niedziela, 19 sierpnia 2012

_Podróż do Japonii!


   Trzeci dzień jestem w innej rzeczywistości. Niby próbowałam się przygotować do karuchāshokku (szoku kulturowego) – czytałam książki o tematyce japońskiej, typowe monografie, powieści, przewodniki, oglądałam filmy animowane i fabularne, przeglądałam blogi gaijinów (ludzi spoza Japonii) – ale i tak były momenty, w których cisnęło się na usta prostolinijne: ‘WTF Japan Seriously?’.
   Tak jak wspomniałam – tutaj prawie wszystko jest inne. Jednakże tak wdzięcznie inne. Powoli obawiam się już depresji pojapońskiej, choć jeszcze przecież pół roku do wylotu. Dostaję sporo wiadomości z pytaniami o życie w Japonii, rodzina prosi o zdjęcia, więc zamierzam niekiedy zamieszczać tutaj raporty obrazkowe. Póki co, rekonstrukcja ostatnich dni.


~~~

   Na lotnisko zawiózł nas małomówny taksówkarz. Byliśmy tak podekscytowani, że zjawiliśmy się tam sporo przed odprawą. Tutaj zdjęcie z Empik Cafe i Oberbe z ciastkiem:


   A tutaj ja w oczekiwaniu na przygodę życia:



   Najpierw lecieliśmy przez ponad godzinę z Warszawy do Monachium samolotem Lufthansa. Wokół nas siedziały klasyczne pary, wyglądające wręcz tak samo i zachowujące się też dość podobnie. Oberbe całą drogę czytał jakieś artykuły o dendrymerach, gdzie były rysunki ogromnych wiązań chemicznych. Ja z kolei przewodnik po Japonii i zachwycałam się cudownym zapachem na pokładzie – moim zdaniem czuć było skarmelizowany cukier jak z crème brûlée.
   W Monachium wiedzieliśmy już w pewnym momencie, że dotarliśmy w odpowiednie miejsce odlotu, gdy zobaczyliśmy pełno Japończyków, Koreańczyków, trochę Chińczyków i rozentuzjazmowanych ludzi innych narodowości. Lecieliśmy ogromnym samolotem tej samej linii lotniczej i wtedy już było dość japońsko. Nie tylko ze względu na komunikaty w tym języku.
   Każdy z pasażerów miał swój mały monitor, na którym mógł oglądać filmy, informacje, sport, dokumenty (obejrzałam poruszający film ‘Live In movement’ i to dwa razy), koncerty. 


   Można było też połuchać audiobooków (świetne ‘The third policeman’ Jima Nortona), muzyki klasycznej, j-popowej, musicalowej, jazzowej i wielu soundtracków. 


   Nawet znalazłam dla siebie The Beach Boys, Dandy Warhols i Jacka White’a. Relaksowałam się i miałam na to aż dwanaście godzin.
   Mogłam (i nie mogłam) w tym czasie też poczytać japońskie pismo – ‘The Yomiuri shimbun’. Z lekcji japońskiego pamiętam właśnie tylko tyle, że ostatnie słowo tej nazwy to gazeta. A no i jeszcze odczytałam kilkanaście znaków z hiragany i katakany, jednak między nimi stały zawsze jakieś znaki kanji (których jest prawie pięćdziesiąt tysięcy, a znam chyba cztery). Przeglądając ją czułam dyskomfort ze względu na jej spore rozmiary, podobnie jest z banknotami jenowymi – nie mieszczą się za bardzo do mojego portfela. I w sumie nie mam w tym miejscu jakiegoś szczególnego wniosku, haha.


   Jedzenie też było już nieco w japońskim stylu. Makaron z sosem sojowym, ryż, czerwony imbir, tropikalna sałatka:


   Śniadanie było niezłe i raczej w moim stylu. Omlet ze szpinakiem, bułka z dżemem i pokrojony melon. Brakowało mi tylko szklanki mleka. Zresztą nie tylko wtedy, ale też i później.


   Tu z kolei pierwszy ląd japoński, jaki zobaczyłam. 


   Japonia – wiadomo – składa się z wysp. Według legendy, archipelag powstał z łez bogini. W miejscu, gdzie łza wpadała do Oceanu Spokojnego, tam wyrastała wyspa. Tak naprawdę archipelag ten powstał w miejscu ścierania się płyt tektonicznych. Wyspy ukształtowały się przez lawy wulkanów.
  
~~~

   Po wylądowaniu w Japonii musieliśmy przebyć długą drogę (albo byliśmy po prostu niecierpliwi) do punktu przyjmowania podróżnych. Spodziewałam się przy okienku wyczerpującego wywiadu, a okazało się, że pobieżnie sprawdzono tylko paszport, pobrano odciski palców, błyskawicznie zrobiono zdjęcie. Taka filozofia. Pan w okienku nie bardzo mówił po angielsku.
   Na lotnisku Narita czekaliśmy godzinę na przyjazd busa do Tsukuby, w której to mamy mieszkanie, a w zasadzie taki raczej apartament. Było tam pełno plansz informacyjnych i automatów.
   To strefa odbioru bagażu i info o zakazie wwożenia mięsa (chyba).


   Myślę, że to maszyna drukująca zdjęcia, choć tu też nie mam pewności.


   A tu automat z kawą, herbatą, wodą o smaku lichi i innymi frykasami.


   Automat doładowujący.


   Zestaw telefonów.


   Karty do telefonu z wizerunkami gejsz, czy maiko, sumo i górą Fudżi. Ceny: 1000 jenów (około 40 złotych), 3000 jpy (120 pln), 5000 jpy (200 pln).


   Przystanek w ‘Meeting point’. Odwiedziliśmy też kantor, żeby wymienić euro na jeny japońskie. Pan w okienku nie potrafił powiedzieć ani jednego słowa po angielsku, ale był cudowny w tym, jak liczył pieniądze. Mam wrażenie, że totalnie oddany swojej pracy od kilkudziesięciu lat. Wszystko poszło sprawnie i bardzo energicznie.



   Oczekiwanie na autobus do Tsukuby. 


   Przyjechał po nas taki jakby PKS. Załadowano bagaże, wręczono kwitki, niewielkie porozumienie językowe między nami, ale było tak jakoś przyjemnie i bezpiecznie. W japońskiej komunikacji miejskiej można poznać dane kierowcy.


   W trakcie dwugodzinnej przejażdżki zachwycałam się Japonią. Jedynym elementem psującym obraz wydawał mi się nadmiar drutów elektrycznych, wyglądających wyjątkowo nieestetycznie i to jedyny mankament, póki co.
   Poza tym, magia w tutejszej roślinności, przydrożnych figurkach shinto-buddyjskich i nawet w tych pionowych bilbordach. Przejeżdżając obok pizzerii myślałam, że to świątynia. I ten element zaskoczenia pojawiał się jeszcze wielokrotnie – zwłaszcza spożywając niektóre produkty, ale o tym już następnym razem.

1 komentarz:

  1. to te tutejsze gejsze działają jak żeń-szeń ;D chcę gejszę o smaku liczi!

    OdpowiedzUsuń