niedziela, 28 października 2012

_Degustacja japońskich kisieli, wędrówka ze znakami kanji i urodziny Oberbe!

   Zapowiadanego raportu z górskiej wspinaczki nie będzie, bo jeszcze jej nie zrealizowaliśmy - na przeszkodzie stoję ja, a w zasadzie mój stan. Osłabienie, zasypianie na stojąco, niepokój w sercu i ogólne trzęsionki, a mózg jak z gąbki. Na chwilę wypadłam z formy i stałam się postacią migrenową. Dziś oglądając program golfowy, porównałam każdy swój aktualny proces myślowy do piłki zatrzymującej się kilka centymetrów przed dołkiem. I to była właściwa uwaga. Zwłaszcza, że wokół pole, puste pole.


   No, mniej więcej tak. Słucham Maanamu i kruszeję, ale Oberbe dzielnie stoi na straży i powoduje, że swój stan traktuję raczej jak metaforyczne zrzucanie wężowej skóry. Taki krok w tył, ale tylko po to, żeby wziąć rozbieg i zaraz hucznie wystartować. Łuski odzyskają blask i wróci wiosna, baronowo.
   

   Tak jak wspominałam - alternatywnie, a wręcz w najgorszym wypadku - degustacja specyficznych kisieli. Oberbe otrzymał je w pracy z okazji wyjazdu jednego z profesorów. To typowo japoński zwyczaj. Wybywając z miasta - chociażby na jeden dzień do innej prefektury lub nawet sąsiedniej miejscowości - obowiązkowo należy przywieźć jakieś małe podarunki dla znajomych i współpracowników. Te kisiele przywędrowały z Nary, cudnego miasta, które kiedyś było stolicą Japonii, a dziś znane jest głównie z parku, po którym biegają beztrosko oswojone jelonki. Jeszcze tam nie byliśmy, ale Nara znajduje się na naszej niepisanej liście planowanych miejsc do odwiedzenia. A co do wspomnianych egzotycznych smaków, to pomarańczowy kisiel był imbirowy (mniam), zielony o smaku green tea (też w porządku), żółty smakował jak płynna rzodkiewka - zapewne był to japoński daikon (znośny), a różowy kisiel pozostał na czarną godzinę - niestety obawiam się, że może mieć smak słodkiej fasoli, eee.

~~~


   Ostatnio spotkałam się z Jerzykiem i urządziłam mu wyprawę po mieście w poszukiwaniu ideogramów kanji. Otrzymał przygotowaną przeze mnie mini-książkę z podstawowymi znakami i jego zadaniem było znalezienie ich w środowisku naturalnym. Wyprawa zakończona powodzeniem, wszystkie ideogramy zdemaskowane. Powyżej dowód na dotarcie do znaku ognia - w tym korytarzowym kącie stała akurat gaśnica. Mając do wyboru nagrodę w postaci półgodzinnego przebywania w pokoju dziecięcym z zabawkami lub w siłowni ze sprzętami, Jerzyk wybrał to drugie.


   Tego samego dnia zorganizowano barbecue w Ninmoyii. A w zasadzie było to trochę o-barbecue Oberbka, bo zbliżały się jego urodziny. 


   Poniżej Oberbusz wdzięcznie rozdaje tort, który składał się, moim zdaniem, z minimum trzydziestu roztopionych czekolad.


Dwa dni później były już takie prawdziwe, kalendarzowe urodziny.
Z rymi-serca:




~~~

   Miło mi, że według statystyk blog jest regularnie odwiedzany. Nawet, gdy jakieś informacje wpadają tu średnio raz na tydzień. Na koniec taka ciekawostka z Google Analytics osowiałej sowy: 


   Nie wiem, jakim cudem można było tu trafić wpisując niektóre hasła. Sorry, jeśli nie na wszystkie pytania znajdziecie odpowiedzi na mojej stronie, hm. Aaa i jeszcze odpimpowałam jakiś czas temu szaty bloga. Mam nadzieję, że jest czytelnie i przyjemnie, choć zapewne baterie w laptopach będą Wam szybciej wygasać przez te wszechobecne biele na stronie, ech. 

piątek, 19 października 2012

_Kurs językowy w Japonii, magia w Tsuchiurze, zupa osowiałej-sowy i moje grafiki

   Jakiś czas temu wspomniałam, że niebawem wybieram się na profesjonalne lekcje języka japońskiego, prowadzone po angielsku. Naiwna ja. Zajęcia zaczęły się, ale są nieco inne niż się spodziewałam. Przypominają raczej japoński teleturniej, w którym nie wiadomo, co zaraz się wydarzy i należy spodziewać się wszystkiego. Pani nauczycielka wskakuje na krzesło, rzuca w nas pluszową pandą, mówi tylko po japońsku; dziwi się, że ja i Oberbe nie wierzymy w ufoludki oraz duchy; myśli, że Czechosłowacja nadal istnieje i tak dalej. Chyba informacja o certyfikatach jakie mamy otrzymać na koniec, spowodowała, że początkowo myślałam o tych lekcjach, jako porządnie zorganizowanych. Teraz już wiem, iż mogę się spodziewać raczej czegoś na kształt dyplomu z kolorowymi clipartami i napisami w stylu wordartowym. 
   Mimo braku powagi tych zajęć, poznałam trochę nowych słów, więc przymykam już oko na metody. Oczywiście mam świadomość, że to jedynie kropla w oceanie i do biegłej znajomości języka muszę konsekwentnie przykładać się codziennie. Dlatego ostatnio postanowiłam odczarować temat kanji. Jakoś zawsze omijałam ten 'alfabet' złożony z 50.000 znaków. Na szczęście nie wszystkie są w powszednim użytku. Dobrze byłoby znać 2136 podstawowych znaków, czyli tak zwany zestaw jōyō - wtedy można by przeczytać losowy artykuł w gazecie. Nieco przerażające, ale wedle teorii małych kroków, postanowiliśmy uczyć się chociaż jednego znaku kanji dziennie.


   W ten sposób za jakieś sześć lat odczytamy pierwsze papierowe wiadomości z japońskiego kiosku. Zniechęcające. Ale kiedyś przyjdzie ten czas 'za sześć lat' i byłoby miło, gdybym wtedy nie wypominała sobie że mogłabym już to wszystko umieć. Za sześć lat nie będę mieć nawet trzydziestki, więc myślę, że to dobra inwestycja. Kanji dnia zapisujemy na tablicy lodówkowej (powyższy plan tygodnia już trochę nieaktualny, tak samo jak lista sprawunków - lubię to słowo). Codzienne spojrzenie na zbiór kanjiowych kresek przy okazji zaglądania do lodówki raczej nie gwarantuje tego, że za sześć lat będziemy znać i pamiętać wszystkie podstawowe znaki kanji, więc urządzamy sobie kartkówki cotygodniowe, mające nas jeszcze bardziej motywować.


   Na tę okazję przygotowaliśmy sobie tajemnicze zeszyty ze stujenowca. Wyglądają jak z bajki pełnej sekretów i przygód. Są pseudoskórzane, w środku kartki papirusowate, zawiązywane na sznurek. W dodatku pachną starą biblioteką. To ma nas zachęcać do ćwiczenia znaków kanji i na razie zapał nie wygasa. Codziennie na tablicy nowe kanji. 

~~~

   Jakiś czas temu znów miałam okazję być w Tsuchiurze, mieście obok, o którym już kiedyś wspominałam. Oberbe grał w karcianym turnieju, który odbywał się w takim jakby domu kultury. Rozgrywki trwały aż osiem godzin, więc miałam sporo czasu na dokładne zwiedzenie budynku.


   Sprawiał wrażenie opustoszałego. Na każdym piętrze rzędy sal. Czasem udało mi się natrafić na uchylone drzwi i zobaczyć, że w pomieszczeniu odbywa się prezentacja wykresów dla smutnych mężczyzn w garniturach. Poza tym, był tam nawet klub zeppelinowy:


   I starsze kobiety tańczące do hawajskiej muzyki, które nieco zawstydziłam swoją obecnością:


   Tak się złożyło, że budynek znajdował się na przeciwko parku żółwiowego, w którym już kiedyś byłam. Tym razem widziałam więcej żółwi, ale obserwując ich zachowania, nie dziwię się, że nie jest ich dużo:

video

   A szukając miejsca, w którym można byłoby coś przekąsić, przez przypadek znów trafiłam do świątyni, w której byłam kilka tygodni wcześniej:


   Przez te osiem godzin zdążyłam przerobić kilkadziesiąt stron ćwiczeń języka japońskiego, no i oczywiście obserwowałam też turniej:


   Oberbe radził sobie nieźle. Więcej na temat można przeczytać na psychatogowej stronie.


   
W tym domu kultury zdarzyło mi się nawet zdrzemnąć na godzinę na miękkiej, korytarzowej ławce. Cudownie zasypiało się do mozartowskich dźwięków granych na żywo przez orkiestrę, która miała próbę w sali obok. Nie wiem, czy wykonywany był sam Mozart, czy jakiś miks klasyków, ale rozpoznałam 'Marsz turecki' - tyle tylko, że grany na kilka instrumentów. Trochę tak jakbym trafiła do japońskiej filharmonii za darmo, a orkiestra występowałaby tylko dla mnie, grając kołysankę. Gdyby kiedyś wnuczęta zapytały mnie o sens życia, odwołałabym się chyba do tej historii. Bla, bla. 

~~~

 A teraz przeskok jak w japońskim programie telewizyjnym: czas na zupę osowiałej sowy. Do jej przygotowania potrzebne nam będą:


   A w zasadzie mogą to być wszystkie ziarna i warzywa świata. Po prostu te powyższe znalazłam w znośnej cenie w tutejszych marketach. Z tym, że właśnie nie mogłam nigdzie zdobyć ziaren słonecznika, które zawsze wrzucam do polskich zup, toteż zamieniłam je na ziarna dyni i zmielony sezam. Sprawdzone, polecam. No i oczywiście do tego jeszcze woda i ewentualnie kostki warzywne, czy przyprawy. Trudno oszacować ilość wrzuconych warzyw i ziaren do garnka - w kuchni zawsze odstawiam chaotyczny spektakl i nie panuję za bardzo nad składnikami. 


A powyżej moja propozycja podania.
Na prawdziwy ramen Oberbe jeszcze trochę poczeka, haha.
(Polecam japoński film 'Tampopo' o tej zupie. O ramenie, nie o zupie osowiałej sowy)

~~~

   Ostatnio przygotowałam portret i wizytówki dla koleżanki podróżniczki, która uiściła moją dziwną karę biblioteczną w Toruniu, niewynikającą nawet z mojej winy, ale to długa historia i nie warta większej opowieści.




   I w sumie takie projektowanie sprawiło mi przyjemność, więc gdyby ktoś potrzebował wizytówki, to: rymika.myslicka@gmail.com - śmiało! 
Tutaj jeszcze inne przykłady - klik! - razem z nieco bzdurnym opisem o potrzebie wizytówek w Japonii. 
W ogóle tutaj się nie przydały, haha.
A poniżej kilka przykładowych portretów, które wykonałam ze zdjęć techniką komputerową:




~~~

Następnym razem relacja z górskiej wspinaczki, a w najgorszym wypadku raport z degustacji warzywnych kisieli, ech. Na koniec bonusowy utwór, przy dźwiękach którego rysuję bardzo często:


~~~


sobota, 13 października 2012

_Bycie kropką w Tokio

   Tokio mnie połknęło. Na chwilę stałam się częścią wielkiego organizmu. Jechałam zatłoczonym metrem. Na przyjazd windy czekałam w kolejce. Przechodziłam przez ulicę ze średnią prędkością całego spieszącego się tłumu. I byłam kropką dla kogoś, kto znajdował się na trzydziestym piętrze wieżowca. Peiperowskie trzy razy em. Miasto, masa, maszyna. Byłam punktem, jak wiele innych punktów. Nigdy nie pociągał mnie przesadny kolektyw, więc informację o tym, że jestem w mieście, w którym żyje około trzydziestu czterech milionów ludzi, starałam się wziąć w nawias; być kropką i innym kropkom nie przeszkadzać.
   W ciągu jednego dnia odwiedziliśmy kilka najbardziej znanych dzielnic stolicy. Odwiedziliśmy my, czyli ja, Oberbe i doktor Michał, który był w Tokio z pięćdziesiąt razy, toteż poinstruował nas, że lepiej kupić bilet w markecie, niż na dworcu i tak dalej. Byliśmy nieco spóźnieni, bo maszyna z biletami nie przyjmowała banknotów o wysokim nominale i Oberbe musiał pobiec do stujenowca po jakiś zakup, żeby rozmienić pieniądze. Padał deszcz, więc kupił parasolkę i skusiły go jeszcze cukierki miodowe. W ostatniej sekundzie wbiegliśmy do pociągu Tsukuba Express, który przemieszczał się do Tokio z prędkością ok. 130 km/h. Na szybkich zakrętach ciśnienie powietrza zatykało mi uszy, jak w samolocie. W trakcie jazdy mijaliśmy pola ryżowe, pionowe parkingi dla samochodów, sporo japońskich osiedli, ale też i tradycyjnych domów. Prawie każdy centymetr pociągu wypełniony był reklamami, a sam pociąg wyglądał raczej jak metro. Pod koniec jazdy Oberbeuszowi przypomniało się, że kupił przecież landrynki miodowe. I to był błąd. Poczęstowałam się i nie był to cukierek, a propolisowa tabletka, wyglądająca jak taka dla psa, której pies nie chce jeść i wkłada się dla niego specjalnie taką pastylkę w bułkę. Smak był okrutny, a posmak długotrwały. Bardzo długo nie pomagała guma do żucia, ani sok winogronowy.
   I z tym smakiem kojarzy mi się pierwsza dzielnica w Tokio, w której byliśmy - Asakusa, która do czasów II wojny światowej stanowiła centrum teatralne, literackie, a ponadto słynęła z zalegalizowanej prostytucji. W XIX wieku była to dzielnica nad dzielnicami, a teraz jest raczej miejscem znanym głównie dzięki Senso-ji, najstarszej świątyni buddyjskiej. Ma prawie tysiąc czterysta lat. Poniżej Michał i Oberbe z parasolami przed tą budowlą, a po prawej widać nieco SkyTree - najwyższą wieżę na świecie. Ma 634 metry wysokości. Japończycy muszą mieć wszystko naj.


   A tutaj ja pod południową bramą świątyni. Nazywa się ona Kaminari-mon, czyli Brama Grzmotu. Bardzo charakterystyczne miejsce do pamiątkowych fotografii. Wtryniłam się w sam środek, jak do zdjęcia klasowego.


   Potem przeszliśmy Nakamise-dori, czyli dosłownie: ulicą między sklepami. Tak też było. Na straganach japońskie słodycze, typu daifuku, czyli ciastka z nadzieniem ze słodkiej fasoli (smak podobny do tabletek miodowych; to znaczy przynajmniej w moim przypadku wywołują podobny grymas i reakcje obronne), breloczki z kotami i lisami, japońskie maski, pasy do kimon, wszechobecne stoiska rybne i tak dalej.


   Tutaj już bardziej widoczne SkyTree i siedziba Asahi, czyli koncernu wytwarzającego między innymi piwo. Ten złoty plemnik miał symbolizować browarną piankę. Niektórzy nawet ją widzą, a jeszcze inni zauważają tu złotą marchewkę. Trochę jak interpretacja kształtów chmur.

~~~

   Następnie przejechaliśmy metrem do Akihabary, czyli gadżeciarskiej dzielnicy z nowinkami elektronicznymi, w której jest też ogrom sklepów dla fanów gier wszelakich. Raj dla Oberbe. 


   Trochę wynudziłam się widokiem japońskich nerdów. Zmęczyły mnie dźwięki - te z automatów z grami i te z ulicy - powyżej ciężarówka nadająca jakieś hasła reklamowe o przecenie płyt DVD z jakąś bajką zapewne. Na ulicach stało też sporo japońskich lolitek, zapraszających do restauracji. Przebrane były za pokojówki, za uczennice, za postacie z gier...
   Ciekawostką był ogromny sklep erotyczny, w którym było wszystko, wszystko, wszystko. Kupiłam sobie tam pończochy i dopiero w domu spostrzegłam, że to jedyny zakup, którego dokonałam tamtego dnia. Śmiesznie jest jechać do Tokio po rajtuzy.


   Całkiem zabawnie jest też kupić dwie parasolki za czterysta jenów, poużywać ich przez maksymalnie półtorej godziny deszczu, potem nosić je cały dzień na zmianę z Oberbe, w środkach masowego transportu obijać niechcący kostki i kolana japońskich kobiet, a na koniec po wielu godzinach noszenia ich bez sensu - w drodze powrotnej położyć je na półce bagażowej i zapomnieć o nich wychodząc z pociągu. Śmiech w gospodzie. 
   A powyżej wystawa, życząca Wesołego Halloweenu. Teraz to w sumie nic dziwnego, ale nie wspominałam chyba, że przygotowania do celebracji tego dnia trwają już od połowy sierpnia. Po naszym przylocie, gdy skończył się Obon (czyli japońskie święto zmarłych) półki w sklepach zapełniły się słodyczami z dyni, głównie pomarańczowo-czarnymi strojami i sakiewkami z napisem 'Trick or treat'.

~~~

   Z kolei następna w planach była dzielnica Shinjuku. To taka jakby stolica stolicy, ze względu na dworzec kolejowy, obsługujący codziennie ponad trzy miliony pasażerów, no i przede wszystkim znajduje się tam ratusz, czyli Tokyo Metropolitan Government Office mający czterdzieści pięć pięter. Na samej górze jest galeria widokowa, w której byliśmy.


   Tak prezentuję się na tle Tokio. 


A tak współtowarzysze wyprawy.


   Swoją drogą, ciekawe, co można pokazywać człowiekowi, który był w tym miejscu z pięćdziesiąt razy. Architektura Japonii nieco mnie zadziwia. Przeważają tutaj budynki wyglądające jak prostokąty z losowo doczepianymi klockami lego. No i oczywiście są też nieco futurystyczne wieżowce, jak powyżej. Jednak najbardziej intrygują mnie tradycyjne domy, wyglądające trochę jak świątynie. A to wszystko zbudowane ze specjalnej tektury, która jest odporna na trzęsienia ziemi. No, może uogólniam z tymi papierowymi domami, ale Japończycy imponują mi swoją pomysłowością względem różnych zjawisk natury.
   Shinjuku to też dzielnica rozrywki. Pełno tutaj klubów w różnych stylistykach. Czytałam kiedyś, że jest tu specjalna ulica o zabarwieniu LGBT, ale nie udało mi się do niej dotrzeć. A szkoda, bo mogły być tam moje potencjalne materiały badawcze. Póki co, widziałam jednego japońskiego transwestytę.
   Posmaku miodowych pastylek pozbyłam się na amen dopiero w tej dzielnicy, korzystając z indyjskiej restauracji, w której do woli można było nakładać sobie ryżu lub naanów, czyli hinduskich chlebów w kształcie łez i łączyć to z sosami. Woda mineralna serwowana była za darmo. Nie była to restauracja japońska, ale przynajmniej azjatycka, więc o tym też tu wspominam. Poza tym, dopiero po wyjściu z tej knajpy stałam się z powrotem człowiekiem, bo wcześniejsze zwiedzanie (przede wszystkim elektroniczna dzielnica) wyczerpało i wygłodziło mnie. 
   A tutaj jeszcze taki gratis w postaci Oberbusza, próbującego zagrać 'mysterious face', tak jak Bill Murray w 'Lost in Translation'. Zresztą w tle na zdjęciu hotel, w którym odbywało się większość scen z tego filmu.


'You want more mysterious? I'll just try and think: Where the hell's the whiskey?'
   Przed wejściem do metra (polecam spojrzeć jak wygląda jego sieć stacji) natrafiliśmy jeszcze na szalony koncert japońskiej grupy:

video

   Jadąc metrem do następnej dzielnicy, poczuliśmy już jej klimat, gdy zauważyliśmy Japończyka w obcisłym złotym stroju (wyglądał jak złota pianka Asahi).

  ~~~

   Tak dotarliśmy do cosplayerskiej dzielnicy, czyli Harajuku. Wiedząc, że przebieraczy najczęściej można spotkać na ulicy Takeshita wśród sklepów z kostiumami postaci z mangi, gier, filmów i tym podobnych, wybraliśmy się w to miejsce. 


   Jednakże zobaczyłam tylko kilku cosplayerów i to takich bardzo zachowawczych. Niby się wyróżniali, ale nie w ekstremalny sposób. Równie dobrze mogli iść w tych strojach na obiad do babci. Za to widziałam ogrom ludzi z kolorowymi fryzurami, tunelami, tatuażami. Takie chodzące gify z tumblra. 

~~~

   I ostatni już przystanek. Dzielnica Shibuya. Znaleźliśmy się w centrum całego centrum. Naszym punktem widokowym był Starbucks, który trochę nas ożywił. 


   Kawiarnia była zapełniona po brzegi. A miejsce w niej tak zorganizowane, żeby mogło się tam pomieścić jak najwięcej osób z kubkiem kawy, aby pooglądać shibuyowskie skrzyżowanie. Oberbe ładnie nagrał to miejsce:

video

   Przechodząc przez tę ulicę, ewidentnie byłam znów kropką, ale już mi to nie przeszkadzało. Czułam się jak fragment scenografii bardzo dobrej sztuki.

sobota, 6 października 2012

_Czuła reklama

Zapraszam całym rymi-sercem do kolejnego, magicznego wpisu Oberbeusza.



wtorek, 2 października 2012

_Informacje o Japonii w polskich mediach, symbolika lisów, a także trochę o warzywach i owocach z japońskich straganów

   Gdy przeglądam wiadomości o Japonii w polskich mediach, to myślę, że jestem chyba w jakiejś innej Japonii. Oczywiście nigdy nie uważałam informacji z telewizji, radia, czy internetu za miarodajne i zazwyczaj starałam się je jakoś weryfikować, oddzielając przekaz faktów od próby tworzenia sensacji. Jednak w momencie, gdy główną informacją na stronie onetowskiej jest coś w stylu: 'Potężny tajfun uderzył w Japonię. Tokio zagrożone' czuję napięcie, że niezwłocznie muszę poinformować rodziców, że wszystko gra. I, że wiem o tym tajfunie już od dawna, że wystosowano specjalne komunikaty nawołujące do pozostania w domu, że po prostu trochę mocniej wiało, a skutkiem tego wiatru jest przewrócony kosz, kilka pourywanych gałązek na ulicy, brak mapy w koszyku mojego roweru, który stał na nieco odkrytym parkingu. A przecież kosz znów stoi na swym miejscu, gałęzie w większości posprzątane, a mapę znalazłam kilkanaście metrów za rowerem. Podobna potrzeba sprostowania sprawy występuje też w przypadku informacji o konflikcie między Japonią a Chinami o wyspy, czy w momencie, gdy natrafiamy na teorie spiskowe o rozległym promieniowaniu po 'wybuchu reaktora' w Fukushimie. Czuję się czasem jak jedyny uczciwy korespondent w Japonii. Normalnie mickiewiczowski mędrzec, szkiełko i oko.
   No właśnie, normalnie. Jest tu tak normalnie. No dobra, może trzęsienia ziemi to dość egzotyczny temat, ale te znane mi dotąd polegają po prostu na bujaniu (przystosowanymi tutaj zresztą do tego) budynkami i jest to przyjemne - czuję się wtedy jak na łódce. Dziś w nocy obudziło mnie dość mocne trzęsienie ziemi (o magnitudzie powyżej pięciu), ale świadomość sytuacji trwała tylko chwilę, bo ścieranie się płyt tektonicznych wręcz ukołysało mnie z powrotem do snu. Zresztą, w razie większych wstrząsów mamy specjalne kaski i porządny stół, pod który można się schować. Jedynymi dla mnie kataklizmami są tylko tutejsze burze. Czasem czuję się jakbym slalomem uciekała przed piorunami, ale w zasadzie, ja po prostu obawiam się wszelakich burz, więc nie należy ufać mi w ocenie specyfiki japońskich błyskawic i grzmotów.

~~~


   Ale za to można całkiem wierzyć w moją znajomość lisiej symboliki w Japonii. Podobnie jak u nas (przynajmniej frazeologicznie), kitsune uznawane jest za postać fałszywą, przebiegłą i chytrą. I to są tak zwane lisy yako, czyli dzikie - mające według pradawnych wierzeń - sprowadzać na ludzi choroby, szaleństwo, a czasem nawet przybierać postać pięknych dziewic, nakłaniających do seksu, po którym mężczyzna traci swoją witalność. Ale są i dobre lisy, czyli zenko - wykonawcy woli bóstw - one też czasem opętywały ludzi, ale w 'dobrej wierze', tak żeby konkretna osoba mogła na przykład przewidywać przyszłość i zapobiegać jakimś tragicznym wydarzeniom. Wspólnym mianownikiem tych lisów są właśnie zdolności magiczne i Japończycy (a przede wszystkim ci, wyznający religię shinto) mają do nich szczególny respekt. Okazują to na przykład rzeźbieniem lisich posążków przed świątyniami. 
   Ostatnio Oberbe zabrał mnie w takie miejsce (natrafił na nie kiedyś w porze lunchowej, szukając strawy na mieście) i przyznam, że było tam dość tajemniczo, choć zapewne sama też nastrojowo wygenerowałam sobie taki enigmatyczny klimat. Bez wątpienia pomagały w tym też wszędobylskie pajęczyny z ich ogromnymi właścicielami. Nie mam arachnofobii, wręcz intrygują mnie pająki, ale tutejsze przypominają trochę wyglądem te tropikalne i dalszy komentarz jest chyba zbędny, no. Tak samo jak ich przykładowa fotografia. Znam osoby, które po ujrzeniu zdjęcia pająka na mojej stronie, z zamkniętymi oczami próbowałyby wycelować kursorem w krzyżyk w górnym rogu strony i nigdy więcej już by nie wpisały osowiałej sowy w pasek przeglądarki. A-po-co-mi-to.


   Staramy się jeździć różnymi ścieżkami po Japonii, żeby zawsze wyhaczyć jakieś nowe atrakcje. I tak samo było w przypadku dojazdu do wspomnianej zdjęciowo lisiej świątyni. W wąskiej uliczce wypatrzyliśmy sklep 'Go Old Rush' stylizowany na miejsce typowo amerykańskie. Kamizelki w stylu country, oldschoolowe zapałki, westernowe stroje. No, taka mała Oklahoma. W momencie, gdy Oberbe wypatrzył skrzynię z komiksami, wiedziałam że przez najbliższe pół godziny próba kontaktu z nim może być utrudniona i, że musiałabym znać chyba jakiś supermeński język suahili, żebyśmy mogli porozmawiać. Przeczekałam, oglądając indiańskie stroje (aaa!). Czary nie były już potrzebne w momencie, gdy Oberbe wyszedł ze sklepu z papierową torbą, wypełnioną crisisami, spider-manami i jeszcze jakimiś innymi bohaterami z nadprzyrodzonymi zdolnościami.


   Tamtego dnia udało się też nam zdobyć kapitalny zestaw owoców w niewiarygodnej cenie. Nie wiem do dziś, o co chodziło i z jakiej Fukushimy pochodziła ta mandarynka, grejpfrut, winogrono, jabłko i chyba pomelo. Zapłaciliśmy za nie 200 jenów i były to chyba najlepiej wydane pieniądze w życiu. Dziewięć złotych za pożywną dawkę witamin. Taka okazja już nigdy się nie powtórzyła. Gdybyśmy chcieli złożyć taki zestaw z owoców, które oferują nam stragany i markety, musielibyśmy wydać ponad 3000 jenów, czyli jakieś 120 złotych z groszami. No, ale póki co, zapychamy się codziennie bananami, bo są dość tanie (średnio 200 jenów za kilka sztuk). Na zdjęciu powyżej widoczne są jeszcze smakołyki o smaku czegoś na kształt kasztanów, wyborne.


   Na szczęście z warzywami nie jest aż tak źle, ale też bez rewelacji. Jakiś czas temu znaleźliśmy mały sklepik, w którym udało nam się taniej kupić ziemniaki, sałatę, bakłażany, papryczki, kukurydzę i ogórki. Dodatkowo poczęstowano nas arbuzem i ekskluzywną herbatą. Jednak z każdą moją wyprawą w tamto miejsce, zauważam coraz mniej zróżnicowany asortyment i brak 'normalnych' warzyw i owoców. Są na przykład frykasy w postaci gałęzi cytrynowych za kilka tysięcy jenów. Ale zawsze w domu mamy sałatę, ogórka, no i banany. Zestaw powyżej zakupionych warzyw to niecały tysiąc jenów. Nie ma tragedii, ale oczywiście mam zakorzenione porównanie z Polską, w której za te czterdzieści złotych, kupowałam wręcz cały stragan. Nie wspominając o dzieciństwie na wsi, kiedy to warzywa i owoce rosły przed domem albo pełniły funkcję wymienną między sąsiadami za jakieś drobne przysługi. Ktoś dostawał kilka kilogramów ogórków i pomidorów za mendel jajek od wiejskich kur, a to ktoś zawiózł chore dziecko do lekarza w mieście i w zamian otrzymywał worek ziemniaków i kosz jabłek. Wewnętrzny handel roślinami. Aż tęsknię.

~~~

   A co u mnie tak bardziej prywatnie? Wszystko w porządku. Bardzo, bardzo i jeszcze jedno bardzo. 


   Dysponuję sporą ilością czasu i, żeby spędzać go produktywnie potrzeba wysokiej samodyscypliny. Jestem teraz w takim położeniu, że w zasadzie nikt niczego ode mnie nie wymaga. Niby sytuacja komfortowa, jednak warto też zaznaczyć, że w takim przypadku trudno o samozadowolenie i nie otrzymuje się potwierdzenia od strony społeczeństwa, że jest się kimś funkcjonalnym (taki arystotelesowski politikion zoon). Zwłaszcza, że moje 'wakacje' pojawiły się po intensywnym trybie życia, gdy studiowałam, pracowałam, robiłam swoje rzeczy i w ciągu każdego tygodnia krążyłam między Zajezierzem, Toruniem, a Warszawą. Urlop był przyjemny przez kilka pierwszych dni, ale długotrwały odpoczynek nigdy nie potrafił przynieść mi żadnej satysfakcji. Przeskoczyłam już jednak ten temat, nieco samolubnie poświęcając ten czas na pracę nad swoją świadomością, ciałem i umiejętnościami. Klasyka.
   Codziennie uczę się języka japońskiego, póki co samouczę, ale w następnym tygodniu zaczynamy chodzić z Oberbe na zorganizowane zajęcia, które odbywać się będą po angielsko-japońsku. Dwa razy w tygodniu uczęszczam na aerobik/fitness (instruktorką jest Ida, mama Jerzyka). Trochę układów tanecznych, a trochę szóstka Weidera. Do tego co najmniej cztery razy w tygodniu chodzę na siłownię. Głównie okupuję bieżnię, pamiętając jeszcze o mojej formie przedgimnazjalnej i jakichś tam osiągnięciach w tej dyscyplinie. Włączam Prodigy i czuję się jakbym przedzierała się przez dżunglę, haha. Ale potrafię też słuchać cały czas poniższego utworu na zapętleniu.


   Poza tym, oczyszczam jakieś zaległe foldery na komputerze i w ten sposób pozbyłam się już dwudziestu gigabajtów syfu. Jeny, jak lżej. Elektronicznie i filozoficznie. Oczyszczam, sprzątam, prowadzę też dom. Nieco go urządzam, ale bez większego przepychu. Po prostu chcę, żeby było nam jeszcze przyjemniej. 


   Sporo czasu spędzamy na wieczornych rozmowach, choć Oberbe pracuje czasem po kilkanaście godzin, a potem jeszcze nocą zajmuje się swoją stroną internetową i ogólnie sprawami pozostawionymi w Polsce. Relacjonujemy sobie dzień, opowiadamy niestworzone historie, planujemy przyszłość i takie tam. Ale wspaniałe 'takie tam'. Co-za-człowiek! Całe życie będę się nad tym rozprawiać i zachwycać. Bez trzymanki i na amen.


   Postanowiłam też uporządkować sprawy literackie i powyższy trans-zeszyt towarzyszy mi wszędzie. Już za długo chodziłam i jęczałam, że piszę i nie piszę, piszę i nie piszę. Teraz po prostu piszę i jest to w jakimś tam sensie nawet priorytet. Gdy już dość mam pisania, to rysuję na tablecie i wklejam obrazki w sekretne miejsce, które zna tylko Oberbe. Może za kilka lat je udostępnię. 
   No i oczywiście czytam sporo, ale niestety muszę bardziej uważać na dobierane lektury, bo zauważam, że czasem pisząc swoje rzeczy jestem za bardzo pod wpływem jakiegoś innego narratora z przeczytanej przed chwilą książki, a zdarzało mi się też czytać bardzo słabą prozę. W sumie to czekam też na nową książkę Masłowskiej. Ciekawe, co wymodzi tym razem. Tytułu, póki co, nie poczułam. Gdy już książka Masłowskiej będzie na rynku i ktoś przeczyta, niech da znać, co i jak, choć zamierzam ją sprowadzić (a to pewnie trochę potrwa) do Japonii. Książkę, nie Masłowską. A właśnie, możemy przyjmować gości w swoim mieszkaniu za darmo do dwudziestu dni. Gdyby coś, gdyby ktoś!
   Z takich bieżących spraw: planuję wycieczkę do Tsuchiury i Tokio w ten weekend, a w listopadzie do Korei. Z dalekosiężnych planów: zastanawiam się, jak rozplanować studia i ewentualny biznes. 
I-co-by-tu-pokombinować-żeby-wrócić-do-Japonii-na-stałe.