poniedziałek, 20 sierpnia 2012

_Ninomiya House, nasze nowe miejsce do życia



   Z dworca autobusowego w Tsukubie odebrał nas sympatyczny doktor Hirano. Przywitałam i przedstawiłam się po japońsku - przez chwilę był zdezorientowany, ponieważ pomyślał, że naprawdę znam ten język. Jednak gdy czar prysł, pochwalił, mimo wszystko, mój akcent. Był też zaskoczony ilością naszych walizek i brakiem miejsca w swoim samochodzie. Jadąc do naszego pseudohotelu, słuchaliśmy muzyki klasycznej (która ogólnie w Japonii jest bardzo popularna i przejawia się wielkim zainteresowaniem gry na fortepianie, a nawet sporym uczuciem do gry na konsolę, na przykład w której jest się samym Fryderykiem Chopinem i przeżywa się swoje ostatnie trzy godziny życia z gruźlicą, wędrując do krainy baśni i poznając chorą dziewczynkę o imieniu Polka – jako Chopin można z nią wyruszyć w podróż do króla prosząc o podwyższenie cen mineralnego proszku, który uzależnia i jest toksyczny – gdy cena pójdzie w górę, Polka wreszcie sprzeda swoje cudowne lekarstwo, czyli proszek z roślin; ale to już za duży offtopic, dla zainteresowanych – gra nazywa się: Eternal Sonata). 
   Po dotarciu na miejsce słuchaliśmy już tylko świerszczy, a w zasadzie cykad, jak się potem dowiedzieliśmy. Momentami ich odgłosy mają sporo decybeli i wspólnie brzmią jak pralka na wysokich obrotach.
   Nasz punkt zakwaterowania okazał się bardzo przyjemnym miejscem. Nieco kompaktowym i dość mądrze zorganizowanym. To nasza sypialnia, a w tle szafy z lampkami w środku, jak w lodówkach:


   Tu z kolei jadalnia (odgrodzona od sypialni cienkim parawanem jak z bibułki – musimy trochę poruszać się tutaj jak w składzie porcelany, wszelkie moskitiery i tego typu zasłony są kosztowne i srogo płaci się za nie w razie wszelkich zniszczeń):


   Tutaj kącik pracy i rozrywki (telewizji japońskiej poświęcę chyba kiedyś cały wielowersowy wpis, haha):


   Salonik; podłoga składa się z czegoś w stylu tatami, po których absolutnie nie można chodzić w obuwiu; zimą mamy opcję podgrzewanej podłogi:


   Mikrokuchnia z mikrofalówką, lodówką, niewidoczną tutaj kuchenką gazową, gaśnicą i stolikiem hotelowym:


   A tutaj toaleta z klasycznym japońskim washletem firmy Toto, z którym pierwszy raz do czynienia miałam już na lotnisku w Naricie. Posiada na przykład opcję podgrzania deski sedesowej i spryskiwania wodą miejsc intymnych. Najbardziej podoba mi się prosta konstrukcja pozwalająca oszczędzać wodę – włączając spłuczkę – czysta woda leci najpierw z kranu do zlewu, którą można umyć ręce, a potem spada ona dalej do zbiornika, w którym gromadzi się woda do kolejnych spłukiwań. Kreatywne!


   Japończycy w pierwszej kolejności biorą ekspresowy prysznic, a następnie wchodzą do wanny, żeby ogrzać swoje ciało. Często w tradycyjnych domach japońskich wszyscy domownicy kąpią się w jednej wodzie. Pierwszeństwo ma ewentualny gość, potem członkowie rodziny. Ważne, żeby zostawić zawsze wodę w wannie dla kolejnych osób. To nasza łazienka:


   Cała ściana od strony południowej w naszym apartamencie to zbiór ogromnych szklanych drzwi. Póki co, nie bardzo wiem, do czego służy ta skrytka na balkonie po lewej stronie z lakierowanym parkietem. Sauna? Arcyodporny schron przed trzęsieniami ziemi? A może mini-szklarnia na jakieś sadzonki? 


   To widok na Nishi-Odori, czyli zachodnią ulicę. Podobają mi się te drzewa jak agentowi Cooper daglezje w Twin Peaksie (wątek z serialem wszechczasów planowo jeszcze się pojawi, ale to już może następnym razem, stay tuned).


   Na wstępie zbombardowano nas ogromem informacji i stertą dokumentów do podpisu. Lot skradł nam tak jakby jedną noc i byliśmy już dość zmęczeni brakiem snu. W dodatku wylatując z Polski żegnało nas przyjemne piętnaście stopni, a tu przywitało nas ponad trzydzieści z kosmiczną wilgotnością powietrza. No, ale cóż - zdążono nas oprowadzić po całym Ninomiya House, zrobić wspólne zdjęcie, wręczyć klucze do mieszkania, wypożyczyć nam rowery, pokazać działanie niektórych sprzętów w mieszkaniu, wręczyć milion instrukcji obsługi i życzyć powodzenia.
   Po tej eksplozji atrakcji i przyswajaniu nowych informacji postanowiłam jeszcze rozpakować nasze walizki, a Oberbe pojechał do swojego nowego miejsca pracy, czyli NIESu (National Institute for Environmental Studies). Wrócił z pierwszymi zakupami japońskimi:


* woda koncernu Suntory (produkującego też whisky dobrze znane z filmu ‘Lost in translation’ – Bill Murrey reklamował ją w spiętym klamerkami garniturze), 
* napój jak sok jabłkowy, ale (cytując Oberbe) 'o smaku dwóch litrów wody i kropelki herbaty' – nadal stoi w lodówce i czeka na czarną godzinę, 
* podobnie jak specyfik Calpis wyglądający jak mleko, ale niestety jest to (moim zdaniem) paskudny kwas mlekowy – też czeka na lepsze czasy i w sumie nie ma pośpiechu, bo termin ważności do 2019 roku, jeśli dobrze zrozumiałam napis na etykiecie, 
* chokoretto, czyli czekolada z domieszką orzechów, 
* słodkie bułeczki (w Japonii raczej trudno o zwykłe pieczywo, ewentualnie popularny jest też tutaj chleb tostowy),
* cztery zupki (dwie z nich sprawdzone i nie do zaakceptowania przez nasze i tak niezbyt wrażliwe podniebienia),
* niezawodne sushi z tofu, krabem, ogórkiem, imbirem i sosem sojowym – o dziwo, bez wasabi, które – o jeszcze większe dziwo – jest trudne do zdobycia w Japonii, przynajmniej dla nas, ale Oberbe nie poprzestaje w poszukiwaniach.

  W następnym odcinku: dlaczego dział z sosami przypomina półki w sex shopach, ile kosztuje odnóże ośmiornicy, jakie produkty przypominają worki cementu, dlaczego w supermarkecie między ośmiornicami, a krabami stoi magnetofon, jaki smak fanty piłam i sporo innych kwestii w tematyce kulinarnej! 

6 komentarzy:

  1. "o smaku dwóch litrów wody i z torebką sagi rodzinnej!" xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dobrze oszklone pomieszczenie,zajebiaszcza temperatura, wysoka wilgotność powietrza,"mini- skrytka na sadzonki" - wiecie co z tym zrobić! [to, co zrobiłby Snoop Dogg] ;D

      Usuń
  2. jesli chodzi o tatami, to sie nie martwcie, bo Yoshimi mowi,ze trzeba sie bardzo postarac zeby popsuc :D, ale oczywiscie lepiej uwazac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jasne, ale w butach i tak nie zamierzamy chodzić, no i jesteśmy ostrożni z przenoszeniem płynów w szklance, co by nie poplamić. jednak trzeba być uważnym, żeby nie zniszczyć bibułkowych parawanów i moskitiery, bo naprawdę są delikatne i kruche. pozdrowienia dla Ciebie i Yoshimiego : >

      Usuń
    2. no wiadomo ;) w koncu to wszystko drogie jest. No, ale mieszkanie macie śliczne. :)

      Usuń
  3. Na pewno fajnie się urządzicie. A w tym schowku za szkłem może jakaś organiczna plantacja pomidorków? :) pozdro

    OdpowiedzUsuń