poniedziałek, 17 września 2012

_Magic: The Gathering w Tsuchiurze, żółwie w parku i pachinko

   Nie potrafię grać w Magic: The Gathering, a moja wiedza na temat tej karcianki kończy się mniej więcej na tym, że ma pięć podstawowych kolorów i, że została stworzona przez matematyka. Miałam okazję poznać kilku mistrzów Polski, a w jednym nawet poważnie się zauroczyć. To spowodowało, że nieśmiało czasem podglądałam jakieś domowe turnieje, częstując graczy ciastem. Niekiedy odwiedzam psychatogową stronę tylko po to, żeby kliknąć w reklamę, ale to nie sprawia, że staję się wiedźmą Lilianą.
   Skąd to intro w nawiązaniu do relacji z Japonii? A stąd, że Oberbe jest wspomnianym mistrzem i urządzał właśnie te domowe turnieje, że założył serwis psychatogowy, że właśnie dzięki jego zainteresowaniom znalazłam się na chwilę w sąsiednim mieście - Tsuchiurze - starszej miejscowości niż Tsukuba, toteż bardziej japońskiej i tajemniczej. I o tym właśnie ten raport. Przede wszystkim dla tych, którzy nigdy nie słyszeli o Magicu, bo ode mnie mogą się dowiedzieć tylko tyle, że taka gra istnieje, haha. Zainteresowanych odsyłam do Oberbe.
   Przejażdżkę do Tsuchiury na turniej karciany zaproponował nam nowo poznany (drogą mailową) kolega - Eiji. Jak się okazało w trakcie jazdy - oczywiście było mu totalnie nie po drodze, mieszka dwa miasta dalej. Oberbusz zapytał go o doświadczenia magicowe. Usłyszeliśmy odpowiedź, że gra od lutego. Zapowiadało się interesująco, zwłaszcza że Oberbe gra już chyba od piętnastu lat. 
   Po dotarciu na miejsce, zobaczyliśmy miasto w klimacie industrialnym. Nie natknęliśmy się na żadnego obcokrajowca. Taka czysta Japonia. Mieliśmy okazję wstąpić do małego sklepu z grami ('Waku-waku shop'). Tutaj ja z przemiłym właścicielem tego miejsca.


   Jednak naszym głównym celem był spory sklep ('Sakura shop'), w którym miał odbywać się turniej. No właśnie, miał, ale o tym zaraz. Oberbe zgrał dla mnie mapy Tsuchiury na tablet i przyszykował wręcz kompas, spodziewając się, że znudzona oglądaniem kilkugodzinnych rozgrywek karcianych, wybiorę się na samodzielną podróż po mieście. 


   Nic z tego. Okazało się, że dotarliśmy na sam koniec turnieju. Naszemu koledze pomyliły się nieco godziny, haha. Nasłuchaliśmy się sumimasenowania (to jeden z moich japońskich, spolszczonych neologizmów, sumimasen - przepraszam), ale nas to jedynie rozbawiło. Bezproblemowo.


   Spacerowałam po sali i robiłam zdjęcia, starając się nie rozpraszać za bardzo gry. Lubię wyobrażać sobie, co dzieje się w wyobraźni graczy, gdy kładą karty na stół. Wiem, że budują sobie inny świat i zawsze mnie to intryguje, choć (jeśli już), to preferuję jakieś bajeczne fantasy, a nie pełnometrażowe walki stworów.


   Współtowarzysze podróży oczywiście nie mogli odpuścić sobie rozegrania towarzyskiego pojedynku. Powyżej fragment ich gry. Oberbe wygrał ten mecz.


   W tym sklepie można było handlować kartami. Wymienić, sprzedać, kupić, zagrać. Tutaj pan z obsługi w specjalnej masce. Nie oznacza to, że obawia się wirusów z zewnątrz. Wręcz przeciwnie - jest chory i dba o zdrowie innych, ograniczając narażenie ich na choroby. 


   Tutaj jeszcze pamiątkowe zdjęcie sklepu, który był naprawdę sporych rozmiarów, ale zdjęcia nie bardzo oddają jego charakteru. Oczywiście tak jak w Tsuchiurze nie spotkaliśmy innych obcokrajowców, tak w tym sklepie z grami nie zauważyłam żadnej kobiety.


   Korzystając z okazji, postanowiliśmy wspólnie pozwiedzać Tsuchiurę. Ciekawostka - w tym mieście znajduje się drugie co do wielkości jezioro w Japonii (Kasumigaura), ale byliśmy zbyt oddaleni od niego. W pobliżu wypatrzyliśmy Park Żółwiowy i osiemsetletnią świątynię. 


   Po drodze jednak natknęliśmy się na cudowne miejsce prowadzone przez fantastycznych ludzi, którzy zaprosili nas do pokoju obok. Poczęstowali orzeźwiającą herbatą i włączyli klimatyzację (u nas nadal upały). W dodatku to sklep z rękodziełami wykonanymi przez osoby niepełnosprawne. Kupiłam zeszyt do przepisów kulinarnych, dżem truskawkowy i ciastka.


   W Parku Żółwiowym zobaczyliśmy dwa żółwie. Jednego - prawdziwego, wodnego. Drugiego - sztucznego (pomnik żółwia, który dotykam na zdjęciu powyżej). A i jeszcze widzieliśmy samotną, smutną i zawstydzoną małpę w klatce.


   A tu po lewej kawałek wspomnianej świątyni. Dodatkowo grobowce i kolorowy parking. Zwykły gaikokujin (nie-Japończyk) nie ma raczej wstępu do takich sakralnych miejsc.


   A i jeszcze zahaczyliśmy o salon pachinko, który nas ogłuszył dźwiękiem miliona spadających metalowych kuleczek. W ogóle sama gra polega na monotonnym kontrolowaniu wędrujących po pionowej planszy kulek. Byliśmy tam dość krótko, ale i tak trochę za długo. Cytując Tomańskiego: 'Przebywanie w salonie pachinko to raczej wątpliwa przyjemność. Coś między wizytą na linii montażowej fabryki z filmu Charliego Chaplina, gdzie wszyscy pracownicy w tym samym tempie powtarzają te same ruchy - i jednocześnie przebywanie ósmą godzinę na imprezie techno'.

~~~

   Tsuchiura to niezłe miasto, choć nasza Tsukuba chyba bardziej komfortowa. Ważne, że Oberbe znalazł ciekawe miejsce do grania. Po powrocie czuliśmy się nieco niezręcznie i chcieliśmy zrzucić się chociaż na benzynę, na co Eiji nie pozwolił. Podarowaliśmy mu ciastka nabyte w tym urokliwym sklepie z rękodziełami. 
A w następnym odcinku bitwy owadów, karpie większe od psów i tak dalej.

1 komentarz:

  1. "sklep z rękodziełami wykonanymi przez osoby niepełnosprawne" - Jamalowi K*rwin-Mekka by się to nie spodobało ;D

    OdpowiedzUsuń