele na stronie, ech. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz