środa, 22 sierpnia 2012

_Supermarkety w Japonii

   Nareszcie udało mi się pokonać syndrom jet lagowy (ktoś powiedział kiedyś, że lot do Japonii trwa mniej więcej tyle co studia prawnicze, trochę się zgadzam) i mogę w końcu z pełną świadomością i spokojem rozkoszować się tym miejscem. Jeżdżę rowerem po mieście, za mną już pierwsze trzęsienie ziemi i rozpoczęcie pracy, która jest raczej aktywnym spędzaniem czasu i niezłą przygodą, ale o tym niebawem w którymś tam raporcie!
   Teraz obiecany wątek żywieniowy. Nie miałam jeszcze dnia bez sushi, je akurat potrafię dobrze rozpoznać - zakupy w japońskim sklepie są dla mnie loterią (właśnie przypomniała mi się kapitalna historia kolegi o losowaniu nagród w japońskim konkursie supermarketowym - zostawię ją chyba na koniec). Sporo produktów, które kupuję okazują się być czymś zupełnie innym i w niektórych przypadkach nie jest to miła niespodzianka, ale i tak trochę mnie to bawi, choć czuję wtedy, że przegrałam na przykład sto jenów.
   Znam już w miarę dobrze dwa supermarkety japońskie. 'Seiyu' będący bardzo ascetycznym miejscem i 'Kasumi' całkowicie pstrokaty i euforyczny. Wbrew swej naturze postanowiłam pokochać ten drugi.
   Co można w nim znaleźć?


Kubeczek żółtego arbuza za 297 jenów (około 13 zł). 


Korzeń lotosu w dość niskiej cenie, podobno smakuje jak ziemniak - do wypróbowania.


Ramię ośmiornicy - ceny wahają się od ponad 300 jenów do 700 (w tym supermarkecie), czyli mniej więcej od 15 do 30 zł.


Sosy w opakowaniach o kształcie fallicznym. Tutaj od niecałych stu do ponad dwustu jenów, czyli tanio.


Jeszcze nie wiem, co to jest, ale się dowiem. Początkowo myślałam, że do lód w kostkach, jednak ma dość żelowatą konsystencję i nie jest przechowywane w niskiej temperaturze.


Ogrom przeróżnych napojów w tym przypadku za nieco ponad trzy złote. Jestem na etapie próbowania. Po prawej stronie znana wszystkim Fanta. Cudowna jest winogronowa!


Tutaj nagromadzenie wspomnianego wcześniej napoju o smaku dwóch litrów wody i torebki herbaty. Zaczyna mi smakować. Co więcej, wyczuwam w nim koper i zieloną herbatę, haha.


Chleb tostowy. Dominujące pieczywo w japońskich sklepach. Ewentualnie jeszcze słodkie bułeczki. Innego nie widziałam.


Worek cementu, czyli dziesięć kilo ryżu, które można przygotowywać bezproblemowo w specjalnych maszynach do ryżu - nie posiadamy jej, toteż póki co, mamy problem z oklejonymi garnkami. No, tak naprawdę raz mieliśmy, haha, ale niebawem będę gotować. Poznaję produkty i przeglądam przepisy. 


Klasyka. Do wyboru, do koloru.


Póki co, znam tylko fast-foodowe sushi, czyli właśnie kupowane w supermarketach. Smakiem wręcz identyczne, jak te znane mi z Polski. W restauracjach zapewne inna bajka, ale absolutnie nie narzekam na takie sushi, choć czasem trafi się w nim ryba, która nie chce przejść przez gardło. Pakowane są na tacki w dość kiczowate wzory i wieczorami (głównie po 20:00) spore zniżki.


Japoński słodycz i to nie jeden, ale najbardziej znany z nich wszystkich - 'Cream Collon' o dość niefortunnej nazwie. Colon (przez jedno el) to chyba okrężnica, a to wygląda jak pocięte jelito z kremem w środku.


Dość popularne paluszki nie tylko czekoladowe. Od 100 do 300 jenów (4 - 13 zł).


A tu trochę japoński absurd. Magnetofon pomiędzy owocami morza, nadający hasła reklamowe, codziennie inne. Totalnie wwiercające się w pamięć i nie dające spokoju - nie mogę znaleźć ich tłumaczenia.

~~~

   Przyjeżdżaliśmy z nastawieniem, że życie będzie tu kilka razy droższe niż w Polsce i faktycznie, sprawy mieszkalne, przejazdy, restauracje są bardzo ekspensywne, ale dzięki różnym kombinacjom, jest całkiem nieźle. Wynajęliśmy rowery na pół roku (koszt: 3000 jenów, czyli ok. 120 zł na osobę) i nimi przemieszczamy się na co dzień - opłaty za komunikację miejską odpadają. Wypatrujemy promocji -> niektóre słodycze i zestawy sushi są tańsze po 20:00, co więcej we wspomnianym supermarkecie 'Kasumi' są specjalne przeceny -> w poniedziałki mrożonki o 50%, w czwartek i niedzielę wszystkie produkty przecenione o 10%, w piątek jogurty -30% i tak dalej. Istnieje jeszcze tańszy supermarket 'Hanamasu', do którego wybieramy się na dniach. Są też jakieś straganiki secondhandowe, ale w części (póki co) nieznanej mi Tsukuby. W naszym Ninomiya House mamy specjalne miejsce, w którym osoby opuszczające swoje mieszkania, mogą zostawić rzeczy, które już nie będą potrzebne - mam stamtąd na przykład tlen przydatny do wspinania się na górę Fudżi. I w ten sposób można sobie radzić w Japonii. Nie wiem, czy jest sens porównywania jenów do złotówek, bo tu inaczej wygląda sprawa z zarobkami, ale te polskie ceny mają taki charakter orientacyjny, bardziej przydatne na pewno turystom niż osobom przyjeżdżającym tutaj do pracy.
   Oto przykładowe dzienne zestawy dla nas obojga. Na każdym zdjęciu produkty nie przekraczające zazwyczaj 2000 jenów (niektóre specyfiki mamy do dziś - to nie jest tak, że to wszystko znika od razu, więc spokojnie można żyć pewnie i za 1000 jenów):


Sok koncernu Suntory (Oberbe znalazł odpowiednik swojego Gardenu, haha), boskie mleko, masa naleśnikowa, woda mineralna, czekolada typu nutellowego, mleko w tubce i słodkie bułki.


Sok pomarańczowy i jabłkowy, mleko znów, pepsi, cukier, sól, ryż, jakieś ciastka, dwie rurki z pasty rybnej (myślałam, że to naleśniki), sushi z trudnymi do przełknięcia rybami.


Dlatego tym razem sushi z bezpiecznym ogórkiem, kolejny zestaw z krabem/tofu i tym podobnym, wasabi oleiste (ale dziś Oberbusz zdobył wreszcie normalne!), dżem jagodowy, chlebek jak kołacz, pierożki jakieś, Fanta winogronowa, kawa Georgia, oliwa z oliwek i jeszcze jakieś płyny do prania, do zmywania i gąbki.


Znów klasyczne sushi i znów kawa Georgia (rarytas Oberbe), kapitalna czekolada, woda, sok winogronowy i słodycz po przecenie wyglądający jak gałki oczne na patyku, a smakujący jak kluski śląskie w niesłodkim karmelu.


Pepsi, masło, ser topiony, chipsy krewetkowe, cukierki kawowe, banany, dwa zestawy sushi po przecenie.
Warzywa i owoce są tu czasem kosmicznie drogie, ale musimy przejrzeć też inne sklepy, stragany. Nie poddajemy się w tym temacie!

~~~

   Uwielbiam spacerować po supermarketach japońskich (nie tylko ze względu na klimatyzację). Zostałam fanką tak zwanego stujenowca (sklepu na kształt 'Wszystko po cztery złote'), ale jemu poświęcę też więcej treści swego czasu. I sąsiadujący z nim salon gier jest kapitalny, ale o tym też kiedy indziej. Kupując w japońskim sklepie jakieś rzeczy, czuję się jak arabska księżniczka - należność przyjmowana jest zawsze obiema rękami i z głębokim ukłonem, tak samo wydawana reszta - monety położone na paragonie i przekazane oburącz. Przy tym ekspedienci nieustannie coś mówią - nie rozumiem, ale arigatuję gozajmasuję.
   Jednakże znam przecudowną historię kolegi, który mógł czuć się wręcz jak cesarz w takim supermarkecie. Kupił w 'Kasumi' napój typu cola - okazało się, że ten produkt pozwala na udział w specjalnej loterii - przy kasie sprzedawczyni poprosiła go by wybrał jakiś los - gdy tak się stało - odczytała informację i zaczęła bić brawo, gratulować. Po chwili zdezorientowanego kolegę otoczył wianuszek ludzi, który zaczął z uznaniem kiwać głową, poklepywać po plecach, aplauzować. Po czymś takim można spodziewać się tylko samochodu i miliona jenów. Jednakże po całej ceremonii, ekspedientka wyjęła spod lady tablicę z pięćdziesięcioma małymi przypinkami i pozwoliła zwycięzcy wybrać jedną. Cała Japonia. Miłość!
   Temat jedzenia w Japonii jest niewyczerpywalny. Cokolwiek bym powiedziała, byłoby za mało, więc kwestie kulinarne mogę poddawać ciągłej aktualizacji. Wszystko wygląda interesująco - nie ma mowy o jakimś nieestetycznym podaniu potrawy i Japończycy też mają swoją wersję powiedzenia 'przez żołądek do serca' -> 'hana yori dango', czyli 'ciasteczko lepsze od kwiatka'. 

2 komentarze:

  1. "Jeszcze nie wiem, co to jest, ale się dowiem. Początkowo myślałam, że do lód w kostkach, jednak ma dość żelowatą konsystencję i nie jest przechowywane w niskiej temperaturze." - to embriony pozaziemskich form życia ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. a ja mam w domu maszynke do ryzu :D no dobra.. Yoshimi ma :P

    a Hana Yori Dango (花より男子) to taka manga i serial, której angielski stytuł brzmi: Boys over Flowers. Fajny serial był. Mangi nie czytałam, bo nie lubię. :D

    a w ogóle to watashi wa sushi ga suki ;)

    OdpowiedzUsuń