sobota, 13 października 2012

_Bycie kropką w Tokio

   Tokio mnie połknęło. Na chwilę stałam się częścią wielkiego organizmu. Jechałam zatłoczonym metrem. Na przyjazd windy czekałam w kolejce. Przechodziłam przez ulicę ze średnią prędkością całego spieszącego się tłumu. I byłam kropką dla kogoś, kto znajdował się na trzydziestym piętrze wieżowca. Peiperowskie trzy razy em. Miasto, masa, maszyna. Byłam punktem, jak wiele innych punktów. Nigdy nie pociągał mnie przesadny kolektyw, więc informację o tym, że jestem w mieście, w którym żyje około trzydziestu czterech milionów ludzi, starałam się wziąć w nawias; być kropką i innym kropkom nie przeszkadzać.
   W ciągu jednego dnia odwiedziliśmy kilka najbardziej znanych dzielnic stolicy. Odwiedziliśmy my, czyli ja, Oberbe i doktor Michał, który był w Tokio z pięćdziesiąt razy, toteż poinstruował nas, że lepiej kupić bilet w markecie, niż na dworcu i tak dalej. Byliśmy nieco spóźnieni, bo maszyna z biletami nie przyjmowała banknotów o wysokim nominale i Oberbe musiał pobiec do stujenowca po jakiś zakup, żeby rozmienić pieniądze. Padał deszcz, więc kupił parasolkę i skusiły go jeszcze cukierki miodowe. W ostatniej sekundzie wbiegliśmy do pociągu Tsukuba Express, który przemieszczał się do Tokio z prędkością ok. 130 km/h. Na szybkich zakrętach ciśnienie powietrza zatykało mi uszy, jak w samolocie. W trakcie jazdy mijaliśmy pola ryżowe, pionowe parkingi dla samochodów, sporo japońskich osiedli, ale też i tradycyjnych domów. Prawie każdy centymetr pociągu wypełniony był reklamami, a sam pociąg wyglądał raczej jak metro. Pod koniec jazdy Oberbeuszowi przypomniało się, że kupił przecież landrynki miodowe. I to był błąd. Poczęstowałam się i nie był to cukierek, a propolisowa tabletka, wyglądająca jak taka dla psa, której pies nie chce jeść i wkłada się dla niego specjalnie taką pastylkę w bułkę. Smak był okrutny, a posmak długotrwały. Bardzo długo nie pomagała guma do żucia, ani sok winogronowy.
   I z tym smakiem kojarzy mi się pierwsza dzielnica w Tokio, w której byliśmy - Asakusa, która do czasów II wojny światowej stanowiła centrum teatralne, literackie, a ponadto słynęła z zalegalizowanej prostytucji. W XIX wieku była to dzielnica nad dzielnicami, a teraz jest raczej miejscem znanym głównie dzięki Senso-ji, najstarszej świątyni buddyjskiej. Ma prawie tysiąc czterysta lat. Poniżej Michał i Oberbe z parasolami przed tą budowlą, a po prawej widać nieco SkyTree - najwyższą wieżę na świecie. Ma 634 metry wysokości. Japończycy muszą mieć wszystko naj.


   A tutaj ja pod południową bramą świątyni. Nazywa się ona Kaminari-mon, czyli Brama Grzmotu. Bardzo charakterystyczne miejsce do pamiątkowych fotografii. Wtryniłam się w sam środek, jak do zdjęcia klasowego.


   Potem przeszliśmy Nakamise-dori, czyli dosłownie: ulicą między sklepami. Tak też było. Na straganach japońskie słodycze, typu daifuku, czyli ciastka z nadzieniem ze słodkiej fasoli (smak podobny do tabletek miodowych; to znaczy przynajmniej w moim przypadku wywołują podobny grymas i reakcje obronne), breloczki z kotami i lisami, japońskie maski, pasy do kimon, wszechobecne stoiska rybne i tak dalej.


   Tutaj już bardziej widoczne SkyTree i siedziba Asahi, czyli koncernu wytwarzającego między innymi piwo. Ten złoty plemnik miał symbolizować browarną piankę. Niektórzy nawet ją widzą, a jeszcze inni zauważają tu złotą marchewkę. Trochę jak interpretacja kształtów chmur.

~~~

   Następnie przejechaliśmy metrem do Akihabary, czyli gadżeciarskiej dzielnicy z nowinkami elektronicznymi, w której jest też ogrom sklepów dla fanów gier wszelakich. Raj dla Oberbe. 


   Trochę wynudziłam się widokiem japońskich nerdów. Zmęczyły mnie dźwięki - te z automatów z grami i te z ulicy - powyżej ciężarówka nadająca jakieś hasła reklamowe o przecenie płyt DVD z jakąś bajką zapewne. Na ulicach stało też sporo japońskich lolitek, zapraszających do restauracji. Przebrane były za pokojówki, za uczennice, za postacie z gier...
   Ciekawostką był ogromny sklep erotyczny, w którym było wszystko, wszystko, wszystko. Kupiłam sobie tam pończochy i dopiero w domu spostrzegłam, że to jedyny zakup, którego dokonałam tamtego dnia. Śmiesznie jest jechać do Tokio po rajtuzy.


   Całkiem zabawnie jest też kupić dwie parasolki za czterysta jenów, poużywać ich przez maksymalnie półtorej godziny deszczu, potem nosić je cały dzień na zmianę z Oberbe, w środkach masowego transportu obijać niechcący kostki i kolana japońskich kobiet, a na koniec po wielu godzinach noszenia ich bez sensu - w drodze powrotnej położyć je na półce bagażowej i zapomnieć o nich wychodząc z pociągu. Śmiech w gospodzie. 
   A powyżej wystawa, życząca Wesołego Halloweenu. Teraz to w sumie nic dziwnego, ale nie wspominałam chyba, że przygotowania do celebracji tego dnia trwają już od połowy sierpnia. Po naszym przylocie, gdy skończył się Obon (czyli japońskie święto zmarłych) półki w sklepach zapełniły się słodyczami z dyni, głównie pomarańczowo-czarnymi strojami i sakiewkami z napisem 'Trick or treat'.

~~~

   Z kolei następna w planach była dzielnica Shinjuku. To taka jakby stolica stolicy, ze względu na dworzec kolejowy, obsługujący codziennie ponad trzy miliony pasażerów, no i przede wszystkim znajduje się tam ratusz, czyli Tokyo Metropolitan Government Office mający czterdzieści pięć pięter. Na samej górze jest galeria widokowa, w której byliśmy.


   Tak prezentuję się na tle Tokio. 


A tak współtowarzysze wyprawy.


   Swoją drogą, ciekawe, co można pokazywać człowiekowi, który był w tym miejscu z pięćdziesiąt razy. Architektura Japonii nieco mnie zadziwia. Przeważają tutaj budynki wyglądające jak prostokąty z losowo doczepianymi klockami lego. No i oczywiście są też nieco futurystyczne wieżowce, jak powyżej. Jednak najbardziej intrygują mnie tradycyjne domy, wyglądające trochę jak świątynie. A to wszystko zbudowane ze specjalnej tektury, która jest odporna na trzęsienia ziemi. No, może uogólniam z tymi papierowymi domami, ale Japończycy imponują mi swoją pomysłowością względem różnych zjawisk natury.
   Shinjuku to też dzielnica rozrywki. Pełno tutaj klubów w różnych stylistykach. Czytałam kiedyś, że jest tu specjalna ulica o zabarwieniu LGBT, ale nie udało mi się do niej dotrzeć. A szkoda, bo mogły być tam moje potencjalne materiały badawcze. Póki co, widziałam jednego japońskiego transwestytę.
   Posmaku miodowych pastylek pozbyłam się na amen dopiero w tej dzielnicy, korzystając z indyjskiej restauracji, w której do woli można było nakładać sobie ryżu lub naanów, czyli hinduskich chlebów w kształcie łez i łączyć to z sosami. Woda mineralna serwowana była za darmo. Nie była to restauracja japońska, ale przynajmniej azjatycka, więc o tym też tu wspominam. Poza tym, dopiero po wyjściu z tej knajpy stałam się z powrotem człowiekiem, bo wcześniejsze zwiedzanie (przede wszystkim elektroniczna dzielnica) wyczerpało i wygłodziło mnie. 
   A tutaj jeszcze taki gratis w postaci Oberbusza, próbującego zagrać 'mysterious face', tak jak Bill Murray w 'Lost in Translation'. Zresztą w tle na zdjęciu hotel, w którym odbywało się większość scen z tego filmu.


'You want more mysterious? I'll just try and think: Where the hell's the whiskey?'
   Przed wejściem do metra (polecam spojrzeć jak wygląda jego sieć stacji) natrafiliśmy jeszcze na szalony koncert japońskiej grupy:

video

   Jadąc metrem do następnej dzielnicy, poczuliśmy już jej klimat, gdy zauważyliśmy Japończyka w obcisłym złotym stroju (wyglądał jak złota pianka Asahi).

  ~~~

   Tak dotarliśmy do cosplayerskiej dzielnicy, czyli Harajuku. Wiedząc, że przebieraczy najczęściej można spotkać na ulicy Takeshita wśród sklepów z kostiumami postaci z mangi, gier, filmów i tym podobnych, wybraliśmy się w to miejsce. 


   Jednakże zobaczyłam tylko kilku cosplayerów i to takich bardzo zachowawczych. Niby się wyróżniali, ale nie w ekstremalny sposób. Równie dobrze mogli iść w tych strojach na obiad do babci. Za to widziałam ogrom ludzi z kolorowymi fryzurami, tunelami, tatuażami. Takie chodzące gify z tumblra. 

~~~

   I ostatni już przystanek. Dzielnica Shibuya. Znaleźliśmy się w centrum całego centrum. Naszym punktem widokowym był Starbucks, który trochę nas ożywił. 


   Kawiarnia była zapełniona po brzegi. A miejsce w niej tak zorganizowane, żeby mogło się tam pomieścić jak najwięcej osób z kubkiem kawy, aby pooglądać shibuyowskie skrzyżowanie. Oberbe ładnie nagrał to miejsce:

video

   Przechodząc przez tę ulicę, ewidentnie byłam znów kropką, ale już mi to nie przeszkadzało. Czułam się jak fragment scenografii bardzo dobrej sztuki.

1 komentarz:

  1. Bosko. Czekam na kolejne wyprawy, kolejne zdjęcia i relacje. Dajesz radę tam w Japonii!
    Całusy z Kutna!

    OdpowiedzUsuń