piątek, 19 października 2012

_Kurs językowy w Japonii, magia w Tsuchiurze, zupa osowiałej-sowy i moje grafiki

   Jakiś czas temu wspomniałam, że niebawem wybieram się na profesjonalne lekcje języka japońskiego, prowadzone po angielsku. Naiwna ja. Zajęcia zaczęły się, ale są nieco inne niż się spodziewałam. Przypominają raczej japoński teleturniej, w którym nie wiadomo, co zaraz się wydarzy i należy spodziewać się wszystkiego. Pani nauczycielka wskakuje na krzesło, rzuca w nas pluszową pandą, mówi tylko po japońsku; dziwi się, że ja i Oberbe nie wierzymy w ufoludki oraz duchy; myśli, że Czechosłowacja nadal istnieje i tak dalej. Chyba informacja o certyfikatach jakie mamy otrzymać na koniec, spowodowała, że początkowo myślałam o tych lekcjach, jako porządnie zorganizowanych. Teraz już wiem, iż mogę się spodziewać raczej czegoś na kształt dyplomu z kolorowymi clipartami i napisami w stylu wordartowym. 
   Mimo braku powagi tych zajęć, poznałam trochę nowych słów, więc przymykam już oko na metody. Oczywiście mam świadomość, że to jedynie kropla w oceanie i do biegłej znajomości języka muszę konsekwentnie przykładać się codziennie. Dlatego ostatnio postanowiłam odczarować temat kanji. Jakoś zawsze omijałam ten 'alfabet' złożony z 50.000 znaków. Na szczęście nie wszystkie są w powszednim użytku. Dobrze byłoby znać 2136 podstawowych znaków, czyli tak zwany zestaw jōyō - wtedy można by przeczytać losowy artykuł w gazecie. Nieco przerażające, ale wedle teorii małych kroków, postanowiliśmy uczyć się chociaż jednego znaku kanji dziennie.


   W ten sposób za jakieś sześć lat odczytamy pierwsze papierowe wiadomości z japońskiego kiosku. Zniechęcające. Ale kiedyś przyjdzie ten czas 'za sześć lat' i byłoby miło, gdybym wtedy nie wypominała sobie że mogłabym już to wszystko umieć. Za sześć lat nie będę mieć nawet trzydziestki, więc myślę, że to dobra inwestycja. Kanji dnia zapisujemy na tablicy lodówkowej (powyższy plan tygodnia już trochę nieaktualny, tak samo jak lista sprawunków - lubię to słowo). Codzienne spojrzenie na zbiór kanjiowych kresek przy okazji zaglądania do lodówki raczej nie gwarantuje tego, że za sześć lat będziemy znać i pamiętać wszystkie podstawowe znaki kanji, więc urządzamy sobie kartkówki cotygodniowe, mające nas jeszcze bardziej motywować.


   Na tę okazję przygotowaliśmy sobie tajemnicze zeszyty ze stujenowca. Wyglądają jak z bajki pełnej sekretów i przygód. Są pseudoskórzane, w środku kartki papirusowate, zawiązywane na sznurek. W dodatku pachną starą biblioteką. To ma nas zachęcać do ćwiczenia znaków kanji i na razie zapał nie wygasa. Codziennie na tablicy nowe kanji. 

~~~

   Jakiś czas temu znów miałam okazję być w Tsuchiurze, mieście obok, o którym już kiedyś wspominałam. Oberbe grał w karcianym turnieju, który odbywał się w takim jakby domu kultury. Rozgrywki trwały aż osiem godzin, więc miałam sporo czasu na dokładne zwiedzenie budynku.


   Sprawiał wrażenie opustoszałego. Na każdym piętrze rzędy sal. Czasem udało mi się natrafić na uchylone drzwi i zobaczyć, że w pomieszczeniu odbywa się prezentacja wykresów dla smutnych mężczyzn w garniturach. Poza tym, był tam nawet klub zeppelinowy:


   I starsze kobiety tańczące do hawajskiej muzyki, które nieco zawstydziłam swoją obecnością:


   Tak się złożyło, że budynek znajdował się na przeciwko parku żółwiowego, w którym już kiedyś byłam. Tym razem widziałam więcej żółwi, ale obserwując ich zachowania, nie dziwię się, że nie jest ich dużo:


   A szukając miejsca, w którym można byłoby coś przekąsić, przez przypadek znów trafiłam do świątyni, w której byłam kilka tygodni wcześniej:


   Przez te osiem godzin zdążyłam przerobić kilkadziesiąt stron ćwiczeń języka japońskiego, no i oczywiście obserwowałam też turniej:


   Oberbe radził sobie nieźle. Więcej na temat można przeczytać na psychatogowej stronie.


   
W tym domu kultury zdarzyło mi się nawet zdrzemnąć na godzinę na miękkiej, korytarzowej ławce. Cudownie zasypiało się do mozartowskich dźwięków granych na żywo przez orkiestrę, która miała próbę w sali obok. Nie wiem, czy wykonywany był sam Mozart, czy jakiś miks klasyków, ale rozpoznałam 'Marsz turecki' - tyle tylko, że grany na kilka instrumentów. Trochę tak jakbym trafiła do japońskiej filharmonii za darmo, a orkiestra występowałaby tylko dla mnie, grając kołysankę. Gdyby kiedyś wnuczęta zapytały mnie o sens życia, odwołałabym się chyba do tej historii. Bla, bla. 

~~~

 A teraz przeskok jak w japońskim programie telewizyjnym: czas na zupę osowiałej sowy. Do jej przygotowania potrzebne nam będą:


   A w zasadzie mogą to być wszystkie ziarna i warzywa świata. Po prostu te powyższe znalazłam w znośnej cenie w tutejszych marketach. Z tym, że właśnie nie mogłam nigdzie zdobyć ziaren słonecznika, które zawsze wrzucam do polskich zup, toteż zamieniłam je na ziarna dyni i zmielony sezam. Sprawdzone, polecam. No i oczywiście do tego jeszcze woda i ewentualnie kostki warzywne, czy przyprawy. Trudno oszacować ilość wrzuconych warzyw i ziaren do garnka - w kuchni zawsze odstawiam chaotyczny spektakl i nie panuję za bardzo nad składnikami. 


A powyżej moja propozycja podania.
Na prawdziwy ramen Oberbe jeszcze trochę poczeka, haha.
(Polecam japoński film 'Tampopo' o tej zupie. O ramenie, nie o zupie osowiałej sowy)

~~~

   Ostatnio przygotowałam portret i wizytówki dla koleżanki podróżniczki, która uiściła moją dziwną karę biblioteczną w Toruniu, niewynikającą nawet z mojej winy, ale to długa historia i nie warta większej opowieści.




   I w sumie takie projektowanie sprawiło mi przyjemność, więc gdyby ktoś potrzebował wizytówki, to: rymika.myslicka@gmail.com - śmiało! 
Tutaj jeszcze inne przykłady - klik! - razem z nieco bzdurnym opisem o potrzebie wizytówek w Japonii. 
W ogóle tutaj się nie przydały, haha.
A poniżej kilka przykładowych portretów, które wykonałam ze zdjęć techniką komputerową:




~~~

Następnym razem relacja z górskiej wspinaczki, a w najgorszym wypadku raport z degustacji warzywnych kisieli, ech. Na koniec bonusowy utwór, przy dźwiękach którego rysuję bardzo często:


~~~


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz