wtorek, 25 września 2012

_Poszukiwanie poczty, bitwy owadów, jeżdżące sushi i japoński ślub

   Nareszcie mogę znów swobodnie napisać coś o tym miejscu, bez większego spięcia. Wcześniej byłam nieco obrażona na Japonię po tym, jak w poszukiwaniu poczty wyrósł przede mną las w środku miasta, który nagle stał się labiryntem. Zapadł zmrok, zrobiło się wietrznie, a nade mną złowieszczo krakały wrony. Błądziłam po kolejnych ścieżkach, nie wiedząc czy zawracać, czy jechać naprzód. Poczułam się oszukana, bo według mapy w tym miejscu miała być poczta, a nie mój stan przedzawałowy. No, nie podobał mi się świat przedstawiony i po tym całym dramacie, zwyczajnie zrzuciłam wszystko na Japonię. I już zaczęły mnie irytować włączające się japońskie reklamy na youtube i słodkie nadzienie z fasoli w pieczywie. Ale już mi przeszło, znów kocham Japonię. Zwłaszcza, że odczarowałam dziś tamto feralne miejsce; trafiając do budynku poczty wręcz z zamkniętymi oczami i wysyłając w wielkim stylu list do rodziny - otrzymując od pani z okienka pochwałę moich umiejętności językowych. Poczułam się jak dziecko obdarzone odznaką za dobre sprawowanie i zaproszone do wspólnego, japońskiego stołu. W ten sposób leśny labirynt zapadł się pod ziemię, a moja pewność siebie w tym miejscu wróciła na tyle, że mogłabym wygłosić referat na temat przyszłości Japonii przed samym cesarzem.
   No, może nie aż tak, ale na pewno znów bardziej otwieram się na kontakty z ludźmi. I chyba preferuję rozmowy słabym japońskim z Japończykami niż znośnym angielskim z resztą świata. Swoją drogą, ogrom zawiera się w gestach i postawie. Na to zwracam największą uwagę, a Japończycy mają niesamowitą mowę ciała. Pełno w niej sprzeczności. Uogólniając są onieśmieleni, ale otwarci. I to mi wystarcza, i to mnie zachęca.


   Ostatnio wybrałam się na mecz piłki nożnej. W reprezentacji: sami Japończycy i Oberbe, a wokół boiska grupa dzieci, zajmująca się przechwytywaniem japońskich owadów do siatek na motyle i własnych czapek.

  video

   Zainteresowało mnie to na tyle, że chciałam tego samego. Na początku były jakieś małe podchody z mej strony, a to nie przynosiło konkretnych rezultatów, ale w ostateczności wkupiłam się do grupy własnoręcznie złapanym pasikonikiem!


   Mój pierwszy pasikonik był mniejszy od tego większego i większy od mniejszego. Zresztą, mniejsza o większość. Był to zdrowy okaz kwalifikujący mnie do wspólnego udziału w łowach.

video

   Na powyższym filmie ewidentnie widać już respekt, jaki udało mi się pozyskać. Uroczy chłopiec dzielił się ze mną nowymi zdobyczami, aaa.


   A tu już pozowanie do zdjęć na boisku baseballowym (Japończycy mają totalnego hopla na punkcie tej dyscypliny, ale o tym może kiedy indziej) poprzez układ palców w literę V. To też japoński ewenement. Mówi się, że Japończycy przyjęli ten zwycięski znak (victory) od wiwatujących wojsk amerykańskich po oficjalnym zakończeniu wojny. Słyszałam też, że to takie ich 'cheese' do zdjęcia, bo wyrażenia oznaczające śmiech w japońskim to: niya niya lub niko niko - zaczynają się one od sylaby 'ni' oznaczającej dwa, a w układzie V są uniesione w górę właśnie dwa palce. Jednak najbardziej prawdopodobna wydaje mi się wersja, że gest ten rozpropagował Jun Inoue - aktor, który wystąpił w latach siedemdziesiątych w reklamach firmy Konica. Fotografował w nich osoby, układające swe dłonie w charakterystyczne V. Polecam większą rozprawę na ten temat w zewnętrznym linku (klik!). Z tej strony można wyczytać jeszcze, że w sprawę tego gestu zamieszane mogą być takie osoby jak: Churchill, Lynn, czy Lennon.

video

   Wracając jednak do tematu łowów - udało się zdobyć jeszcze tropikalną żabkę, dla której współtowarzysze zabawy przygotowali skromne bajorko (film powyżej).

video

   Chciałam napisać, że podczas tej rozrywki nie ucierpiało żadne zwierzę, ale nie mam pewności, co do tego. Wystarczy obejrzeć powyższy filmik z insektową bitwą. Jednak tam nie rozgrywały się tak drastyczne sceny jak na przykład na tej stronie. Pamiętam, jak kiedyś w polskiej prasie natrafiłam na informację o takich japońskich walkach i udało mi się odnaleźć ten artykuł, polecam. Bitwę wygrał raczej żuk.
   A sam mecz - chyba drużyna Oberbe - udało mi się nawet zarejestrować jeden z jego goli, ale nie pozwolił na publikację, uznając, że strzelił 'z czuba', ech. Ja za to zdobyłam nowych znajomych i wróciłam do domu z użądleniem. Przez kilka dni miałam trzecie kolano, ale na szczęście jego sprawcą nie był japoński szerszeń, więc zabawa trwa. Biorąc pod uwagę, że jad wspomnianego owada rozpuszcza mięso ofiary i zawiera w sobie ogrom feromonów zwołujących następne szerszenie, żeby zażądlić na amen. I trochę trudno im uciec, bo potrafią przelecieć ponad osiemdziesiąt kilometrów dziennie. Dziś widziałam jednego, gdy spacerował po wewnętrznej szybie wystawy sklepowej i zrezygnowałam z zakupów.

~~~

   Ale poza tym, japońska fauna jest urokliwa. Na ulicach nie zobaczy się bezdomnego psa, a Japończycy hodują głównie miniaturki tych zwierząt. Podejrzewam, że ze względu na mały metraż japońskich mieszkań. W ogóle jest tu pielęgnowana odpowiedzialność za posiadane zwierzę. Trzeba posiadać specjalne zezwolenie na zwykłego psa. Choć tak jak wspomniałam, tutejsze psy są niezwykłe. Rodzimymi japońskimi psami są na przykład: shiba i akita. Ostatnio poznałam wzruszającą historię związaną z tą drugą rasą. Jeden z psów akita, który miał na imię Hachi przez dziesięć lat po śmierci właściciela - japońskiego profesora - przybiegał na dworzec, gdzie oczekiwał na powrót swojego pana. Po śmierci psa, wypchano go i stoi teraz w Narodowym Muzeum Przyrody i Nauki w Tokio, a w dzielnicy Shibuya wybudowano mu pomnik. Nakręcono nawet film 'Hachiko: A dog's story' opowiadający historię tego psa. Polski tytuł to: 'Mój przyjaciel Hachiko'. W najbliższym czasie zamierzam obejrzeć. Póki co, lubię obserwować na żywo inne zwierzęta, na przykład z wieży w parku Matsumi, tak jak na poniższym zdjęciu. Co to takiego przy brzegu?


   Zbiór karpi, ale pod względem wielkości i kolorystyki, nie byle jakich.


   W celach ozdobnych wyhodowano ich różne odmiany (pomarańczowe, białe, mieszane) o nazwie nishikigoi. Obok tego jeziora starsza pani sprzedaje specjalną karmę po 50 jenów (nieco ponad dwa złote) za paczkę, a karpie ustawiają się po pokarm, otwierając swe paszcze. 
   Wspomniany Matsumi Park jest moim ulubionym spośród wszystkich poznanych przeze mnie parków. To właśnie w nim mieści się kochany sklep dziesięciojenowy, o którym była już tutaj mowa.


   Tak jak wspominałam w parku znajduje się wieża, na którą można wejść za 100 jenów. Możliwość taką wypatrzył kiedyś Oberbe.


   Tutaj widok z niej na góry w Tsukubie, o których wspomniałam kiedyś w twin-peaksowym tekście. Zamierzamy oczywiście się na nie wspiąć, więc zapewne pojawi się jakiś większy raport z tej okazji.


   Oberbe odkrył też niepozorną galerię sztuki w tym parku. Trafiliśmy akurat na wystawę artysty Taku Inoue - tutaj jego strona, na której można zobaczyć kilka prac. Oczywiście jak na internetową galaktykę z Japonii przystało - nie można powiększyć obrazów, więc należy podziwiać tylko spikselizowane miniaturki.


   Naturalnie w parku jest też sporo automatów. Na zdjęciu powyżej maszyna z lodami w cenach od 120 do 150 jenów. Nie natrafiliśmy jeszcze na te o smaku ośmiornicy. Ale natrafialiśmy już na ośmiornicę o smaku nieośmiornicy. Było tak chyba przy okazji pobytu w HanamaZushi - restauracji typu: sushi-go-round lub nazywanej: sushi-train. 


   W miejscach tego typu można zamówić przez dotykowy ekran (widoczny na zdjęciu powyżej, choć w sumie słabo, bo prześwietlił się) konkretne sushi, typu nigiri czy maki. Lecz można też po prostu wybrać je sobie z taśmociągu z potrawami na talerzykach. Bieżnia ta przejeżdża obok stolików i na niej zresztą są też dania zamówione przez mały ekran oraz miseczki z wasabi. Przy każdym stoliku znajduje się też kran z wrzątkiem i matcha, czyli mielona herbata zielona. Dodatkowym wyposażeniem są na przykład oshibori, czyli gorące ręczniki do oczyszczania rąk (pierwszy raz miałam z nimi do czynienia już w samolocie do Japonii). Na stole jest też sos sojowy i specjalny pojemnik z gari, czyli plasterkami konserwowego imbiru, służącego głównie do oczyszczania kubków smakowych. No i oczywiście są też pałeczki, czyli hashi (słowo to oznacza też 'brzeg' i 'most', trochę żartem można zapytać Japończyka o przetłumaczenie zdania: Pałeczki na brzegu mostu). Zapłata za dania w tego typu barach polega na tym, że liczy się ilość talerzyków, które różnią się czasem kolorami, ze względu na inne ceny potraw.


   A tutaj znajomi z Ninomiyi. Po prawej Michał, który wylatuje za kilka godzin do Polski. Trochę chlip. Zwłaszcza, że nie udało nam się dotrzeć na lekcję do jednej z japońskich szkół podstawowych, tak jak sobie zaplanowaliśmy. Przy pierwszym podejściu nieco zabłądziliśmy w miejskiej zabudowie, a okazało się, że powinniśmy jechać jakąś ścieżką między polami ryżowymi. Google Maps nieco wprowadziło w błąd. W dodatku japońskie ulice nie mają tabliczek z nazwami. W ogóle rzadko która ulica jakoś się nazywa.

~~~


   Przeglądając folder ze zdjęciami natrafiłam jeszcze na taki bonus. Niedaleko naszego mieszkania znajduje się tak zwany Pałac Ślubów. Przejeżdżając obok, trafiliśmy pewnego razu na sesję fotograficzną pary młodej. Oberbe też chciał zrobić im zdjęcie. Sama speszyłam się nieco i odradzałam mu ten pomysł. Gdy migawka pstryknęła i para młoda to zauważyła, zaczęła nam dziękować i wręcz komicznie się zachowywać. Mamy wrażenie, że gdybyśmy zostali w ich otoczeniu nieco dłużej, to zaprosiliby nas na swoje wesele, haha. Na zdjęciu widać też typowo japoński samochód i pluszaki w ilości hurtowej za przednią szybą samochodu. Azjaci w ogóle mają tendencję do przyozdabiania przedmiotów codziennego użytku breloczkami, czy maskotkami właśnie. A ich telefony komórkowe często są poobwieszane koralikami i postaciami z anime. 

~~~


I na koniec jeszcze energetyzujący utwór w japońskiej stylistyce.

poniedziałek, 17 września 2012

_Magic: The Gathering w Tsuchiurze, żółwie w parku i pachinko

   Nie potrafię grać w Magic: The Gathering, a moja wiedza na temat tej karcianki kończy się mniej więcej na tym, że ma pięć podstawowych kolorów i, że została stworzona przez matematyka. Miałam okazję poznać kilku mistrzów Polski, a w jednym nawet poważnie się zauroczyć. To spowodowało, że nieśmiało czasem podglądałam jakieś domowe turnieje, częstując graczy ciastem. Niekiedy odwiedzam psychatogową stronę tylko po to, żeby kliknąć w reklamę, ale to nie sprawia, że staję się wiedźmą Lilianą.
   Skąd to intro w nawiązaniu do relacji z Japonii? A stąd, że Oberbe jest wspomnianym mistrzem i urządzał właśnie te domowe turnieje, że założył serwis psychatogowy, że właśnie dzięki jego zainteresowaniom znalazłam się na chwilę w sąsiednim mieście - Tsuchiurze - starszej miejscowości niż Tsukuba, toteż bardziej japońskiej i tajemniczej. I o tym właśnie ten raport. Przede wszystkim dla tych, którzy nigdy nie słyszeli o Magicu, bo ode mnie mogą się dowiedzieć tylko tyle, że taka gra istnieje, haha. Zainteresowanych odsyłam do Oberbe.
   Przejażdżkę do Tsuchiury na turniej karciany zaproponował nam nowo poznany (drogą mailową) kolega - Eiji. Jak się okazało w trakcie jazdy - oczywiście było mu totalnie nie po drodze, mieszka dwa miasta dalej. Oberbusz zapytał go o doświadczenia magicowe. Usłyszeliśmy odpowiedź, że gra od lutego. Zapowiadało się interesująco, zwłaszcza że Oberbe gra już chyba od piętnastu lat. 
   Po dotarciu na miejsce, zobaczyliśmy miasto w klimacie industrialnym. Nie natknęliśmy się na żadnego obcokrajowca. Taka czysta Japonia. Mieliśmy okazję wstąpić do małego sklepu z grami ('Waku-waku shop'). Tutaj ja z przemiłym właścicielem tego miejsca.


   Jednak naszym głównym celem był spory sklep ('Sakura shop'), w którym miał odbywać się turniej. No właśnie, miał, ale o tym zaraz. Oberbe zgrał dla mnie mapy Tsuchiury na tablet i przyszykował wręcz kompas, spodziewając się, że znudzona oglądaniem kilkugodzinnych rozgrywek karcianych, wybiorę się na samodzielną podróż po mieście. 


   Nic z tego. Okazało się, że dotarliśmy na sam koniec turnieju. Naszemu koledze pomyliły się nieco godziny, haha. Nasłuchaliśmy się sumimasenowania (to jeden z moich japońskich, spolszczonych neologizmów, sumimasen - przepraszam), ale nas to jedynie rozbawiło. Bezproblemowo.


   Spacerowałam po sali i robiłam zdjęcia, starając się nie rozpraszać za bardzo gry. Lubię wyobrażać sobie, co dzieje się w wyobraźni graczy, gdy kładą karty na stół. Wiem, że budują sobie inny świat i zawsze mnie to intryguje, choć (jeśli już), to preferuję jakieś bajeczne fantasy, a nie pełnometrażowe walki stworów.

video

   Współtowarzysze podróży oczywiście nie mogli odpuścić sobie rozegrania towarzyskiego pojedynku. Powyżej fragment ich gry. Oberbe wygrał ten mecz.


   W tym sklepie można było handlować kartami. Wymienić, sprzedać, kupić, zagrać. Tutaj pan z obsługi w specjalnej masce. Nie oznacza to, że obawia się wirusów z zewnątrz. Wręcz przeciwnie - jest chory i dba o zdrowie innych, ograniczając narażenie ich na choroby. 


   Tutaj jeszcze pamiątkowe zdjęcie sklepu, który był naprawdę sporych rozmiarów, ale zdjęcia nie bardzo oddają jego charakteru. Oczywiście tak jak w Tsuchiurze nie spotkaliśmy innych obcokrajowców, tak w tym sklepie z grami nie zauważyłam żadnej kobiety.


   Korzystając z okazji, postanowiliśmy wspólnie pozwiedzać Tsuchiurę. Ciekawostka - w tym mieście znajduje się drugie co do wielkości jezioro w Japonii (Kasumigaura), ale byliśmy zbyt oddaleni od niego. W pobliżu wypatrzyliśmy Park Żółwiowy i osiemsetletnią świątynię. 


   Po drodze jednak natknęliśmy się na cudowne miejsce prowadzone przez fantastycznych ludzi, którzy zaprosili nas do pokoju obok. Poczęstowali orzeźwiającą herbatą i włączyli klimatyzację (u nas nadal upały). W dodatku to sklep z rękodziełami wykonanymi przez osoby niepełnosprawne. Kupiłam zeszyt do przepisów kulinarnych, dżem truskawkowy i ciastka.


   W Parku Żółwiowym zobaczyliśmy dwa żółwie. Jednego - prawdziwego, wodnego. Drugiego - sztucznego (pomnik żółwia, który dotykam na zdjęciu powyżej). A i jeszcze widzieliśmy samotną, smutną i zawstydzoną małpę w klatce.


   A tu po lewej kawałek wspomnianej świątyni. Dodatkowo grobowce i kolorowy parking. Zwykły gaikokujin (nie-Japończyk) nie ma raczej wstępu do takich sakralnych miejsc.


   A i jeszcze zahaczyliśmy o salon pachinko, który nas ogłuszył dźwiękiem miliona spadających metalowych kuleczek. W ogóle sama gra polega na monotonnym kontrolowaniu wędrujących po pionowej planszy kulek. Byliśmy tam dość krótko, ale i tak trochę za długo. Cytując Tomańskiego: 'Przebywanie w salonie pachinko to raczej wątpliwa przyjemność. Coś między wizytą na linii montażowej fabryki z filmu Charliego Chaplina, gdzie wszyscy pracownicy w tym samym tempie powtarzają te same ruchy - i jednocześnie przebywanie ósmą godzinę na imprezie techno'.

~~~

   Tsuchiura to niezłe miasto, choć nasza Tsukuba chyba bardziej komfortowa. Ważne, że Oberbe znalazł ciekawe miejsce do grania. Po powrocie czuliśmy się nieco niezręcznie i chcieliśmy zrzucić się chociaż na benzynę, na co Eiji nie pozwolił. Podarowaliśmy mu ciastka nabyte w tym urokliwym sklepie z rękodziełami. 
A w następnym odcinku bitwy owadów, karpie większe od psów i tak dalej.

czwartek, 13 września 2012

_Matsuri, czyli japońskie festiwale

   Tutaj chyba każda okazja jest dobra do świętowania. Oprócz znanych nam celebracji na kształt dożynek, można wymienić inne festiwale związane z naturą, np. fest ognia, kwiatów, śniegu (polecam wpisać w wyszukiwarkę: yuki matsuri i obejrzeć białe rzeźby z Sapporo, fenomenalne). A no i ogrom tutejszych festiwali zahacza tematyką o religię (buddyzm i szyntoizm). Czytałam też o festiwalach wołów, łódek, latawców, lalek, a nawet o fallusowym feście - pochodzie z ogromną rzeźbą penisa z drewna cyprysowego (tutaj też rekomenduję wpisać w wyszukiwarkę: kanamara matsuri lub honen-sai matsuri i pooglądać wizerunki cosplayerów, transwestytów, zwyczajnych kobiet, a nawet dzieci spożywających lizaki o wiadomym kształcie). Niestety ten festiwal odbywa się dopiero piętnastego marca, więc miesiąc po naszym planowanym wylocie z Japonii. Ale na brak festiwali raczej nie możemy narzekać. Przylecieliśmy do Japonii akurat w trakcie O-bonu, czyli buddyjskiego święta zmarłych, a potem uczestniczyliśmy jeszcze w dwóch okolicznych festiwalach. Bardziej zainteresowanych tematyką japońskich celebracji odsyłam też w to miejsce (klik!).
   Oprócz festiwali sporo tutaj takich świąt narodowych, zwalniających od pracy. Na przykład Dzień Zieleni, Dzień Morza, Dzień Sportu, Dzień Szacunku dla Starszych (już w następny poniedziałek; z tej okazji Oberbe będzie miał przedłużony weekend, och!).
   Poniżej fotorelacja (momentami też video). Niestety początek festiwalu mnie ominął, ale byłam na oficjalnym zakończeniu. Toteż nie za bardzo potrafię opisać, co się działo i, o co w sumie chodziło w tym festynie. Wiem tylko, że był to Tsukuba Festiwal, no i tyle, co ze zdjęć.


Mieszkańcy w odświętnych strojach przeszli główną ulicą tego miasta.


Na chodnikach odbywały się rodzinne pikniki.


Ludzie ciągnęli specjalne powozy, zapewne oznaczające coś szczególnego.

video

Nie wiem dokładnie, co. Ale spektakl ładny.


Było kolorowo i gwarnie.

video

Rzucano specjalne dzwoneczki w postaci breloków na szczęście. Jeden zdobył dla mnie Oberbe, ach.


Tutaj ozdoby i instrumenty.


Było sporo tańców i śpiewów.

video

Skusiliśmy się na eksplozję kaloryczną. Wideo dla fanów obserwowania procesu tworzenia naleśników. 


A tu już tłok na zakończenie festiwalu.

~~~

   W sumie to też nie wiem, za bardzo, o co chodziło w kolejnym festynie, w którym uczestniczyłam. Ten drugi miał już mniejszy zasięg, bo dotyczył głównie naszego apartamentowca, a przynajmniej tu się odbywał - w Ninomiya House. 


Rozpoczął się specjalnym pokazem gry na bębnach. 


Uczestniczyli w nim mieszkańcy Ninomiya House, sąsiedzi i znajomi.


   Miałam okazję przyozdobić się w tradycyjny strój japoński - yukatę. Nie dziwię się, dlaczego Japonki w tego typu strojach chodzą w sztuczny sposób, stawiając krótkie kroki. Tak po prostu związane są te szaty - oryginalną, ciężką, twardą wstęgą, która ogranicza możliwość stawiania większych kroków.


A tutaj jeszcze przygotowania. Oberbe smaży placki ziemniaczane, gdyż organizowano stoiska z potrawami różnych stron świata.


Polska kulinarna reprezentacja przygotowała kluski śląskie, wspomniane placki ziemniaczane, racuchy, surówkę z jabłka i marchewki, którą przyrządziłam ja. 
(na zdjęciu Oberbe z koleżanką Agnieszką, foto nie jest moją własnością, zgrane skądinąd). 


Okazało się, że polskie jedzenie w porównaniu z wszystkimi stoiskami innych narodowości sprzedało się najlepiej. Trochę duma. 
(na zdjęciu kolega Michał)


Tu jeszcze jeden akcent narodowy.


My i kolejny motyw sowi. Na festiwalu miałam okazję zobaczyć wiceburmistrza Tsukuby, wyglądającego jak David Lynch. No, totalne Twin Peaks.


A tu jeszcze yukata's team. 
(ja, Ida, Jerzyk, Judyta).


Naprawdę nie wiem, za bardzo o co chodziło w tym festiwalu. Nazywał się: Summer Festival, więc pewnie o nic wielkiego nie chodziło. Stanowczo pełnił funkcję integracyjną, może miał też działać promująco/reklamowo. No, po prostu taki okoliczny festyn ze skręcaniem balonów w różne figury (zdjęcie powyżej). Trochę impreza kulinarna. Nieco bębnów, wspólnego tańca. I koncert azjatyckiej grupy rockowej, grającej zachodnie covery typu 'Born to be wild', nadużywającej wtrącenia 'yeah'.
Nic więcej i nic mniej.
Chyba.

czwartek, 6 września 2012

_Mój przewodnik po Japonii - Jerzyk

     Przez ostatnie dwa tygodnie nie miałam czasu na klikanie w komputer, stąd przerwa w nadawaniu komunikatów. Teraz mam go ogrom, ale oczywiście staram się wystrzegać zastygania przy biurku, skoro tyle atrakcji wokół. Przez długi czas mojego pobytu tutaj towarzyszem japońskich eksploracji był Jerzyk. Sześcioletni chłopiec, który mieszka w Tsukubie od kwietnia. W zasadzie to pełnił wręcz rolę mojego prywatnego przewodnika, haha. A to ja miałam się nim opiekować.


   Dzięki Jerzykowi poznałam nieco tutejsze metody edukacyjne. Jedyny komentarz, który aż huczy w głowie na myśl o japońskich instytucjach szkolnych: kreatywność. Jerzyk z dumą zaprezentował mi cudne origami, które systematycznie wykonywał na zajęciach w przedszkolu:


   Na zdjęciu widoczne są projekty diamentu, kurczaka, królika, bałwana, shinkansena, cykady, żabki, płaszczki, kwiatów, jajka w podstawce, chyba japońskich świnek, węża, kaczki, pół biedronki i tak dalej.
   Jerzyk pokazał mi też ogrom świetnych rysunków, krzyżówek, wyklejanek, a nawet ozdobną świeczkę wykonaną samodzielnie. Z tych wszystkich działań ewidentnie przebijało japońskie przyzwolenie na nieszablonowe i abstrakcyjne myślenie. Wyczuwałam swobodę w tych wszystkich pracach:


Jeśli zobaczysz psa w różowe chmurki, dzwoń!

   Oczywiście nie mogło też zabraknąć wpajania od dziecka słynnego japońskiego etosu pracy, który jest godny podziwu, ale gdy przeradza się w skrajność, wywołuje niepokój. To przecież w Japonii pierwszy raz użyto terminu: 'śmierć z przepracowania' (karoshi). I nic dziwnego, skoro Japończycy przesiadują w pracy od świtu do nocy. Znane koncerny obawiają się, że zostaną oskarżone o tragiczny stan zdrowia swoich pracowników, czy nawet właśnie śmierć i narzucają specjalne ograniczenia. Na przykład Toyota w Japonii nie pozwala na więcej niż trzydzieści nadgodzin w miesiącu, a niektóre biura o 19:00 'wyganiają' specjalnymi komunikatami swoich pracowników do domu. Japończycy, gdy nie pracują są nieszczęśliwi po stokroć. Potrafią nawet ukrywać miesiącami przed swoją rodziną, że zostali wyrzuceni z pracy - rano dziękują swym żonom za kanapki do pracy, wychodzą o świcie, wracają po zachodzie słońca - gdzie w tym czasie są? Wyczytałam gdzieś, że organizuje się specjalne miejsca, do których mogą przychodzić Japończycy znajdujący się właśnie w takiej sytuacji. Postaram się znaleźć źródło i opisać to bardziej przy następnej okazji. Okładka książki, którą w przedszkolu miał do wykonania Jerzyk, trochę potwierdza powyższe:


   Chyba wspominałam już kiedyś o miłości Japończyków do muzyki klasycznej. No właśnie, toteż nie zdziwił mnie wcale widok skrzypiec w domu Jerzyka i informacja, że wypożyczył je ze szkoły, do której właśnie poszedł od września:


   W tle na czarnej kartce nasz kosmos. Bardzo nasz, bo według tego malunku Ziemia zajmuje chyba czwarte lub piąte miejsce od Słońca. No, w każdym razie, niewłaściwe. W ogóle dużo rysowaliśmy. Jeny, ile my rysowaliśmy! Nie narysowałam tyle chodząc w liceum do klasy o profilu plastycznym.


I interpretowaliśmy dzieła. 


   A po ciężkiej artystycznej pracy jeździliśmy rowerami po parujących od żaru z nieba ulic, po parkach, wśród jezior. Zyskałam drugie dzieciństwo. Jerzyk pokazał mi przecudny sklepik, który nazywał się chyba 'Risaikuru' (リサイクル), czyli recykling. Pomieszczenie trzy na trzy, otwarte tylko dwie godziny dziennie, prowadzony przez dwie urocze, starsze panie, z którymi rozmawiałam po japońsku. Miałam wrażenie, że to one napisały wszystkie książki świata do nauki japońskiego. Nasz dialog wyglądał jak z pierwszych stron takich ćwiczeń. Brzmiał, jak z kasety włączonej w szkole na zajęciach języka japońskiego. Bardzo motywujące do dalszej nauki. Absolutnym hitem jest też to, że w tym sklepie można znaleźć wszystko. Zabawki, ubrania, ceramikę, książki, obrazy, a większość z tych rzeczy kosztowała mniej więcej 10 jenów, czyli jakieś 43 grosze! Tak jakby te kobiety na starość chciały się pobawić w sklep. Niesamowite. I nie zdziwiłabym się, gdyby dochód ze sprzedaży tych sprzętów przeznaczony był na jakiś szczytny cel. Niestety nie miałam wtedy ze sobą aparatu, ale wybiorę się tam jeszcze nie raz. Muszę tylko nauczyć się bardziej zaawansowanych dialogów po japońsku, haha.


   Podczas jednej z naszych wypraw spotkaliśmy się z Alą i jej tatą - znajomymi Jerzyka, którzy jak się okazało - mieszkali ze mną w hotelu. Na drugi dzień po spotkaniu wylatywali do Polski. Zdjęcie zrobione w okolicy Nova Hall w Tsukubie. 


   Byłam nieco zdziwiona, gdy Jerzyk zaczął rozmawiać po angielsku z azjatyckim kolegą. Okazało się, że to znajomy z przedszkola. Nie jestem dobra w takich dziennych sprawozdaniach, ale Jerzyk wyręczył mnie w tym arcy-wdzięcznie:


'Moje relacje.
My jesteśmy w Japonii i mam opiekunkę (ojeja!)
Dzisiaj na fontannie bawiłem się z koleżanką przy fontannie i spotkałem kolegę ze szkoły.
I wszedłem do wody'

   Najpiękniejsze jest to ostatnie zdanie. Takie jakby 'Wstąpiłem na działo'. I oczywiście bonus w postaci flag. Jerzykowy raport przypomniał mi pamiętniki, które pisałam mając osiem, dziewięć lat. Nazwałam je potem zgrabnie '_intro do autyzmu'. Naprawdę Jerzyk zaserwował mi powrót do dzieciństwa, aaa.

~~~

   I to też dzięki Jerzykowi miałam pretekst do poznania w końcu ostatniej przestrzeni w naszym apartamentowcu. Ninomiya House ma tak zwane common spaces, czyli bibliotekę, siłownię, salon wypoczynkowy i tak dalej, ale o tym kiedy indziej. Jedynym nieznanym mi terenem był children room, gdyż wypadałoby mieć jakieś dziecko, żeby tam wstąpić. I oto zjawił się Jerzyk:


   Bardzo ciekawa przestrzeń z piękną podłogą, niezłymi zabawkami, książkami, komputerem, telewizorem i oczywiście odtwarzaczem kaset VHS, które są nadal bardzo popularne w Japonii. Gdy w children roomie zjawiały się azjatyckie dzieci, z Jerzykiem stanowiliśmy nieco atrakcję. Mały Japończyk siadał obok mnie i podawał książkę, prosząc o czytanie mu bajki. Składałam znak po znaku jak dziecko w zerówce. Oczywiście omijałam kanji, więc zapewne powstawała dziwna historia bez ładu, ale chłopiec był zadowolony i zdziwiony, gdy pytając mnie o coś, mówiłam: 'Nihongo o hanashimasen', czyli 'nie mówię po japońsku'. Jak to - przecież czytam mu książki po japońsku (dziwnie, bo dziwnie) - widzę na ilustracji książkowej rybę i mówię, że 'sakana' - a w dodatku mówię po japońsku, że nie mówię po japońsku. Mały Japończyk był zdezorientowany, ale pozytywnie. Spodobaliśmy się też małej dziewczynce z Mongolii, która zawsze chciała siedzieć pomiędzy nami podczas oglądania japońskich bajek. 
Kawaii!


Jak urocze zabawki, które oczywiście wyglądają tu też nieco inaczej. Odchudzony japoński Kubuś Puchatek, wszędobylskie Hello Kitty i zielona postać jakby rodem z filmów animowanych Hayao Miyazakiego.


   Znajome postaci? Na pierwszym planie bezsprzecznie Pinokio z charakterystycznym nosem. Po japońsku: Pinkkio. A z tyłu Robin Fuddo. Tak, tak. Fuddo, czyli Hood. 
   Te jeszcze wyglądają jak nasze, ale typowo japońskie książki są kapitalne. Maksymalnie ascetyczne i oszczędne w ilustracjach i treści. Nic dziwnego, że cudowna Iwona Chmielewska z Torunia cieszy się sporą popularnością w Japonii i Korei Południowej, ale o tym też innym razem, bo temat rzeka.


   Natomiast już zupełnie inne są japońskie czasopisma dla dzieci. Totalnie pstrokate i zapełnione po brzegi małymi, kolorowymi obrazkami. Patrząc na okładkę (powyżej) mózg nie wie, na czym się skupić.

~~~

   Nieubłagalnie zaczął się wrzesień. Jerzyk w szkole. Niezbyt często się widujemy, ale na moim blogu zawsze znajdzie się miejsce na jego japońskie relacje, haha. 


   W następnym odcinku przewiduję raporty z dwóch festiwali. Z Tsukuby i Ninomiya House. Poniżej przedsmak - przygotowania do tego drugiego festu. Hej!