czwartek, 23 sierpnia 2012

_Osowiała sowa w Tsukubie i Twin Peaks

   Okazało się, że oficjalnym ptakiem Tsukuby jest sowa. Informacja zaczerpnięta z tej strony. Czasem przeglądając w sieci jakieś obrazki japońskiej memosfery natrafiałam na komentarz o treści mniej więcej: 'Japonia powinna mieć swój oddzielny internet'. I tak trochę jest, przynajmniej w kwestii graficznej. Przeglądając jakieś japońskie linki czuję się jak w internecie '99. Polecam zajrzeć na wspomnianą stronę, żeby się przekonać. Symbol Tsukuby jak z Painta, maskotka tego miejsca jak clipart (swoją drogą - też sowa), logo nie lepsze, ale to ma swój urok, no. Kraj wysokich technologii i oprawy graficznej na miarę umiejętności zdobytych na lekcjach informatyki w szkole podstawowej. Ja-po-nia.

~~~

   Jest tutaj tak twin-peaksowo. Nawet つくば山 (Góra Tsukuby), najważniejsze wzniesienie okolicy, ma dwa charakterystyczne szczyty. A sowy nie są tym, czym się wydają. Są lampkami.


Wyczytałam gdzieś, że 'Twin peaks' jest hitem w Japonii - w sumie to chyba prawie wszędzie - ale to właśnie tutejsza agencja reklamowa wynajęła nawet aktorów tego serialu do cyklu reklam kawy Georgia. Taki japandering, czyli zjawisko polegające na występowaniu zachodnich gwiazd w reklamach japońskich. Skusił się nie tylko agent Cooper, czyli Kyle McLachlan, ale oczywiście też i ludzie spoza 'Twin Peaks', np. Nicolas Cage (reklamował salony gier), Jackie Chan (ubranka dla dzieci, haha), Sean Connery (jogurt), Arnold Schwarzenegger (napój energetyczny), Sylvester Stallone (szynkę) i tak dalej. Zamierzam kiedyś też rozpracować ten temat pisemnie. Ale, póki co, jedna z cudnych reklam twin-peaksowych:


I Oberbe z Georgią, przeglądając z Supermanem słownik japońsko-polski.
'Damn good coffee'!

 
~~~

  Sowa symbolem Tsukuby - przypadek? Nie sądzę. Osowiała sowa w królestwie sów. Właściwy człowiek na właściwym miejscu. 

środa, 22 sierpnia 2012

_Supermarkety w Japonii

   Nareszcie udało mi się pokonać syndrom jet lagowy (ktoś powiedział kiedyś, że lot do Japonii trwa mniej więcej tyle co studia prawnicze, trochę się zgadzam) i mogę w końcu z pełną świadomością i spokojem rozkoszować się tym miejscem. Jeżdżę rowerem po mieście, za mną już pierwsze trzęsienie ziemi i rozpoczęcie pracy, która jest raczej aktywnym spędzaniem czasu i niezłą przygodą, ale o tym niebawem w którymś tam raporcie!
   Teraz obiecany wątek żywieniowy. Nie miałam jeszcze dnia bez sushi, je akurat potrafię dobrze rozpoznać - zakupy w japońskim sklepie są dla mnie loterią (właśnie przypomniała mi się kapitalna historia kolegi o losowaniu nagród w japońskim konkursie supermarketowym - zostawię ją chyba na koniec). Sporo produktów, które kupuję okazują się być czymś zupełnie innym i w niektórych przypadkach nie jest to miła niespodzianka, ale i tak trochę mnie to bawi, choć czuję wtedy, że przegrałam na przykład sto jenów.
   Znam już w miarę dobrze dwa supermarkety japońskie. 'Seiyu' będący bardzo ascetycznym miejscem i 'Kasumi' całkowicie pstrokaty i euforyczny. Wbrew swej naturze postanowiłam pokochać ten drugi.
   Co można w nim znaleźć?


Kubeczek żółtego arbuza za 297 jenów (około 13 zł). 


Korzeń lotosu w dość niskiej cenie, podobno smakuje jak ziemniak - do wypróbowania.


Ramię ośmiornicy - ceny wahają się od ponad 300 jenów do 700 (w tym supermarkecie), czyli mniej więcej od 15 do 30 zł.


Sosy w opakowaniach o kształcie fallicznym. Tutaj od niecałych stu do ponad dwustu jenów, czyli tanio.


Jeszcze nie wiem, co to jest, ale się dowiem. Początkowo myślałam, że do lód w kostkach, jednak ma dość żelowatą konsystencję i nie jest przechowywane w niskiej temperaturze.


Ogrom przeróżnych napojów w tym przypadku za nieco ponad trzy złote. Jestem na etapie próbowania. Po prawej stronie znana wszystkim Fanta. Cudowna jest winogronowa!


Tutaj nagromadzenie wspomnianego wcześniej napoju o smaku dwóch litrów wody i torebki herbaty. Zaczyna mi smakować. Co więcej, wyczuwam w nim koper i zieloną herbatę, haha.


Chleb tostowy. Dominujące pieczywo w japońskich sklepach. Ewentualnie jeszcze słodkie bułeczki. Innego nie widziałam.


Worek cementu, czyli dziesięć kilo ryżu, które można przygotowywać bezproblemowo w specjalnych maszynach do ryżu - nie posiadamy jej, toteż póki co, mamy problem z oklejonymi garnkami. No, tak naprawdę raz mieliśmy, haha, ale niebawem będę gotować. Poznaję produkty i przeglądam przepisy. 


Klasyka. Do wyboru, do koloru.


Póki co, znam tylko fast-foodowe sushi, czyli właśnie kupowane w supermarketach. Smakiem wręcz identyczne, jak te znane mi z Polski. W restauracjach zapewne inna bajka, ale absolutnie nie narzekam na takie sushi, choć czasem trafi się w nim ryba, która nie chce przejść przez gardło. Pakowane są na tacki w dość kiczowate wzory i wieczorami (głównie po 20:00) spore zniżki.


Japoński słodycz i to nie jeden, ale najbardziej znany z nich wszystkich - 'Cream Collon' o dość niefortunnej nazwie. Colon (przez jedno el) to chyba okrężnica, a to wygląda jak pocięte jelito z kremem w środku.


Dość popularne paluszki nie tylko czekoladowe. Od 100 do 300 jenów (4 - 13 zł).


A tu trochę japoński absurd. Magnetofon pomiędzy owocami morza, nadający hasła reklamowe, codziennie inne. Totalnie wwiercające się w pamięć i nie dające spokoju - nie mogę znaleźć ich tłumaczenia.

~~~

   Przyjeżdżaliśmy z nastawieniem, że życie będzie tu kilka razy droższe niż w Polsce i faktycznie, sprawy mieszkalne, przejazdy, restauracje są bardzo ekspensywne, ale dzięki różnym kombinacjom, jest całkiem nieźle. Wynajęliśmy rowery na pół roku (koszt: 3000 jenów, czyli ok. 120 zł na osobę) i nimi przemieszczamy się na co dzień - opłaty za komunikację miejską odpadają. Wypatrujemy promocji -> niektóre słodycze i zestawy sushi są tańsze po 20:00, co więcej we wspomnianym supermarkecie 'Kasumi' są specjalne przeceny -> w poniedziałki mrożonki o 50%, w czwartek i niedzielę wszystkie produkty przecenione o 10%, w piątek jogurty -30% i tak dalej. Istnieje jeszcze tańszy supermarket 'Hanamasu', do którego wybieramy się na dniach. Są też jakieś straganiki secondhandowe, ale w części (póki co) nieznanej mi Tsukuby. W naszym Ninomiya House mamy specjalne miejsce, w którym osoby opuszczające swoje mieszkania, mogą zostawić rzeczy, które już nie będą potrzebne - mam stamtąd na przykład tlen przydatny do wspinania się na górę Fudżi. I w ten sposób można sobie radzić w Japonii. Nie wiem, czy jest sens porównywania jenów do złotówek, bo tu inaczej wygląda sprawa z zarobkami, ale te polskie ceny mają taki charakter orientacyjny, bardziej przydatne na pewno turystom niż osobom przyjeżdżającym tutaj do pracy.
   Oto przykładowe dzienne zestawy dla nas obojga. Na każdym zdjęciu produkty nie przekraczające zazwyczaj 2000 jenów (niektóre specyfiki mamy do dziś - to nie jest tak, że to wszystko znika od razu, więc spokojnie można żyć pewnie i za 1000 jenów):


Sok koncernu Suntory (Oberbe znalazł odpowiednik swojego Gardenu, haha), boskie mleko, masa naleśnikowa, woda mineralna, czekolada typu nutellowego, mleko w tubce i słodkie bułki.


Sok pomarańczowy i jabłkowy, mleko znów, pepsi, cukier, sól, ryż, jakieś ciastka, dwie rurki z pasty rybnej (myślałam, że to naleśniki), sushi z trudnymi do przełknięcia rybami.


Dlatego tym razem sushi z bezpiecznym ogórkiem, kolejny zestaw z krabem/tofu i tym podobnym, wasabi oleiste (ale dziś Oberbusz zdobył wreszcie normalne!), dżem jagodowy, chlebek jak kołacz, pierożki jakieś, Fanta winogronowa, kawa Georgia, oliwa z oliwek i jeszcze jakieś płyny do prania, do zmywania i gąbki.


Znów klasyczne sushi i znów kawa Georgia (rarytas Oberbe), kapitalna czekolada, woda, sok winogronowy i słodycz po przecenie wyglądający jak gałki oczne na patyku, a smakujący jak kluski śląskie w niesłodkim karmelu.


Pepsi, masło, ser topiony, chipsy krewetkowe, cukierki kawowe, banany, dwa zestawy sushi po przecenie.
Warzywa i owoce są tu czasem kosmicznie drogie, ale musimy przejrzeć też inne sklepy, stragany. Nie poddajemy się w tym temacie!

~~~

   Uwielbiam spacerować po supermarketach japońskich (nie tylko ze względu na klimatyzację). Zostałam fanką tak zwanego stujenowca (sklepu na kształt 'Wszystko po cztery złote'), ale jemu poświęcę też więcej treści swego czasu. I sąsiadujący z nim salon gier jest kapitalny, ale o tym też kiedy indziej. Kupując w japońskim sklepie jakieś rzeczy, czuję się jak arabska księżniczka - należność przyjmowana jest zawsze obiema rękami i z głębokim ukłonem, tak samo wydawana reszta - monety położone na paragonie i przekazane oburącz. Przy tym ekspedienci nieustannie coś mówią - nie rozumiem, ale arigatuję gozajmasuję.
   Jednakże znam przecudowną historię kolegi, który mógł czuć się wręcz jak cesarz w takim supermarkecie. Kupił w 'Kasumi' napój typu cola - okazało się, że ten produkt pozwala na udział w specjalnej loterii - przy kasie sprzedawczyni poprosiła go by wybrał jakiś los - gdy tak się stało - odczytała informację i zaczęła bić brawo, gratulować. Po chwili zdezorientowanego kolegę otoczył wianuszek ludzi, który zaczął z uznaniem kiwać głową, poklepywać po plecach, aplauzować. Po czymś takim można spodziewać się tylko samochodu i miliona jenów. Jednakże po całej ceremonii, ekspedientka wyjęła spod lady tablicę z pięćdziesięcioma małymi przypinkami i pozwoliła zwycięzcy wybrać jedną. Cała Japonia. Miłość!
   Temat jedzenia w Japonii jest niewyczerpywalny. Cokolwiek bym powiedziała, byłoby za mało, więc kwestie kulinarne mogę poddawać ciągłej aktualizacji. Wszystko wygląda interesująco - nie ma mowy o jakimś nieestetycznym podaniu potrawy i Japończycy też mają swoją wersję powiedzenia 'przez żołądek do serca' -> 'hana yori dango', czyli 'ciasteczko lepsze od kwiatka'. 

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

_Ninomiya House, nasze nowe miejsce do życia



   Z dworca autobusowego w Tsukubie odebrał nas sympatyczny doktor Hirano. Przywitałam i przedstawiłam się po japońsku - przez chwilę był zdezorientowany, ponieważ pomyślał, że naprawdę znam ten język. Jednak gdy czar prysł, pochwalił, mimo wszystko, mój akcent. Był też zaskoczony ilością naszych walizek i brakiem miejsca w swoim samochodzie. Jadąc do naszego pseudohotelu, słuchaliśmy muzyki klasycznej (która ogólnie w Japonii jest bardzo popularna i przejawia się wielkim zainteresowaniem gry na fortepianie, a nawet sporym uczuciem do gry na konsolę, na przykład w której jest się samym Fryderykiem Chopinem i przeżywa się swoje ostatnie trzy godziny życia z gruźlicą, wędrując do krainy baśni i poznając chorą dziewczynkę o imieniu Polka – jako Chopin można z nią wyruszyć w podróż do króla prosząc o podwyższenie cen mineralnego proszku, który uzależnia i jest toksyczny – gdy cena pójdzie w górę, Polka wreszcie sprzeda swoje cudowne lekarstwo, czyli proszek z roślin; ale to już za duży offtopic, dla zainteresowanych – gra nazywa się: Eternal Sonata). 
   Po dotarciu na miejsce słuchaliśmy już tylko świerszczy, a w zasadzie cykad, jak się potem dowiedzieliśmy. Momentami ich odgłosy mają sporo decybeli i wspólnie brzmią jak pralka na wysokich obrotach.
   Nasz punkt zakwaterowania okazał się bardzo przyjemnym miejscem. Nieco kompaktowym i dość mądrze zorganizowanym. To nasza sypialnia, a w tle szafy z lampkami w środku, jak w lodówkach:


   Tu z kolei jadalnia (odgrodzona od sypialni cienkim parawanem jak z bibułki – musimy trochę poruszać się tutaj jak w składzie porcelany, wszelkie moskitiery i tego typu zasłony są kosztowne i srogo płaci się za nie w razie wszelkich zniszczeń):


   Tutaj kącik pracy i rozrywki (telewizji japońskiej poświęcę chyba kiedyś cały wielowersowy wpis, haha):


   Salonik; podłoga składa się z czegoś w stylu tatami, po których absolutnie nie można chodzić w obuwiu; zimą mamy opcję podgrzewanej podłogi:


   Mikrokuchnia z mikrofalówką, lodówką, niewidoczną tutaj kuchenką gazową, gaśnicą i stolikiem hotelowym:


   A tutaj toaleta z klasycznym japońskim washletem firmy Toto, z którym pierwszy raz do czynienia miałam już na lotnisku w Naricie. Posiada na przykład opcję podgrzania deski sedesowej i spryskiwania wodą miejsc intymnych. Najbardziej podoba mi się prosta konstrukcja pozwalająca oszczędzać wodę – włączając spłuczkę – czysta woda leci najpierw z kranu do zlewu, którą można umyć ręce, a potem spada ona dalej do zbiornika, w którym gromadzi się woda do kolejnych spłukiwań. Kreatywne!


   Japończycy w pierwszej kolejności biorą ekspresowy prysznic, a następnie wchodzą do wanny, żeby ogrzać swoje ciało. Często w tradycyjnych domach japońskich wszyscy domownicy kąpią się w jednej wodzie. Pierwszeństwo ma ewentualny gość, potem członkowie rodziny. Ważne, żeby zostawić zawsze wodę w wannie dla kolejnych osób. To nasza łazienka:


   Cała ściana od strony południowej w naszym apartamencie to zbiór ogromnych szklanych drzwi. Póki co, nie bardzo wiem, do czego służy ta skrytka na balkonie po lewej stronie z lakierowanym parkietem. Sauna? Arcyodporny schron przed trzęsieniami ziemi? A może mini-szklarnia na jakieś sadzonki? 


   To widok na Nishi-Odori, czyli zachodnią ulicę. Podobają mi się te drzewa jak agentowi Cooper daglezje w Twin Peaksie (wątek z serialem wszechczasów planowo jeszcze się pojawi, ale to już może następnym razem, stay tuned).


   Na wstępie zbombardowano nas ogromem informacji i stertą dokumentów do podpisu. Lot skradł nam tak jakby jedną noc i byliśmy już dość zmęczeni brakiem snu. W dodatku wylatując z Polski żegnało nas przyjemne piętnaście stopni, a tu przywitało nas ponad trzydzieści z kosmiczną wilgotnością powietrza. No, ale cóż - zdążono nas oprowadzić po całym Ninomiya House, zrobić wspólne zdjęcie, wręczyć klucze do mieszkania, wypożyczyć nam rowery, pokazać działanie niektórych sprzętów w mieszkaniu, wręczyć milion instrukcji obsługi i życzyć powodzenia.
   Po tej eksplozji atrakcji i przyswajaniu nowych informacji postanowiłam jeszcze rozpakować nasze walizki, a Oberbe pojechał do swojego nowego miejsca pracy, czyli NIESu (National Institute for Environmental Studies). Wrócił z pierwszymi zakupami japońskimi:


* woda koncernu Suntory (produkującego też whisky dobrze znane z filmu ‘Lost in translation’ – Bill Murrey reklamował ją w spiętym klamerkami garniturze), 
* napój jak sok jabłkowy, ale (cytując Oberbe) 'o smaku dwóch litrów wody i kropelki herbaty' – nadal stoi w lodówce i czeka na czarną godzinę, 
* podobnie jak specyfik Calpis wyglądający jak mleko, ale niestety jest to (moim zdaniem) paskudny kwas mlekowy – też czeka na lepsze czasy i w sumie nie ma pośpiechu, bo termin ważności do 2019 roku, jeśli dobrze zrozumiałam napis na etykiecie, 
* chokoretto, czyli czekolada z domieszką orzechów, 
* słodkie bułeczki (w Japonii raczej trudno o zwykłe pieczywo, ewentualnie popularny jest też tutaj chleb tostowy),
* cztery zupki (dwie z nich sprawdzone i nie do zaakceptowania przez nasze i tak niezbyt wrażliwe podniebienia),
* niezawodne sushi z tofu, krabem, ogórkiem, imbirem i sosem sojowym – o dziwo, bez wasabi, które – o jeszcze większe dziwo – jest trudne do zdobycia w Japonii, przynajmniej dla nas, ale Oberbe nie poprzestaje w poszukiwaniach.

  W następnym odcinku: dlaczego dział z sosami przypomina półki w sex shopach, ile kosztuje odnóże ośmiornicy, jakie produkty przypominają worki cementu, dlaczego w supermarkecie między ośmiornicami, a krabami stoi magnetofon, jaki smak fanty piłam i sporo innych kwestii w tematyce kulinarnej! 

niedziela, 19 sierpnia 2012

_Podróż do Japonii!


   Trzeci dzień jestem w innej rzeczywistości. Niby próbowałam się przygotować do karuchāshokku (szoku kulturowego) – czytałam książki o tematyce japońskiej, typowe monografie, powieści, przewodniki, oglądałam filmy animowane i fabularne, przeglądałam blogi gaijinów (ludzi spoza Japonii) – ale i tak były momenty, w których cisnęło się na usta prostolinijne: ‘WTF Japan Seriously?’.
   Tak jak wspomniałam – tutaj prawie wszystko jest inne. Jednakże tak wdzięcznie inne. Powoli obawiam się już depresji pojapońskiej, choć jeszcze przecież pół roku do wylotu. Dostaję sporo wiadomości z pytaniami o życie w Japonii, rodzina prosi o zdjęcia, więc zamierzam niekiedy zamieszczać tutaj raporty obrazkowe. Póki co, rekonstrukcja ostatnich dni.


~~~

   Na lotnisko zawiózł nas małomówny taksówkarz. Byliśmy tak podekscytowani, że zjawiliśmy się tam sporo przed odprawą. Tutaj zdjęcie z Empik Cafe i Oberbe z ciastkiem:


   A tutaj ja w oczekiwaniu na przygodę życia:



   Najpierw lecieliśmy przez ponad godzinę z Warszawy do Monachium samolotem Lufthansa. Wokół nas siedziały klasyczne pary, wyglądające wręcz tak samo i zachowujące się też dość podobnie. Oberbe całą drogę czytał jakieś artykuły o dendrymerach, gdzie były rysunki ogromnych wiązań chemicznych. Ja z kolei przewodnik po Japonii i zachwycałam się cudownym zapachem na pokładzie – moim zdaniem czuć było skarmelizowany cukier jak z crème brûlée.
   W Monachium wiedzieliśmy już w pewnym momencie, że dotarliśmy w odpowiednie miejsce odlotu, gdy zobaczyliśmy pełno Japończyków, Koreańczyków, trochę Chińczyków i rozentuzjazmowanych ludzi innych narodowości. Lecieliśmy ogromnym samolotem tej samej linii lotniczej i wtedy już było dość japońsko. Nie tylko ze względu na komunikaty w tym języku.
   Każdy z pasażerów miał swój mały monitor, na którym mógł oglądać filmy, informacje, sport, dokumenty (obejrzałam poruszający film ‘Live In movement’ i to dwa razy), koncerty. 


   Można było też połuchać audiobooków (świetne ‘The third policeman’ Jima Nortona), muzyki klasycznej, j-popowej, musicalowej, jazzowej i wielu soundtracków. 


   Nawet znalazłam dla siebie The Beach Boys, Dandy Warhols i Jacka White’a. Relaksowałam się i miałam na to aż dwanaście godzin.
   Mogłam (i nie mogłam) w tym czasie też poczytać japońskie pismo – ‘The Yomiuri shimbun’. Z lekcji japońskiego pamiętam właśnie tylko tyle, że ostatnie słowo tej nazwy to gazeta. A no i jeszcze odczytałam kilkanaście znaków z hiragany i katakany, jednak między nimi stały zawsze jakieś znaki kanji (których jest prawie pięćdziesiąt tysięcy, a znam chyba cztery). Przeglądając ją czułam dyskomfort ze względu na jej spore rozmiary, podobnie jest z banknotami jenowymi – nie mieszczą się za bardzo do mojego portfela. I w sumie nie mam w tym miejscu jakiegoś szczególnego wniosku, haha.


   Jedzenie też było już nieco w japońskim stylu. Makaron z sosem sojowym, ryż, czerwony imbir, tropikalna sałatka:


   Śniadanie było niezłe i raczej w moim stylu. Omlet ze szpinakiem, bułka z dżemem i pokrojony melon. Brakowało mi tylko szklanki mleka. Zresztą nie tylko wtedy, ale też i później.


   Tu z kolei pierwszy ląd japoński, jaki zobaczyłam. 


   Japonia – wiadomo – składa się z wysp. Według legendy, archipelag powstał z łez bogini. W miejscu, gdzie łza wpadała do Oceanu Spokojnego, tam wyrastała wyspa. Tak naprawdę archipelag ten powstał w miejscu ścierania się płyt tektonicznych. Wyspy ukształtowały się przez lawy wulkanów.
  
~~~

   Po wylądowaniu w Japonii musieliśmy przebyć długą drogę (albo byliśmy po prostu niecierpliwi) do punktu przyjmowania podróżnych. Spodziewałam się przy okienku wyczerpującego wywiadu, a okazało się, że pobieżnie sprawdzono tylko paszport, pobrano odciski palców, błyskawicznie zrobiono zdjęcie. Taka filozofia. Pan w okienku nie bardzo mówił po angielsku.
   Na lotnisku Narita czekaliśmy godzinę na przyjazd busa do Tsukuby, w której to mamy mieszkanie, a w zasadzie taki raczej apartament. Było tam pełno plansz informacyjnych i automatów.
   To strefa odbioru bagażu i info o zakazie wwożenia mięsa (chyba).


   Myślę, że to maszyna drukująca zdjęcia, choć tu też nie mam pewności.


   A tu automat z kawą, herbatą, wodą o smaku lichi i innymi frykasami.


   Automat doładowujący.


   Zestaw telefonów.


   Karty do telefonu z wizerunkami gejsz, czy maiko, sumo i górą Fudżi. Ceny: 1000 jenów (około 40 złotych), 3000 jpy (120 pln), 5000 jpy (200 pln).


   Przystanek w ‘Meeting point’. Odwiedziliśmy też kantor, żeby wymienić euro na jeny japońskie. Pan w okienku nie potrafił powiedzieć ani jednego słowa po angielsku, ale był cudowny w tym, jak liczył pieniądze. Mam wrażenie, że totalnie oddany swojej pracy od kilkudziesięciu lat. Wszystko poszło sprawnie i bardzo energicznie.



   Oczekiwanie na autobus do Tsukuby. 


   Przyjechał po nas taki jakby PKS. Załadowano bagaże, wręczono kwitki, niewielkie porozumienie językowe między nami, ale było tak jakoś przyjemnie i bezpiecznie. W japońskiej komunikacji miejskiej można poznać dane kierowcy.


   W trakcie dwugodzinnej przejażdżki zachwycałam się Japonią. Jedynym elementem psującym obraz wydawał mi się nadmiar drutów elektrycznych, wyglądających wyjątkowo nieestetycznie i to jedyny mankament, póki co.
   Poza tym, magia w tutejszej roślinności, przydrożnych figurkach shinto-buddyjskich i nawet w tych pionowych bilbordach. Przejeżdżając obok pizzerii myślałam, że to świątynia. I ten element zaskoczenia pojawiał się jeszcze wielokrotnie – zwłaszcza spożywając niektóre produkty, ale o tym już następnym razem.

środa, 15 sierpnia 2012

_Zmiany w miejscu zamieszkania


dziś warszawa, jutro monachium, pojutrze tokio.
tsukuba z oberbe przez pół roku!