czwartek, 6 września 2012

_Mój przewodnik po Japonii - Jerzyk

     Przez ostatnie dwa tygodnie nie miałam czasu na klikanie w komputer, stąd przerwa w nadawaniu komunikatów. Teraz mam go ogrom, ale oczywiście staram się wystrzegać zastygania przy biurku, skoro tyle atrakcji wokół. Przez długi czas mojego pobytu tutaj towarzyszem japońskich eksploracji był Jerzyk. Sześcioletni chłopiec, który mieszka w Tsukubie od kwietnia. W zasadzie to pełnił wręcz rolę mojego prywatnego przewodnika, haha. A to ja miałam się nim opiekować.


   Dzięki Jerzykowi poznałam nieco tutejsze metody edukacyjne. Jedyny komentarz, który aż huczy w głowie na myśl o japońskich instytucjach szkolnych: kreatywność. Jerzyk z dumą zaprezentował mi cudne origami, które systematycznie wykonywał na zajęciach w przedszkolu:


   Na zdjęciu widoczne są projekty diamentu, kurczaka, królika, bałwana, shinkansena, cykady, żabki, płaszczki, kwiatów, jajka w podstawce, chyba japońskich świnek, węża, kaczki, pół biedronki i tak dalej.
   Jerzyk pokazał mi też ogrom świetnych rysunków, krzyżówek, wyklejanek, a nawet ozdobną świeczkę wykonaną samodzielnie. Z tych wszystkich działań ewidentnie przebijało japońskie przyzwolenie na nieszablonowe i abstrakcyjne myślenie. Wyczuwałam swobodę w tych wszystkich pracach:


Jeśli zobaczysz psa w różowe chmurki, dzwoń!

   Oczywiście nie mogło też zabraknąć wpajania od dziecka słynnego japońskiego etosu pracy, który jest godny podziwu, ale gdy przeradza się w skrajność, wywołuje niepokój. To przecież w Japonii pierwszy raz użyto terminu: 'śmierć z przepracowania' (karoshi). I nic dziwnego, skoro Japończycy przesiadują w pracy od świtu do nocy. Znane koncerny obawiają się, że zostaną oskarżone o tragiczny stan zdrowia swoich pracowników, czy nawet właśnie śmierć i narzucają specjalne ograniczenia. Na przykład Toyota w Japonii nie pozwala na więcej niż trzydzieści nadgodzin w miesiącu, a niektóre biura o 19:00 'wyganiają' specjalnymi komunikatami swoich pracowników do domu. Japończycy, gdy nie pracują są nieszczęśliwi po stokroć. Potrafią nawet ukrywać miesiącami przed swoją rodziną, że zostali wyrzuceni z pracy - rano dziękują swym żonom za kanapki do pracy, wychodzą o świcie, wracają po zachodzie słońca - gdzie w tym czasie są? Wyczytałam gdzieś, że organizuje się specjalne miejsca, do których mogą przychodzić Japończycy znajdujący się właśnie w takiej sytuacji. Postaram się znaleźć źródło i opisać to bardziej przy następnej okazji. Okładka książki, którą w przedszkolu miał do wykonania Jerzyk, trochę potwierdza powyższe:


   Chyba wspominałam już kiedyś o miłości Japończyków do muzyki klasycznej. No właśnie, toteż nie zdziwił mnie wcale widok skrzypiec w domu Jerzyka i informacja, że wypożyczył je ze szkoły, do której właśnie poszedł od września:


   W tle na czarnej kartce nasz kosmos. Bardzo nasz, bo według tego malunku Ziemia zajmuje chyba czwarte lub piąte miejsce od Słońca. No, w każdym razie, niewłaściwe. W ogóle dużo rysowaliśmy. Jeny, ile my rysowaliśmy! Nie narysowałam tyle chodząc w liceum do klasy o profilu plastycznym.


I interpretowaliśmy dzieła. 


   A po ciężkiej artystycznej pracy jeździliśmy rowerami po parujących od żaru z nieba ulic, po parkach, wśród jezior. Zyskałam drugie dzieciństwo. Jerzyk pokazał mi przecudny sklepik, który nazywał się chyba 'Risaikuru' (リサイクル), czyli recykling. Pomieszczenie trzy na trzy, otwarte tylko dwie godziny dziennie, prowadzony przez dwie urocze, starsze panie, z którymi rozmawiałam po japońsku. Miałam wrażenie, że to one napisały wszystkie książki świata do nauki japońskiego. Nasz dialog wyglądał jak z pierwszych stron takich ćwiczeń. Brzmiał, jak z kasety włączonej w szkole na zajęciach języka japońskiego. Bardzo motywujące do dalszej nauki. Absolutnym hitem jest też to, że w tym sklepie można znaleźć wszystko. Zabawki, ubrania, ceramikę, książki, obrazy, a większość z tych rzeczy kosztowała mniej więcej 10 jenów, czyli jakieś 43 grosze! Tak jakby te kobiety na starość chciały się pobawić w sklep. Niesamowite. I nie zdziwiłabym się, gdyby dochód ze sprzedaży tych sprzętów przeznaczony był na jakiś szczytny cel. Niestety nie miałam wtedy ze sobą aparatu, ale wybiorę się tam jeszcze nie raz. Muszę tylko nauczyć się bardziej zaawansowanych dialogów po japońsku, haha.


   Podczas jednej z naszych wypraw spotkaliśmy się z Alą i jej tatą - znajomymi Jerzyka, którzy jak się okazało - mieszkali ze mną w hotelu. Na drugi dzień po spotkaniu wylatywali do Polski. Zdjęcie zrobione w okolicy Nova Hall w Tsukubie. 


   Byłam nieco zdziwiona, gdy Jerzyk zaczął rozmawiać po angielsku z azjatyckim kolegą. Okazało się, że to znajomy z przedszkola. Nie jestem dobra w takich dziennych sprawozdaniach, ale Jerzyk wyręczył mnie w tym arcy-wdzięcznie:


'Moje relacje.
My jesteśmy w Japonii i mam opiekunkę (ojeja!)
Dzisiaj na fontannie bawiłem się z koleżanką przy fontannie i spotkałem kolegę ze szkoły.
I wszedłem do wody'

   Najpiękniejsze jest to ostatnie zdanie. Takie jakby 'Wstąpiłem na działo'. I oczywiście bonus w postaci flag. Jerzykowy raport przypomniał mi pamiętniki, które pisałam mając osiem, dziewięć lat. Nazwałam je potem zgrabnie '_intro do autyzmu'. Naprawdę Jerzyk zaserwował mi powrót do dzieciństwa, aaa.

~~~

   I to też dzięki Jerzykowi miałam pretekst do poznania w końcu ostatniej przestrzeni w naszym apartamentowcu. Ninomiya House ma tak zwane common spaces, czyli bibliotekę, siłownię, salon wypoczynkowy i tak dalej, ale o tym kiedy indziej. Jedynym nieznanym mi terenem był children room, gdyż wypadałoby mieć jakieś dziecko, żeby tam wstąpić. I oto zjawił się Jerzyk:


   Bardzo ciekawa przestrzeń z piękną podłogą, niezłymi zabawkami, książkami, komputerem, telewizorem i oczywiście odtwarzaczem kaset VHS, które są nadal bardzo popularne w Japonii. Gdy w children roomie zjawiały się azjatyckie dzieci, z Jerzykiem stanowiliśmy nieco atrakcję. Mały Japończyk siadał obok mnie i podawał książkę, prosząc o czytanie mu bajki. Składałam znak po znaku jak dziecko w zerówce. Oczywiście omijałam kanji, więc zapewne powstawała dziwna historia bez ładu, ale chłopiec był zadowolony i zdziwiony, gdy pytając mnie o coś, mówiłam: 'Nihongo o hanashimasen', czyli 'nie mówię po japońsku'. Jak to - przecież czytam mu książki po japońsku (dziwnie, bo dziwnie) - widzę na ilustracji książkowej rybę i mówię, że 'sakana' - a w dodatku mówię po japońsku, że nie mówię po japońsku. Mały Japończyk był zdezorientowany, ale pozytywnie. Spodobaliśmy się też małej dziewczynce z Mongolii, która zawsze chciała siedzieć pomiędzy nami podczas oglądania japońskich bajek. 
Kawaii!


Jak urocze zabawki, które oczywiście wyglądają tu też nieco inaczej. Odchudzony japoński Kubuś Puchatek, wszędobylskie Hello Kitty i zielona postać jakby rodem z filmów animowanych Hayao Miyazakiego.


   Znajome postaci? Na pierwszym planie bezsprzecznie Pinokio z charakterystycznym nosem. Po japońsku: Pinkkio. A z tyłu Robin Fuddo. Tak, tak. Fuddo, czyli Hood. 
   Te jeszcze wyglądają jak nasze, ale typowo japońskie książki są kapitalne. Maksymalnie ascetyczne i oszczędne w ilustracjach i treści. Nic dziwnego, że cudowna Iwona Chmielewska z Torunia cieszy się sporą popularnością w Japonii i Korei Południowej, ale o tym też innym razem, bo temat rzeka.


   Natomiast już zupełnie inne są japońskie czasopisma dla dzieci. Totalnie pstrokate i zapełnione po brzegi małymi, kolorowymi obrazkami. Patrząc na okładkę (powyżej) mózg nie wie, na czym się skupić.

~~~

   Nieubłagalnie zaczął się wrzesień. Jerzyk w szkole. Niezbyt często się widujemy, ale na moim blogu zawsze znajdzie się miejsce na jego japońskie relacje, haha. 


   W następnym odcinku przewiduję raporty z dwóch festiwali. Z Tsukuby i Ninomiya House. Poniżej przedsmak - przygotowania do tego drugiego festu. Hej!

4 komentarze:

  1. fuddo albo huddo, w sumie można tam przeczytać 'h' :)

    tylko nie zasiedź się w tym children roomie, w domu dzieci płaczą!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. haha. masz rację, nie zauważyłam małego 'tsu' podwajającego. poprawiam, dzięęęęki. obiad stygnie, chooo!

    OdpowiedzUsuń
  3. Młody naprawdę nieźle rysuje. Podoba mi się ta jego błękitna krecha dookoła postaci. To takie ilustracyjne rozwiązanie. Super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha, to akurat mój rysunek, ale jerzyk dzielnie pomagał i jest bardzo utalentowany ; >

      Usuń