wtorek, 2 października 2012

_Informacje o Japonii w polskich mediach, symbolika lisów, a także trochę o warzywach i owocach z japońskich straganów

   Gdy przeglądam wiadomości o Japonii w polskich mediach, to myślę, że jestem chyba w jakiejś innej Japonii. Oczywiście nigdy nie uważałam informacji z telewizji, radia, czy internetu za miarodajne i zazwyczaj starałam się je jakoś weryfikować, oddzielając przekaz faktów od próby tworzenia sensacji. Jednak w momencie, gdy główną informacją na stronie onetowskiej jest coś w stylu: 'Potężny tajfun uderzył w Japonię. Tokio zagrożone' czuję napięcie, że niezwłocznie muszę poinformować rodziców, że wszystko gra. I, że wiem o tym tajfunie już od dawna, że wystosowano specjalne komunikaty nawołujące do pozostania w domu, że po prostu trochę mocniej wiało, a skutkiem tego wiatru jest przewrócony kosz, kilka pourywanych gałązek na ulicy, brak mapy w koszyku mojego roweru, który stał na nieco odkrytym parkingu. A przecież kosz znów stoi na swym miejscu, gałęzie w większości posprzątane, a mapę znalazłam kilkanaście metrów za rowerem. Podobna potrzeba sprostowania sprawy występuje też w przypadku informacji o konflikcie między Japonią a Chinami o wyspy, czy w momencie, gdy natrafiamy na teorie spiskowe o rozległym promieniowaniu po 'wybuchu reaktora' w Fukushimie. Czuję się czasem jak jedyny uczciwy korespondent w Japonii. Normalnie mickiewiczowski mędrzec, szkiełko i oko.
   No właśnie, normalnie. Jest tu tak normalnie. No dobra, może trzęsienia ziemi to dość egzotyczny temat, ale te znane mi dotąd polegają po prostu na bujaniu (przystosowanymi tutaj zresztą do tego) budynkami i jest to przyjemne - czuję się wtedy jak na łódce. Dziś w nocy obudziło mnie dość mocne trzęsienie ziemi (o magnitudzie powyżej pięciu), ale świadomość sytuacji trwała tylko chwilę, bo ścieranie się płyt tektonicznych wręcz ukołysało mnie z powrotem do snu. Zresztą, w razie większych wstrząsów mamy specjalne kaski i porządny stół, pod który można się schować. Jedynymi dla mnie kataklizmami są tylko tutejsze burze. Czasem czuję się jakbym slalomem uciekała przed piorunami, ale w zasadzie, ja po prostu obawiam się wszelakich burz, więc nie należy ufać mi w ocenie specyfiki japońskich błyskawic i grzmotów.

~~~


   Ale za to można całkiem wierzyć w moją znajomość lisiej symboliki w Japonii. Podobnie jak u nas (przynajmniej frazeologicznie), kitsune uznawane jest za postać fałszywą, przebiegłą i chytrą. I to są tak zwane lisy yako, czyli dzikie - mające według pradawnych wierzeń - sprowadzać na ludzi choroby, szaleństwo, a czasem nawet przybierać postać pięknych dziewic, nakłaniających do seksu, po którym mężczyzna traci swoją witalność. Ale są i dobre lisy, czyli zenko - wykonawcy woli bóstw - one też czasem opętywały ludzi, ale w 'dobrej wierze', tak żeby konkretna osoba mogła na przykład przewidywać przyszłość i zapobiegać jakimś tragicznym wydarzeniom. Wspólnym mianownikiem tych lisów są właśnie zdolności magiczne i Japończycy (a przede wszystkim ci, wyznający religię shinto) mają do nich szczególny respekt. Okazują to na przykład rzeźbieniem lisich posążków przed świątyniami. 
   Ostatnio Oberbe zabrał mnie w takie miejsce (natrafił na nie kiedyś w porze lunchowej, szukając strawy na mieście) i przyznam, że było tam dość tajemniczo, choć zapewne sama też nastrojowo wygenerowałam sobie taki enigmatyczny klimat. Bez wątpienia pomagały w tym też wszędobylskie pajęczyny z ich ogromnymi właścicielami. Nie mam arachnofobii, wręcz intrygują mnie pająki, ale tutejsze przypominają trochę wyglądem te tropikalne i dalszy komentarz jest chyba zbędny, no. Tak samo jak ich przykładowa fotografia. Znam osoby, które po ujrzeniu zdjęcia pająka na mojej stronie, z zamkniętymi oczami próbowałyby wycelować kursorem w krzyżyk w górnym rogu strony i nigdy więcej już by nie wpisały osowiałej sowy w pasek przeglądarki. A-po-co-mi-to.


   Staramy się jeździć różnymi ścieżkami po Japonii, żeby zawsze wyhaczyć jakieś nowe atrakcje. I tak samo było w przypadku dojazdu do wspomnianej zdjęciowo lisiej świątyni. W wąskiej uliczce wypatrzyliśmy sklep 'Go Old Rush' stylizowany na miejsce typowo amerykańskie. Kamizelki w stylu country, oldschoolowe zapałki, westernowe stroje. No, taka mała Oklahoma. W momencie, gdy Oberbe wypatrzył skrzynię z komiksami, wiedziałam że przez najbliższe pół godziny próba kontaktu z nim może być utrudniona i, że musiałabym znać chyba jakiś supermeński język suahili, żebyśmy mogli porozmawiać. Przeczekałam, oglądając indiańskie stroje (aaa!). Czary nie były już potrzebne w momencie, gdy Oberbe wyszedł ze sklepu z papierową torbą, wypełnioną crisisami, spider-manami i jeszcze jakimiś innymi bohaterami z nadprzyrodzonymi zdolnościami.


   Tamtego dnia udało się też nam zdobyć kapitalny zestaw owoców w niewiarygodnej cenie. Nie wiem do dziś, o co chodziło i z jakiej Fukushimy pochodziła ta mandarynka, grejpfrut, winogrono, jabłko i chyba pomelo. Zapłaciliśmy za nie 200 jenów i były to chyba najlepiej wydane pieniądze w życiu. Dziewięć złotych za pożywną dawkę witamin. Taka okazja już nigdy się nie powtórzyła. Gdybyśmy chcieli złożyć taki zestaw z owoców, które oferują nam stragany i markety, musielibyśmy wydać ponad 3000 jenów, czyli jakieś 120 złotych z groszami. No, ale póki co, zapychamy się codziennie bananami, bo są dość tanie (średnio 200 jenów za kilka sztuk). Na zdjęciu powyżej widoczne są jeszcze smakołyki o smaku czegoś na kształt kasztanów, wyborne.


   Na szczęście z warzywami nie jest aż tak źle, ale też bez rewelacji. Jakiś czas temu znaleźliśmy mały sklepik, w którym udało nam się taniej kupić ziemniaki, sałatę, bakłażany, papryczki, kukurydzę i ogórki. Dodatkowo poczęstowano nas arbuzem i ekskluzywną herbatą. Jednak z każdą moją wyprawą w tamto miejsce, zauważam coraz mniej zróżnicowany asortyment i brak 'normalnych' warzyw i owoców. Są na przykład frykasy w postaci gałęzi cytrynowych za kilka tysięcy jenów. Ale zawsze w domu mamy sałatę, ogórka, no i banany. Zestaw powyżej zakupionych warzyw to niecały tysiąc jenów. Nie ma tragedii, ale oczywiście mam zakorzenione porównanie z Polską, w której za te czterdzieści złotych, kupowałam wręcz cały stragan. Nie wspominając o dzieciństwie na wsi, kiedy to warzywa i owoce rosły przed domem albo pełniły funkcję wymienną między sąsiadami za jakieś drobne przysługi. Ktoś dostawał kilka kilogramów ogórków i pomidorów za mendel jajek od wiejskich kur, a to ktoś zawiózł chore dziecko do lekarza w mieście i w zamian otrzymywał worek ziemniaków i kosz jabłek. Wewnętrzny handel roślinami. Aż tęsknię.

~~~

   A co u mnie tak bardziej prywatnie? Wszystko w porządku. Bardzo, bardzo i jeszcze jedno bardzo. 


   Dysponuję sporą ilością czasu i, żeby spędzać go produktywnie potrzeba wysokiej samodyscypliny. Jestem teraz w takim położeniu, że w zasadzie nikt niczego ode mnie nie wymaga. Niby sytuacja komfortowa, jednak warto też zaznaczyć, że w takim przypadku trudno o samozadowolenie i nie otrzymuje się potwierdzenia od strony społeczeństwa, że jest się kimś funkcjonalnym (taki arystotelesowski politikion zoon). Zwłaszcza, że moje 'wakacje' pojawiły się po intensywnym trybie życia, gdy studiowałam, pracowałam, robiłam swoje rzeczy i w ciągu każdego tygodnia krążyłam między Zajezierzem, Toruniem, a Warszawą. Urlop był przyjemny przez kilka pierwszych dni, ale długotrwały odpoczynek nigdy nie potrafił przynieść mi żadnej satysfakcji. Przeskoczyłam już jednak ten temat, nieco samolubnie poświęcając ten czas na pracę nad swoją świadomością, ciałem i umiejętnościami. Klasyka.
   Codziennie uczę się języka japońskiego, póki co samouczę, ale w następnym tygodniu zaczynamy chodzić z Oberbe na zorganizowane zajęcia, które odbywać się będą po angielsko-japońsku. Dwa razy w tygodniu uczęszczam na aerobik/fitness (instruktorką jest Ida, mama Jerzyka). Trochę układów tanecznych, a trochę szóstka Weidera. Do tego co najmniej cztery razy w tygodniu chodzę na siłownię. Głównie okupuję bieżnię, pamiętając jeszcze o mojej formie przedgimnazjalnej i jakichś tam osiągnięciach w tej dyscyplinie. Włączam Prodigy i czuję się jakbym przedzierała się przez dżunglę, haha. Ale potrafię też słuchać cały czas poniższego utworu na zapętleniu.


   Poza tym, oczyszczam jakieś zaległe foldery na komputerze i w ten sposób pozbyłam się już dwudziestu gigabajtów syfu. Jeny, jak lżej. Elektronicznie i filozoficznie. Oczyszczam, sprzątam, prowadzę też dom. Nieco go urządzam, ale bez większego przepychu. Po prostu chcę, żeby było nam jeszcze przyjemniej. 


   Sporo czasu spędzamy na wieczornych rozmowach, choć Oberbe pracuje czasem po kilkanaście godzin, a potem jeszcze nocą zajmuje się swoją stroną internetową i ogólnie sprawami pozostawionymi w Polsce. Relacjonujemy sobie dzień, opowiadamy niestworzone historie, planujemy przyszłość i takie tam. Ale wspaniałe 'takie tam'. Co-za-człowiek! Całe życie będę się nad tym rozprawiać i zachwycać. Bez trzymanki i na amen.


   Postanowiłam też uporządkować sprawy literackie i powyższy trans-zeszyt towarzyszy mi wszędzie. Już za długo chodziłam i jęczałam, że piszę i nie piszę, piszę i nie piszę. Teraz po prostu piszę i jest to w jakimś tam sensie nawet priorytet. Gdy już dość mam pisania, to rysuję na tablecie i wklejam obrazki w sekretne miejsce, które zna tylko Oberbe. Może za kilka lat je udostępnię. 
   No i oczywiście czytam sporo, ale niestety muszę bardziej uważać na dobierane lektury, bo zauważam, że czasem pisząc swoje rzeczy jestem za bardzo pod wpływem jakiegoś innego narratora z przeczytanej przed chwilą książki, a zdarzało mi się też czytać bardzo słabą prozę. W sumie to czekam też na nową książkę Masłowskiej. Ciekawe, co wymodzi tym razem. Tytułu, póki co, nie poczułam. Gdy już książka Masłowskiej będzie na rynku i ktoś przeczyta, niech da znać, co i jak, choć zamierzam ją sprowadzić (a to pewnie trochę potrwa) do Japonii. Książkę, nie Masłowską. A właśnie, możemy przyjmować gości w swoim mieszkaniu za darmo do dwudziestu dni. Gdyby coś, gdyby ktoś!
   Z takich bieżących spraw: planuję wycieczkę do Tsuchiury i Tokio w ten weekend, a w listopadzie do Korei. Z dalekosiężnych planów: zastanawiam się, jak rozplanować studia i ewentualny biznes. 
I-co-by-tu-pokombinować-żeby-wrócić-do-Japonii-na-stałe.

20 komentarzy:

  1. Dziwi mnie, że w Japonii jedzenie jest tak drogie. Rozumiem, czemu tak jest, ale różnica w cenie jest bardzo duża.
    Dziękuję za twoje wpisy - nigdy nie poznałabym tego kraju od strony, którą ty opisujesz. Jest lepiej niż myślałam :>
    No i powodzenia w *kombinowaniu* :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, dziękuję! nie znamy się, prawda? miło, że przywędrowałaś tu z kosmosu. polecam się i japonię też.

      Usuń
    2. Odwiedzam stronę już od początku września c: a jeśli chodzi o Japonię, to pojadę tam na pewno, tylko jeszcze nie wiem kiedy :>

      Usuń
    3. och, to doceniam ujawnienie się. gdybyś miała jakieś pytania kiedyś odnośnie lotów, noclegów i tak dalej, to jestem ; )
      [i tak jak oberbe wspomniał poniżej - potrawy z owoców morza są tu z kolei tańsze, oczywiście. inne produkty też mają znośną cenę, ale owoce i warzywa niestety nie]

      Usuń
    4. Dziękuję. Jeszcze trochę minie czasu, zanim zdecyduję się na wyjazd, ale dziękuję za pomoc.
      Z kolei u nas potrawy z owoców morza są droższe. To trochę przykre, ale w końcu do Japonii jedzie się także po to, by spróbować tych ich cudów kulinarnych :>

      Usuń
  2. "mendel jajek"! jakie cudowne określenie :D

    co do cen jedzenia, to jest różnie. Np. sushi można trafić bardzo tanio, ale za jabłka płaci się spore sumy. Takie przebicie dotyczy głównie jedzenia importowanego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mendel jajek, mendel jajek, normalne określenie. chodziłam czasem po zajezierzu z mendlem (bo chyba nie mendelem?) jajek.

      Usuń
  3. Cześć, trafiłem tutaj przez stronę Przemka, z młodzieńczej ciekawości Japonią, która pozostała mi do teraz (28 wiosen na karku). Może za rok, może za dwa chciałbym odwiedzić kraj Hayao Miyazakiego i Akiry Kurosawy, kraj który wydał na świat jedną z najlepszych historii z pod znaku anime ("Ghost in the Shell"), kraj samurajów i kwitnącej wiśni (a może elektronicznej wiśni?). Dziękuję za tą blogową relację i zdjęcia, dzięki którym przybliżasz tą jakże inną od naszej krainę. Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia we wszelkich zamierzonych sprawach. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miło mi i 'zapraszam ponownie' : >
      jako fan japonii bez problemu tu się odnajdziesz.
      [przez jaką stronę przemka tu trafiłeś?]

      Usuń
    2. Przez psychatoga. Link za linkiem i nie wiem jak ale w końcu trafiłem tutaj :)

      Usuń
    3. aaa, to musiała być długa przeprawaaaa. proszę się rozgościć ; )

      Usuń
  4. ja chcę zdjęcia tłuściuchnych, dorodnych PAJĄKÓW!!! ;D Kumo <3

    OdpowiedzUsuń
  5. zazdroszczę japonii...
    pozostając w klimatach. przesyłam:
    www.youtube.com/watch?v=cPCBA2N2Nbg&feature=related

    pzdr,
    Sb

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. uwielbiam ten utwór, dzięki za przypomnienie o nim!
      nie znamy się też, prawda? jak Wy tu trafiacie? : >

      Usuń
    2. Po prostu blog staje się coraz bardziej sławny :). Trafiłam tu poprzez mojego wychowawcę (także chodzę do pierwszego LO w Toruniu, także profil artystyczny). Tak więc szkoła o tobie chyba nie zapomniała :>

      Usuń
    3. aaa, no tak. złoty nowaczek! powodzenia w sztuce, tak więc! miło mi.

      Usuń
  6. P.S. Mała sugestia: tekst czytałoby się przyjemniej bez tego oczojebnego tła ;) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety bardzo je kocham, choć rozumiem, że może być problematyczne.

      Usuń
    2. oberbe proponuje ctrl++ i to jest rozwiązanie.

      Usuń