wtorek, 25 września 2012

_Poszukiwanie poczty, bitwy owadów, jeżdżące sushi i japoński ślub

   Nareszcie mogę znów swobodnie napisać coś o tym miejscu, bez większego spięcia. Wcześniej byłam nieco obrażona na Japonię po tym, jak w poszukiwaniu poczty wyrósł przede mną las w środku miasta, który nagle stał się labiryntem. Zapadł zmrok, zrobiło się wietrznie, a nade mną złowieszczo krakały wrony. Błądziłam po kolejnych ścieżkach, nie wiedząc czy zawracać, czy jechać naprzód. Poczułam się oszukana, bo według mapy w tym miejscu miała być poczta, a nie mój stan przedzawałowy. No, nie podobał mi się świat przedstawiony i po tym całym dramacie, zwyczajnie zrzuciłam wszystko na Japonię. I już zaczęły mnie irytować włączające się japońskie reklamy na youtube i słodkie nadzienie z fasoli w pieczywie. Ale już mi przeszło, znów kocham Japonię. Zwłaszcza, że odczarowałam dziś tamto feralne miejsce; trafiając do budynku poczty wręcz z zamkniętymi oczami i wysyłając w wielkim stylu list do rodziny - otrzymując od pani z okienka pochwałę moich umiejętności językowych. Poczułam się jak dziecko obdarzone odznaką za dobre sprawowanie i zaproszone do wspólnego, japońskiego stołu. W ten sposób leśny labirynt zapadł się pod ziemię, a moja pewność siebie w tym miejscu wróciła na tyle, że mogłabym wygłosić referat na temat przyszłości Japonii przed samym cesarzem.
   No, może nie aż tak, ale na pewno znów bardziej otwieram się na kontakty z ludźmi. I chyba preferuję rozmowy słabym japońskim z Japończykami niż znośnym angielskim z resztą świata. Swoją drogą, ogrom zawiera się w gestach i postawie. Na to zwracam największą uwagę, a Japończycy mają niesamowitą mowę ciała. Pełno w niej sprzeczności. Uogólniając są onieśmieleni, ale otwarci. I to mi wystarcza, i to mnie zachęca.


   Ostatnio wybrałam się na mecz piłki nożnej. W reprezentacji: sami Japończycy i Oberbe, a wokół boiska grupa dzieci, zajmująca się przechwytywaniem japońskich owadów do siatek na motyle i własnych czapek.

 

   Zainteresowało mnie to na tyle, że chciałam tego samego. Na początku były jakieś małe podchody z mej strony, a to nie przynosiło konkretnych rezultatów, ale w ostateczności wkupiłam się do grupy własnoręcznie złapanym pasikonikiem!


   Mój pierwszy pasikonik był mniejszy od tego większego i większy od mniejszego. Zresztą, mniejsza o większość. Był to zdrowy okaz kwalifikujący mnie do wspólnego udziału w łowach.


   Na powyższym filmie ewidentnie widać już respekt, jaki udało mi się pozyskać. Uroczy chłopiec dzielił się ze mną nowymi zdobyczami, aaa.


   A tu już pozowanie do zdjęć na boisku baseballowym (Japończycy mają totalnego hopla na punkcie tej dyscypliny, ale o tym może kiedy indziej) poprzez układ palców w literę V. To też japoński ewenement. Mówi się, że Japończycy przyjęli ten zwycięski znak (victory) od wiwatujących wojsk amerykańskich po oficjalnym zakończeniu wojny. Słyszałam też, że to takie ich 'cheese' do zdjęcia, bo wyrażenia oznaczające śmiech w japońskim to: niya niya lub niko niko - zaczynają się one od sylaby 'ni' oznaczającej dwa, a w układzie V są uniesione w górę właśnie dwa palce. Jednak najbardziej prawdopodobna wydaje mi się wersja, że gest ten rozpropagował Jun Inoue - aktor, który wystąpił w latach siedemdziesiątych w reklamach firmy Konica. Fotografował w nich osoby, układające swe dłonie w charakterystyczne V. Polecam większą rozprawę na ten temat w zewnętrznym linku (klik!). Z tej strony można wyczytać jeszcze, że w sprawę tego gestu zamieszane mogą być takie osoby jak: Churchill, Lynn, czy Lennon.


   Wracając jednak do tematu łowów - udało się zdobyć jeszcze tropikalną żabkę, dla której współtowarzysze zabawy przygotowali skromne bajorko (film powyżej).


   Chciałam napisać, że podczas tej rozrywki nie ucierpiało żadne zwierzę, ale nie mam pewności, co do tego. Wystarczy obejrzeć powyższy filmik z insektową bitwą. Jednak tam nie rozgrywały się tak drastyczne sceny jak na przykład na tej stronie. Pamiętam, jak kiedyś w polskiej prasie natrafiłam na informację o takich japońskich walkach i udało mi się odnaleźć ten artykuł, polecam. Bitwę wygrał raczej żuk.
   A sam mecz - chyba drużyna Oberbe - udało mi się nawet zarejestrować jeden z jego goli, ale nie pozwolił na publikację, uznając, że strzelił 'z czuba', ech. Ja za to zdobyłam nowych znajomych i wróciłam do domu z użądleniem. Przez kilka dni miałam trzecie kolano, ale na szczęście jego sprawcą nie był japoński szerszeń, więc zabawa trwa. Biorąc pod uwagę, że jad wspomnianego owada rozpuszcza mięso ofiary i zawiera w sobie ogrom feromonów zwołujących następne szerszenie, żeby zażądlić na amen. I trochę trudno im uciec, bo potrafią przelecieć ponad osiemdziesiąt kilometrów dziennie. Dziś widziałam jednego, gdy spacerował po wewnętrznej szybie wystawy sklepowej i zrezygnowałam z zakupów.

~~~

   Ale poza tym, japońska fauna jest urokliwa. Na ulicach nie zobaczy się bezdomnego psa, a Japończycy hodują głównie miniaturki tych zwierząt. Podejrzewam, że ze względu na mały metraż japońskich mieszkań. W ogóle jest tu pielęgnowana odpowiedzialność za posiadane zwierzę. Trzeba posiadać specjalne zezwolenie na zwykłego psa. Choć tak jak wspomniałam, tutejsze psy są niezwykłe. Rodzimymi japońskimi psami są na przykład: shiba i akita. Ostatnio poznałam wzruszającą historię związaną z tą drugą rasą. Jeden z psów akita, który miał na imię Hachi przez dziesięć lat po śmierci właściciela - japońskiego profesora - przybiegał na dworzec, gdzie oczekiwał na powrót swojego pana. Po śmierci psa, wypchano go i stoi teraz w Narodowym Muzeum Przyrody i Nauki w Tokio, a w dzielnicy Shibuya wybudowano mu pomnik. Nakręcono nawet film 'Hachiko: A dog's story' opowiadający historię tego psa. Polski tytuł to: 'Mój przyjaciel Hachiko'. W najbliższym czasie zamierzam obejrzeć. Póki co, lubię obserwować na żywo inne zwierzęta, na przykład z wieży w parku Matsumi, tak jak na poniższym zdjęciu. Co to takiego przy brzegu?


   Zbiór karpi, ale pod względem wielkości i kolorystyki, nie byle jakich.


   W celach ozdobnych wyhodowano ich różne odmiany (pomarańczowe, białe, mieszane) o nazwie nishikigoi. Obok tego jeziora starsza pani sprzedaje specjalną karmę po 50 jenów (nieco ponad dwa złote) za paczkę, a karpie ustawiają się po pokarm, otwierając swe paszcze. 
   Wspomniany Matsumi Park jest moim ulubionym spośród wszystkich poznanych przeze mnie parków. To właśnie w nim mieści się kochany sklep dziesięciojenowy, o którym była już tutaj mowa.


   Tak jak wspominałam w parku znajduje się wieża, na którą można wejść za 100 jenów. Możliwość taką wypatrzył kiedyś Oberbe.


   Tutaj widok z niej na góry w Tsukubie, o których wspomniałam kiedyś w twin-peaksowym tekście. Zamierzamy oczywiście się na nie wspiąć, więc zapewne pojawi się jakiś większy raport z tej okazji.


   Oberbe odkrył też niepozorną galerię sztuki w tym parku. Trafiliśmy akurat na wystawę artysty Taku Inoue - tutaj jego strona, na której można zobaczyć kilka prac. Oczywiście jak na internetową galaktykę z Japonii przystało - nie można powiększyć obrazów, więc należy podziwiać tylko spikselizowane miniaturki.


   Naturalnie w parku jest też sporo automatów. Na zdjęciu powyżej maszyna z lodami w cenach od 120 do 150 jenów. Nie natrafiliśmy jeszcze na te o smaku ośmiornicy. Ale natrafialiśmy już na ośmiornicę o smaku nieośmiornicy. Było tak chyba przy okazji pobytu w HanamaZushi - restauracji typu: sushi-go-round lub nazywanej: sushi-train. 


   W miejscach tego typu można zamówić przez dotykowy ekran (widoczny na zdjęciu powyżej, choć w sumie słabo, bo prześwietlił się) konkretne sushi, typu nigiri czy maki. Lecz można też po prostu wybrać je sobie z taśmociągu z potrawami na talerzykach. Bieżnia ta przejeżdża obok stolików i na niej zresztą są też dania zamówione przez mały ekran oraz miseczki z wasabi. Przy każdym stoliku znajduje się też kran z wrzątkiem i matcha, czyli mielona herbata zielona. Dodatkowym wyposażeniem są na przykład oshibori, czyli gorące ręczniki do oczyszczania rąk (pierwszy raz miałam z nimi do czynienia już w samolocie do Japonii). Na stole jest też sos sojowy i specjalny pojemnik z gari, czyli plasterkami konserwowego imbiru, służącego głównie do oczyszczania kubków smakowych. No i oczywiście są też pałeczki, czyli hashi (słowo to oznacza też 'brzeg' i 'most', trochę żartem można zapytać Japończyka o przetłumaczenie zdania: Pałeczki na brzegu mostu). Zapłata za dania w tego typu barach polega na tym, że liczy się ilość talerzyków, które różnią się czasem kolorami, ze względu na inne ceny potraw.


   A tutaj znajomi z Ninomiyi. Po prawej Michał, który wylatuje za kilka godzin do Polski. Trochę chlip. Zwłaszcza, że nie udało nam się dotrzeć na lekcję do jednej z japońskich szkół podstawowych, tak jak sobie zaplanowaliśmy. Przy pierwszym podejściu nieco zabłądziliśmy w miejskiej zabudowie, a okazało się, że powinniśmy jechać jakąś ścieżką między polami ryżowymi. Google Maps nieco wprowadziło w błąd. W dodatku japońskie ulice nie mają tabliczek z nazwami. W ogóle rzadko która ulica jakoś się nazywa.

~~~


   Przeglądając folder ze zdjęciami natrafiłam jeszcze na taki bonus. Niedaleko naszego mieszkania znajduje się tak zwany Pałac Ślubów. Przejeżdżając obok, trafiliśmy pewnego razu na sesję fotograficzną pary młodej. Oberbe też chciał zrobić im zdjęcie. Sama speszyłam się nieco i odradzałam mu ten pomysł. Gdy migawka pstryknęła i para młoda to zauważyła, zaczęła nam dziękować i wręcz komicznie się zachowywać. Mamy wrażenie, że gdybyśmy zostali w ich otoczeniu nieco dłużej, to zaprosiliby nas na swoje wesele, haha. Na zdjęciu widać też typowo japoński samochód i pluszaki w ilości hurtowej za przednią szybą samochodu. Azjaci w ogóle mają tendencję do przyozdabiania przedmiotów codziennego użytku breloczkami, czy maskotkami właśnie. A ich telefony komórkowe często są poobwieszane koralikami i postaciami z anime. 

~~~


I na koniec jeszcze energetyzujący utwór w japońskiej stylistyce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz