sobota, 22 grudnia 2012

_Inekomuri, czyli moja pierwsza historyjka obrazkowa po japońsku i konkurs!

   Ostatnio mój świat był odrealniony, pławiłam się w jakiejś bajkowej mgle. Codziennie widywałam się z Jerzykiem, który w związku ze swoim wiekiem posiada jeszcze w miarę nieskażoną schematami wyobraźnię, co zapewne ułatwiło mi myślenie bardziej o niebieskich migdałach niż o tym, że muszę naprawić spację w klawiaturze. W dodatku nadmiernie słuchałam dźwięków zabawek z utworów Cocorosie, co zawsze wprowadza mnie w delikatny trans, a do tego jeszcze zaczytywanie się w japońskich lekturach, które często są narkoleptyczne - raz jawa, raz sen. I niewykluczone, że mój nastrój odznaczył się w przemowie, którą mieliśmy przygotować na ostatnie zajęcia z języka japońskiego.
   Zależało mi na swobodnej, zrozumiałej dla wszystkich prezentacji. Dlatego też przygotowałam rysunki, które profilaktycznie miały ratować publiczność przed ewentualną utratą wątku w mojej opowieści. Natomiast w samej już historii starałam się zawrzeć jak najwięcej esencji japońskości i wnioskując z bardzo pozytywnych reakcji widzów, udało się. Od tego czasu towarzyszy mi uczucie prawie rozwiązanej zagadki. Hasło krzyżówki wpisane w odpowiednie pola. Niby ilość kratek się zgadza, treść ma sens, nawet otrzymałam nagrodę w postaci pozłacanego certyfikatu, ale mam przeczucie, że to jeszcze nie koniec.


   Tytuł mojego opowiadania jest wynikiem samodzielnej zabawy japońskim słowem - 'Inekomuri', czyli coś, co można przetłumaczyć jako 'nieprawdopodobnego kota'. 'Inemuri' (bez 'ko' w środku) to drzemka, w którą Japończycy zapadają w trakcie dnia (taka sjesta w krajach o gorącym klimacie lub leżakowanie w przedszkolu). Nawet kiedyś fotografowałam śpiących Azjatów w różnych miejscach i chciałam wstawić tutaj cykl takich zdjęć, ale empatia trochę mi na to nie pozwala - zwłaszcza, że sama nauczyłam się inemuriować. Do słowa 'Inemuri' dodałam jeszcze głoskę 'ko', co spowodowało, że w drzemiącym wyrazie pojawiło się słowo 'neko', czyli 'kot'. Generalnie w mojej historii występuje temat drzemki i kota, który zdaje się być nieprawdopodobny.
^^
いねこむり


   To główna postać mojego opowiadania - Takashisan. Mieszka w Tsukubie. Jego urodziny przypadają dziesiątego czerwca. Ma szesnaście lat. Jego przyjacielem jest kot, który nazywa się Himitsu (imię to oznacza: sekret). Lubią oglądać gwiazdy.
^^
おとこのひとはたかしさんです。かれはにほんじんです。つくばしからきました。たかしさんのたんじようびはろくがつとおかです。かれはじゆうろくさいです。たかしさんのともだちはねこです。なまえはひみつです。スターをみるのがすきです。


   Jest wiosna. Dziś odbywa się Festiwal Kwitnącej Wiśni. Takashisan je śniadanie i karmi kota mlekiem. Później wybierają się na wspólny spacer.
^^
はるです。きょうはさくらまつりです。たかしさんはあさごはんをたべますそしてねこにミルクをあげます。それからいっしよにさんぽおします。


   Siadają w parku, gdzie Takashisan czyta ciekawą książkę. Pomyślał: 'Jestem zmęczony. Mam ochotę na drzemkę'. Teraz śpi. Nastał wieczór. Kot zniknął.
^^
こうえんいすわりますそしてたかしさんはほんをよみます。おもしろいです。かれはかんがえます:つかれました。いねむりがしたいです。いまたかしさんはねています。ゆうがたです。ねこがいません。


   Takashisan obudził się. Zaczął wołać: 'Himitsu, Himitsu! Gdzie jesteś?'. Słychać dźwięk telefonu komórkowego Takashiego. Dzwoni brat.

Takashisan: Halo, halo (czyli japońskie: moshi, moshi).
Brat: Gdzie się podziewasz? Wracaj do domu.
Takashisan: Etooo... (tak mówią zakłopotani Japończycy). Himitsu...
Brat: Kot jest w moim pokoju.
Takashisan: Aaaa, naprawdę?
Brat: Tak właśnie jest.
Takashisan: Chwilkę poczekaj (czyli: ciotto matte - słyszane często w anime).
Brat: Dajdziobu (co oznacza: 'w porządku' - ze względu na polski wydźwięk tych słów o śmiałym zabarwieniu czuję się nieco zawstydzona, gdy w ten sposób zwracam się do Japończyków).
^^
たかしさんはおきました。かれはいいます:ひみつ!ひみつ!どこへいきましたか?たかしさんのけいたいかなります。おにいさんはかけます。

たかしさん:もしもし。
おにいさん:どこにいるの?かえってきてください。
たかしさん:えと。。。ひみつ。。。
おにいさん:わたしのへやにねこがいます。
たかしさん:あああ。そうですか?
おにいさん:はい。そうです。
たかしさん:ちよっとまってください。
おにいさん:だいじょうぶ。


   Po chwili... Takashisan wrócił do domu. Brat krzyknął: Okaeri, czyli coś na kształt: Witaj w domu. Takashisan ujrzał nareszcie Himitsu. Na kocie znajdowały się: mandarynka i kaki (taki sławny owoc w Japonii, po angielsku: persimmon, po polsku taka jakby figa morelowa). No i na zakończenie opowieści szekspirowskie: 'Wszystko dobre, co się dobrze kończy'. Po japońsku brzmi to: 'Owari yokereba subete yoshi'.
^^
とけい:ちく、たく、ちく、たく。いまたかしさんはうちかえります。おにっさんはいいます:おかえり!たかしさんはひみつをみます。ねこのうえにかきとみかんがあります。たのしいです。おわりよければすべてよし。

~~~

   Ale, czy mandarynka i persymona na kocie to dobre zakończenie? Myślę, że dla Japończyków tak, skoro istnieje u nich Furucunaneko, czyli sztuka umieszczania owoców na kotach. Ostatnio kupiłam książkę o tytule: 'のせ猫' ('Noseneko') poświęconą tej tematyce. Jest zdumiewająca:


   Podobnie jak druga zakupiona przeze mnie książka: 'ドアノブ少女' ('Doorknob girl'), będąca albumem z fotografiami dziewcząt liżących klamki. Fascynujące. Kiedyś razem z moim astrologicznym bratem (urodziliśmy się tego samego dnia - szczerze mówiąc Takashisan z mojej historii też jest spod tej samej daty, co my) rozmawialiśmy o założeniu sklepu z najdziwniejszym asortymentem świata. No i widzę już poniższą książkę na wystawowej półce:


   Bardziej zainteresowanych odsyłam do tej strony: klik! Choć przyznam, że jakość zdjęć i jakość kobiet z albumu jest o wiele lepsza. Taka japońska wersja frazeologizmu: 'pocałować klamkę'.


   Ale, ale nie zajmuję się oglądaniem tylko frywolnych obrazków w książkach. Czytam też lektury bez obrazków i chyba nawet bardziej mnie poruszają niż te pierwsze. Powyżej książka, do której od razu poczułam coś szczególnego. Tytuł: 'Kitchen', co automatycznie skojarzyło mi się z tym utworem, zapomnianym, a tak często słuchanym jakieś cztery lata temu. W bibliotece przeczytałam losowe zdanie z tej książki i od razu stałyśmy się jednością. To zapewne kwestia aktualnych okoliczności i nastroju, w jakim zaczęłam czytać tę książkę, bo gdy racjonalnie zaczynam ją oceniać, to wydaje się całkiem słaba. Jednak, gdy czytam ją sercem, wszystko staje się takie trafne. Zresztą po angielsku wszystko brzmi lepiej. Prawdopodobnie czytanie 'Kuchni' w polskim przekładzie nie poruszyłoby mnie aż tak. Aż tak.
   Jest bardzo egzystencjalna. Porusza tematykę śmierci, miłości, płciowości, macierzyństwa i tak dalej. Niby żonglerka banalnymi piłeczkami, jednakże widowiskowa, choć też nie jest arcydziełem. Fabuła jest przekazywana w dość surowy sposób - podobny trochę do tego, jak czasem ja coś opowiadam - 'blabla... i nagle!', ale narracja jest emocjonalna, więc chce się czytać następne zdania. Ujęło mnie też to, że autorka w momencie wydania tej noweli miała dwadzieścia trzy lata. Chcę być Bananą Yoshimoto i niebawem debiutować.
   Ta książka obudziła we mnie różne wspomnienia, nawet te dotyczące tytułu. Pamiętam wszystkie 'moje' kuchnie. Było ich już z dziesięć. To tak jakbym statystycznie przeprowadzała się z miejsca na miejsce, co dwa lata, przez całe życie. Moje (kuchnie) w cudzysłowie, dlatego że nigdy żadnej nie urządzałam od a do zet. Zawsze dodawałam od siebie drobiazgi typu: kubek czy wazon, czasem własnoręcznie wykonany kolaż na ścianę, ale wszędzie czułam się gościem i nadal nigdzie nie jestem właścicielem, choć istnieją kuchnie, w których trochę gospodarzę i, za którymi tęsknię. Za maminą kuchnią, która jest pstrokata i stanowi centrum ogniska domowego. Za oberbeuszową, warszawską kuchnią, w której znajduje się szeroki parapet, na którym to siadaliśmy codziennie z kawą i rarytasami. Tutejsza, aktualna, japońska kuchnia jest mikroskopijna. Nie ma wielkiego stołu i piekarnika, z którego mogłyby unosić się zapachy ciast. Planuję jutro piec muffinki w grillu lub kuchence mikrofalowej. Bawię się w dom.


   Kupiliśmy dziś przydatne produkty do tworzenia deseru. To chyba jedyny akcent w naszym mieszkaniu, który będzie można podczepić pod święta. Nie fatygujemy się choinkami, wigiliami i tak dalej. Bardzo odpowiada nam japoński styl świętowania, czyli w zasadzie jego brak, związany z niewielkim procentem chrześcijaństwa. To znaczy w sklepach są regały z asortymentem świątecznym, kupuje się prezenty, w gwiazdkowy dzień rodzina je wspólnie ciasto lub idzie do restauracji, ale wszystko przebiega swobodniej niż w tradycyjnych, polskich domach. 
   Za to już jutro urodziny cesarza Japonii i tym samym święto narodowe. Jak co roku, dwudziestego trzeciego grudnia, tłumy Japończyków i nie tylko, wyczekiwać będą na otwarcie bramy Pałacu Cesarskiego i ujrzenie cesarza Akihito, obchodzącego jutro osiemdziesiąte urodziny. Jako, że zbiorowe ekstazy nas nie nęcą, na spokojnie obejrzymy transmisję w telewizji albo i nie.
   Ciekawie też wyglądają sprawy sylwestrowo-noworoczne w Japonii. Ostatnio w księgarni natknęliśmy się na... wróżenie z dłoni. Z jednej strony dzieła naukowe, z drugiej chiromancje i horoskopy. Myślę, że takie wydarzenie może być powiązane z końcem roku 2012. 


   Japończycy przygotowują się do nadchodzących zmian w związku z nadejściem następnego roku. Oczyszczają swoje mieszkania, co symbolizować ma pozbycie się złych wspomnień. Dekorują domy ozdobami bambusowymi z ryżową słomą, mające odpędzić złe duchy i zapewnić dobrobyt. Wysyła się kartki z życzeniami do najbliższych i tak dalej, a 'Sylwestra' spędza się raczej rodzinnie w domu lub świątyni. Święta noworoczne trwają zazwyczaj aż trzy dni - ich nazwa to 'Shoogatsu'. Wtedy: skromne modlitwy, dzieci otrzymują pieniądze, potem odbywają się gry i zabawy. Przynajmniej tak nakazuje tradycja.
   Aaaa. Konkurs! Patrząc na wstawione tutaj fotografie stwierdzam, że ten wpis jest wręcz zatrważająco różowy. Obiecuję, że pocztówka, którą wyślę zwycięzcy w konkursie nie będzie aż tak monochromatyczna. Jak można ją wygrać? Należy znaleźć małą zmianę wprowadzoną przeze mnie dziś na osowiałej-sowie i przesłać maila z konkretną informacją na temat tej różnicy. Wygrywa pierwsze zgłoszenie. Odpowiedzi słać na: rymika.myslicka@gmail.com - znajomi, którzy spodziewają się kartki pocztowej i tak mogą napisać do mnie, jeśli wiedzą, jaka zmiana nastąpiła i chcą się pochwalić, ale konkursową kartkę i tak podaruję komuś spoza kręgu bliskich znajomych. Czekam na zgłoszenia i pozdrawiam cudnym utworem:


~everybody wants to go to japan,
everybody, just hold hands~

~~~

Konkurs rozwiązany!


Dzięki za spore zainteresowanie z Waszej strony. Zagadka okazała się dość trudna, bo tylko Sylwia przesłała prawidłową odpowiedź. W pozostałych zgłoszeniach była improwizacja - sugerowanie, że zmieniłam czcionkę, kratki za tekstem głównym, kolor bloga i tak dalej.


Oberbe mówi, że to listek, a nie piórko, ech.

sobota, 8 grudnia 2012

_Trzęsienie ziemi, nauka kaligrafii, pocztówki DIY i co Japończycy wiedzą o Polsce

   Już kiedyś wspominałam tutaj, że lekkie trzęsienia ziemi w Japonii są dla mnie wręcz atrakcją. Podczas ich trwania czuję się jak na łódce wśród kołyszących spokojnie fal. Jednakże wczoraj nastąpił 'sztorm' i aktualnie jestem nieprzyjemnie wyczulona już na każde drganie i dźwięk. Poniżej rejestracja wspomnianych wstrząsów. Nagranie znalezione w czeluściach youtubowych. Oczywiście podziwiam opanowanie Japończyków i dalszą chęć pracy w takich ekstremalnych warunkach:


   Silne trzęsienie ziemi zaskoczyło mnie podczas kąpieli, gdy byłam sama w domu, czyli tak, jak obawiałam się wcześniej - zawsze przerażała mnie wizja znajdowania się w wannie, gdy coś niepokojącego (na przykład pożar, huragan, czy trzęsienie ziemi właśnie) dzieje się wokół. Łazienka zaczęła bujać się na tyle, że trudno było mi wyjść z wanny nie ślizgając się w niej. Poczułam beznadziejność sytuacji, gdy w pośpiechu nago wbiegłam pod stół, żeby nic nie spadło mi na głowę. Siedziałam żałośnie na podłodze, a przed oczami całe życie i gonitwa myśli. Byłam przerażona, bo nigdy wcześniej nie miałam styczności z tak wielkim trzęsieniem. Hałas wokół także podkręcał tylko mój lęk. Brzdęki szklanek, odgłosy trzęsących się szyb i całego domu. Do tego widok kołyszących się lamp i spadających ubrań, suszących się na balkonie. 
   Jednak adrenalina była zbyt duża, żeby tak zostać i czekać na dalszy rozwój wydarzeń, choć towarzyszyło mi przeczucie o bezsensie każdego ruchu. Czułam się zależna od świata i starałam się to zminimalizować. Pośpiesznie narzucając ubranie, usłyszałam komunikaty alarmowe na całą Ninomiyę o tym, o czym już wiedziałam, czyli że jest wielkie trzęsienie ziemi. Wybiegłam z naszego mieszkania, które znajduje się na piątym piętrze. Windy były zablokowane, więc skorzystałam z ewakuacyjnych schodów i wbiegłam do biura apartamentowca. 
   Tam wszyscy przyglądali się informacjom w japońskiej telewizji, w których pokazana była mapa z zaznaczonymi na czerwono i żółto, pulsującymi punktami wzdłuż całego wybrzeża. Ktoś podszedł do mnie i zapewne widząc moje przerażenie w oczach, powiedział 'calm down', podał krzesło i zaczął tłumaczyć telewizyjne wiadomości z japońskiego na angielski. Poczułam ulgę, zwłaszcza, że właśnie trzęsienie ziemi ustało, a do biura weszły japońskie dzieci i zapytane o to, jak było, odpowiedziały: 'omoshiroi katta desu', czyli 'interesująco'. W dodatku Oberbe przybył do Ninomiyi kilka minut później i już po chwili byliśmy razem w mieszkaniu. Wypiłam kakao, rozpłakałam się i tak dalej.

Tak wyglądali wczoraj prezenterzy w japońskiej telewizji. Zdjęcie dzięki uprzejmości mojego kolegi - Eiji Matsuzakiego. ありがとう ございます!
~~~

   Przez to, że wczoraj wieczorem schodziło ze mnie napięcie, nie byłam w stanie wybrać się już na zajęcia 'Handmade Ornament Class', a szkoda, bo bardzo lubię wszelkie aktywności organizowane przez Ninomiya House. Ostatnio miałam okazję wziąć udział w lekcji japońskiej kaligrafii. Poniżej ja w trakcie zapisywania znaków kanji podczas pierwszej lekcji:


   Przyznam, że mimo pewnej wprawy w posługiwaniu się pędzlem malarskim, sprawiło mi trudność idealne naśladowanie pisma mistrzyni, która zajmuje się kaligrafią od dwudziestu lat. Następne zdjęcie - 'Rymika' w zapisie kanji (po prawej stronie małymi znakami - sylaby w katakanie), czyli 'Rimika', co oznacza: dużo profitów w przyszłości. Pani znająca kaligrafię wręcz gratulowała mi i powiedziała, że będę sławna. Wyglądała na wiarygodną postać.


   Na kolejnych zajęciach uczyliśmy się tworzenia kartek z japońskim przesłaniem na święta, nowy rok i wiosenną porę. Poniżej grupowe zdjęcie na zajęciach pożegnalnych:


   Ja znajduję się na trzeciej pozycji od prawej strony. Trzymam wachlarz stworzonych przeze mnie pocztówek. Oto ich część:


   Na pierwszej pocztówce od lewej widoczny jest znak węża, wyglądający jak mała litera 'e' (w górnym rogu). Według chińskiego kalendarza rok 2013 jest właśnie rokiem węża. Na tej samej pocztówce pionowy napis oznacza coś typu: 'Szczęśliwego Nowego Roku', poziomy podpis to: 'Rimika' - tak samo jak na kartce po prawej stronie. Rozbudowany napis u góry pocztówki po prawej oznacza mniej więcej: 'Witamy wiosnę. Wszystkiego najlepszego'.


   Powyżej pocztówki także mojego autorstwa, inspirowane japońskimi arcydziełami z XVIII i XIX wieku. Wykonałam je z potrzeby serca, a nie w ramach zajęć. Podobnie jak poniższe: 


   Sushi, drzewka wiśniowe, Hello Kitty, gejsza, góra Fudżi, pseudo-topografia wysp, brama torii, krajobraz z pagodą. Chyba nie mogłam potraktować Japonii bardziej stereotypowo, haha. Niebawem zamierzam je słać w świat za dobre sprawowanie i pozytywne wyniki w kontaktach ze mną. No i może zrobię mały konkurs na spostrzegawczość odnośnie mojego bloga i w następnym wpisie zadam krótkie pytanie związane z drobną zmianą, która tu nastąpi. Osoba, która jako pierwsza udzieli prawidłowej odpowiedzi otrzyma ode mnie pocztówkę. Stay tuned!


   Odnośnie jeszcze takich handmadowych bibelotek, to będąc w Korei Południowej kupiłam sobie wymarzony niegdyś kołnierz z białych pereł, który zainspirował mnie do własnoręcznego tworzenia kołnierzyków z filcowego materiału. Ten siwy z powyższego zdjęcia jest właśnie moim dziełem, choć niekompletnym. Muszę jeszcze nad nim popracować, żeby poprawnie utrzymywał się na dekolcie. Możliwe, że więcej takich kołnierzy wrzucę po powrocie do Polski na mojego drugiego bloga, bo w zasadzie wpisują się one w jego recyklingową ideę. 

~~~

   Nadal chodzę na aerobik i lekcje języka japońskiego - na następnych zajęciach mam nawet małą wystawę swoich prac graficznych. Wstępnie zapisałam się do multikulturowej grupy teatralnej, ale spotkania wyglądają tak, że przychodzą trzy osoby i piją alkohol, więc nie angażuję się w tę aktywność wcale, a wcale. Jakiś czas temu byłam też na spotkaniu Movie Club i oglądaliśmy film Wesa Andersona - 'Moonrise Kingdom', który widziałam już bardzo dawno temu, a kadr z tej produkcji filmowej nawet zdobi naszą łazienkę:

.

   Jest to wycinek z gazety, która leżała w sektorze makulatury. Japończycy segregują śmieci chyba najlepiej na świecie. Na początku trudno było mi opanować sztukę dzielenia odpadków, tak żeby trafiały do odpowiednich pojemników - jest ich aż dziesięć rodzajów. Tak więc gazeta, z której skorzystałam nie leżała wśród skórek od banana czy resztek sałaty, toteż jej użyłam. Ramka zakupiona w kochanym stujenowcu, czyli sklepie typu 'Wszystko po cztery złote', w którym tanio można kupić też farby, pędzle, płótna, papier origami, puste pocztówki, przydatne rzeczy do scrapbookingu, guziki, materiały do ubrań, akcesoria do produkcji kolczyków i tak dalej. Bardzo inspirujące miejsce.
   Zresztą cała Japonia wydaje mi się taka. Niedawno będąc w centrum handlowym zobaczyłam, że nawet takie miejsce może być pełne pasji. Pomiędzy regałami z wełną trafiłam na przyjazne kółko krawieckie. Starsze panie dziergały szale i sweterki. W sąsiadującym pomieszczeniu znajdowała się księgarnia, w której to mama po cichu czytała dziecku bajkę:


   Aaa, kilka pięter niżej natrafiłam na kurs ikebany, czyli japońskiej sztuki układania kwiatów. Kiedyś trochę interesowałam się florystyką i w przyszłości będę mieć wielki ogród, ewentualnie kwiaciarnię, dlatego też zatrzymałam się na dłuższą chwilę i obserwowałam pokaz. Do mnie dołączył Japończyk w garniturze, który zapytał, czy wiem, co to ikebana. Po odpowiedzi twierdzącej, zapytał skąd jestem. Polskę skojarzył z papieżem i Chopinem. Brawo, choć nieco poważnie.
   Ale spotkałam się też z dość zaskakującą reakcją na informację o moim pochodzeniu. Kiedyś w supermarkecie miałam problem z porozumieniem się z obsługą mówiącą tylko po japońsku - brałam udział w nieco skomplikowanej loterii. Z pomocą (w postaci tłumaczenia na angielski) przybyła mi inna klientka sklepu, która słysząc informację, że jestem z Polski, zareagowała w ten sposób: 'Oh, Poland. You drink lots of tea with lemon! It's a little bit strange'. Jeśli Japończyk mówi, że coś jest dziwne, to naprawdę musi być to osobliwe. Ech, z kolei w Japonii często pije się coś na kształt bawarki, czyli herbaty z mlekiem, co dla mnie też nie jest czymś bardzo zwyczajnym.
   Kiedyś natrafiłam także na szklanki z etykietą: 'MADE IN POLAND'. Poniżej była informacja, że Polska to kraj, który słynie z produkcji szkła i rzemiosła. To chyba najciekawszy opis mego kraju, z jakim kiedykolwiek się spotkałam. Uwielbiam tę dostojną perspektywę przyjmowaną przez Japończyków i chcę żyć z nimi na tym archipelagu, ale niech już tak zatrważająco nie trzęsie. Tu powinien być wielokropek.

niedziela, 25 listopada 2012

_Wyprawa do Korei Południowej: kawa z odchodów, metalowe pałeczki i miłość na górze Namsan

   Będąc w Korei Południowej czułam się jak w Japonii, ale takiej dzikiej - z pozoru otaczali mnie podobni ludzie, ale sprawiali wrażenie, jakby cały czas byli pod wpływem agresogennych używek. Chaos na ulicy, niezwracanie uwagi na sygnalizację świetlną, dźwięki klaksonów, przykre zapachy kanalizacyjne; sporo śmietników, jednak odpadki na chodnikach, wpychanie się do metra, żadnego przepraszania, na ulicy picie alkoholu i palenie papierosów przez azjatyckich dresiarzy, nieprzyjazne spojrzenia, frustracja i konsumpcjonizm na wysokim poziomie.
   I to w zasadzie bardziej przypomina mi drugą Polskę, tylko lepiej rozwiniętą gospodarczo. Odnoszę wrażenie, że to podobna historia Korei i Polski wytworzyła pokrewną mentalność, porównywalne cechy modalne. Poddanie się kulturze posiadania i zagłuszanie świata. Ci ludzie nie potrafili przemieszczać się środkami transportu i czytać książki, rozmawiać, czy patrzeć przez okno. Prawie każdy uzbrojony był w telefon sporego rozmiaru i jemu całkowicie oddany. Odrealnienie.


   Może to specyfika miejsca, do którego trafiliśmy. Podejrzewam, że koreańska prowincja jest spokojniejsza i bardziej przemyślana, jednak nie mam większych złudzeń, bo Tokio w moim odczuciu nie jest taką dżunglą jak Seul, w którym to właśnie zamieszkaliśmy na kilka dni - konkretnie w dzielnicy rozrywki, podobno na ulicy artystów. Raczej samozwańczej - brak galerii sztuki i tego typu miejsc, tylko kawiarnie i restauracje, na które byliśmy 'skazani' ze względu na brak normalnych sklepów, czy targowisk, na których można by kupić owoce, czy warzywa.


   Powyżej zdjęcie z kawiarni, która do swojego kalorycznego zestawu gofrowo-lodowego dodawała dwie kulki winogronowe i trzy kawałki banana. Po doświadczeniach związanych z brakiem witamin w seulskich sklepach nie zdziwił mnie już widok prawie opustoszałych talerzy ludzi przy stolikach obok, na których zostawiano wspomniane owoce na brzegu talerza, ych.
   Oprócz knajp z jedzeniem w pobliżu było tylko kilka identycznych marketów z junk-foodową zawartością. Słodycze, słone przekąski, gazowane napoje. Łatwiej było znaleźć butelkę coli niż zwykłej wody. Po prostu sklepy jak na stacjach benzynowych, a ludzie nastawieni na błyskawiczne przyjemności. Na czas pobytu sami wpadliśmy w ten materialny hedonizm. Oczywiście bez przesady. Nie spijaliśmy sodżu z koreańskich tancerek i nie wróciłam stamtąd z torebką od Louis Vuitton.
   To po prostu było miejsce, gdzie przesiaduje się w kawiarniach i restauracjach, nie gotuje się w domu. Wszędzie jeździ się metrem, autem, motorem, ale nie rowerem. Bardzo dużo osób pali tam papierosy, które są dość tanie (przeliczając - kosztują jakieś sześć złotych). Idąc ulicą, co chwilę wpadałam w czyjąś chmurę nikotynową i w ten sposób po trzech dniach podobnych przygód, poczułam się znów uzależniona, a myśli o cygaretkach zaczęły intensywnie wracać. Jednak w pewnym momencie szczere spojrzenie na siebie w lustro i świadomość, że ponowne przerabianie tego nałogu byłoby dla mnie zbyt wielką porażką. Generalizując, Korea Południowa kojarzy mi się z destrukcją.


   Zdarzało nam się natrafiać na tego typu obrazki, będąc w seulskim centrum. Wiem, że w tym momencie posługuję się nieco instrumentalnie takim zdjęciem, bo przecież Korea Południowa oczywiście tak nie wygląda w całości, ale niektóre jej fragmenty przypominają mi raczej Czeczenię i nie ma w tym większego oskarżenia. Po prostu odnosiłam wrażenie, że tamtejsi ludzie darzyli niskim szacunkiem swoje otoczenie.
   I nie ufałam im. Była w nich jakaś roszczeniowość i zachłanność. Właściciel hostelu, w którym zamieszkaliśmy niby był miły i ciapowaty, ale z uśmiechem kombinatora. Nigdy nie wiem, jak się zachowywać względem takich osób. Z reguły nie obdarzam sympatią, ale też mam wyrzuty moralne, bo ktoś jest tak nieporadny i byle jaki. Zarezerwowaliśmy 'superior double room' i otrzymaliśmy najsmutniejszy pokój świata w rozmiarze klatki dla sparaliżowanego ptaka. Udało nam się zmienić go na inny, naturalnie za dodatkową opłatą. W wyposażeniu komputer/tv, sejfy, lodówka, pralka, prysznic, pościel z węża, ogrzewana podłoga, ale mająca 'martwe piksele' jak to nazwałam, czyli miejscami zimna. Teoretycznie wszystko ładnie brzmi, wręcz luksusowo, ale to nie było zbyt dobre miejsce do życia ze względu na swoje zaniedbanie i niehigieniczne utrzymanie. Atmosfera też była słaba. Mr Uncle, bo tak przedstawił się właściciel hostelu po odbiorze pieniędzy zaczął nas unikać, choć miał stanowić dwudziestoczterogodzinną recepcję. Zjawił się jeszcze tylko raz prosząc nas o ustawienie się do zdjęcia, które zostało powieszone na korytarzu obok wielu innych fotografii sztucznych uśmiechów wcześniejszych gości. A i na koniec poprosił o pozytywną opinię na swojej stronie, ech. 
   
~~~

   Ale, ale nie było oczywiście tak fatalnie. Razem z Oberbeuszem potrafimy dostosować się do różnych warunków i jeszcze je magicznie udekorować. Miło wspominam dźwięk, który pojawiał się w naszej koreańskiej toalecie po spłukaniu wody. Ten odgłos brzmiał tak, jakby krasnoludek ukryty w muszli klozetowej zakręcał metalową śrubkę. Oberbe raz rzucił to porównanie, a potem trudno było już się pozbyć tego skojarzenia, słysząc wspomniany dźwięk. A w hostelowej kuchni leciała muzyka klasyczna, była smaczna herbata ryżowa i dobry dżem.
   No, nie było źle. Sama Korea Południowa też ma jakieś tam swoje dobre strony. Na pewno jest tańsza do życia niż Japonia, ale nadal droższa od Polski. Seul ma niezłą sieć metra, a nocą miasto wygląda cudownie, miliony światełek. W sklepach można kupić ciepłe mleko sojowe i migdałowego Snickersa. No i poza tym, mam trochę bajecznych wspomnień z Korei. Poniżej mała fotogaleria i ciekawostki.


   Kuchnia koreańska cechuje się wymieszaniem wszystkich smaków jednocześnie, z przewagą pikanterii, co widać na powyższym zdjęciu. Zupełnie nie jest to mój kulinarny klimat. Uwielbiam jałowe potrawy z delikatną nutą jakiegoś smaku. Trudno było mi znaleźć cokolwiek dla siebie w koreańskich jadłodajniach. W powyższej restauracji pożywiłam się głównie japońską tempurą, czyli owocami morza w panierce.


   Interesujące jest to, że w Korei ludzie posługują się metalowymi pałeczkami, w przeciwieństwie do innych krajów azjatyckich. Słyszałam anegdotę, że w dawnych czasach to cesarz zrezygnował z drewnianych pałeczek, ponieważ są łatwiejsze do otrucia. Ciekawa historia, ale zdecydowanie wolę naturalne chopsticki. Nie plastikowe, nie metalowe, tylko takie drewniane, wręcz z drzazgami. Są zdecydowanie lżejsze. Aaa i zamiast noża w Korei używa się nożyczek! Powyższa fotografia jest z restauracji, w której prawie nikogo nie było. Pani z obsługi na wstępie przywitała nas hasłem: 'No menu!' i wskazała na ścianę, na której widniały dwa koreańskie napisy. Wybraliśmy jeden z nich i nie było nawet najgorzej, choć danie raczej nie wyglądało zachęcająco. W Korei bardzo często podaje się potrawę na jednym ogromnym talerzu, wokół którego stawia się małe miseczki o różnych zawartościach. W przypadku z powyższego zdjęcia były to naczynia z: konserwowym ogórkiem i japońską rzodkiewką daikon, poza tym wywar chyba z żeń-szenia i kimchi, czyli sfermentowana kapusta w ostrym sosie. Zjadłam, ale nie były to dla mnie rarytasy. 


   Myślę, że nie zasmakowałyby mi też jedwabniki (foto powyżej), czyli takie owady, które przed upieczeniem wyglądają jak przynęta rybna. Zapach, wygląd i cała otoczka nie zachęcały mnie do spróbowania. Może kiedyś.


   Za to miałam okazję napić się najdroższej kawy na świecie, otrzymywanej w specyficzny sposób - Kopi luwak. Otóż jest ona wytwarzana z ziaren kawy, które wydobywane są z odchodów zwierzęcia (serio) nazywanego łaskunem, a w Azji właśnie luwakiem. Kawa była bardzo wyrazista w smaku i porządna, ale nie na tyle ciekawa, żebym chciała się jej ponownie napić. Więcej o procesie tworzenia tej specyficznej kawy w tym artykule -> klik!


   Aaaa. Wychodząc na miasto trudno było się opętać od wszędobylskiego pana z 'Gangnam style'. Znajdował się na co drugim plakacie. Reklamował wszystko. Poczynając od pieczywa, kończąc na sprzęcie AGD. Powyżej ja i skarpetki z postacią ujeżdżającą niewidzialnego konia. Tak w ogóle do dzielnicy Gangnam nie dotarliśmy, ale ta, w której mieszkaliśmy, czyli Hongdae także doczekała się swojej wersji utworu:


   I tak jak w Japonii, trochę nowoczesności, trochę tradycji, ale tej drugiej nieco mniej, choć widziałam sklepy z takim asortymentem:


   Powyżej narodowe stroje koreańskie, czyli hanbok. Ładne, ładne, ale bardziej w moim guście są japońskie kimona i yukaty.

~~~


   Jednakże oczywiście nie spędziliśmy całego pobytu w kawiarniach i restauracjach, czy na zakupach gangnamowych skarpetek. Z turystycznych atrakcji wybraliśmy Namsan Seoul Tower, czyli wieżę o wysokości prawie dwustu czterdziestu metrów, z której widać panoramę miasta. Żeby się do niej dostać należało wspiąć się na górę. Powyżej ja i archetyp drogi.


   A tu Oberbe i to samo. Oczywiście początkowo przeszliśmy ponad kilometr w niewłaściwą stronę. To miejsce bardzo mi się spodobało. Zapewne dlatego, że przypominało Japonię. Ten sam jesienny orient.


  Wieża z zewnątrz, podczas iluminacji.


A tu świat z wnętrza wieży, podczas celebracji.
Tak, tak. Mieliśmy swoje święto. Oberbusz oświadczył mi się, ach. Oczywiście powiedziałam 'tak'. 


   Chyba już setny raz. Zresztą jest to nieopisywalne, choć Oberbeusz zapytany przez znajomego o to, czy 'był stres', zgrabnie przytoczył całe zdarzenie:
No był, trzęsło nami okrutnie, wichry, pioruny, tajfun na horyzoncie, a ja się wspinam jak szalony. Rymi krzyczy, że nie mamy już leków ani wody, że padła ostatnia bateria od latarki. Potem był błysk i huk! Budzimy się nagle pośród gruzów, dookoła płomienie, już praktycznie nie ma nadziei... 
Ale czuję, że coś uwiera mnie w ramię - odwracam się i moim oczom ukazuje się czarna zdobiona skrzynia. Serce zamiera, otwieram ją delikatnie i JEEEST, najpiękniejszy pierścień świata!
Zjawy i demony są o krok aby nas dopaść, zrywam się, łapię Rymi za rękę i patrząc w jej cudowne oczy wykrzykuję: "na potęgę posępnego czerepu - WYJDZIESZ ZA MNIE!".
Anielskie 'tak' rozwiewa wszelkie mary, stres znika, nagle robi się jasno i tylko harfę słychać oraz słowa niesione na wietrze:
- na zawsze Twoja.
Potem było już tradycyjnie.

~~~

   Szczęśliwa, ale też i niepewna tego, co będzie dziać się w najbliższych godzinach, wyruszyłam razem z Oberbe na lotnisko Incheon. Widok z pociągu był kapitalny.


   Aż wstaliśmy z siedzeń i przykleiliśmy nosy do szyby. Za oknem bardzo długo ciągnęło się pasmo ziemi, które przypominało mi popękane bezy cukrowe, a w tle góry. Oczywiście inni pasażerowie wpatrywali się w swoje telefony. Ja z kolei myślę o tym, żeby po powrocie do Polski nie kupować komórki. Od kilku miesięcy nie mam telefonu i czuję się wspaniale. Pozbyłam się już nawet niegdyś częstego wrażenia, że mój telefon dzwoni i wibruje w torebce, podczas gdy tak się nie dzieje.


   Po dotarciu na miejsce, mieliśmy jeszcze sporo czasu do odlotu. Oberbe wypatrzył lodowisko na tym lotnisku i zachęcił mnie do wspólnej jazdy. Sam jest mistrzem w łyżwiarstwie. Piruety i tak dalej. Technika. Ja za to wymyśliłam swój styl w poruszaniu się na lodzie. Zapewne naganny, ale w miarę skuteczny. 
   Z wypchanymi do ostatniego milimetra plecakami ruszyliśmy do odprawy i tak dalej. Nabyliśmy sporo koreańskich specyfików dla naszej grupy od języka japońskiego i współpracowników z oberbeuszowego instytutu. Galaretki, cukierki z żeń-szenia, karmelki z czarnego sezamu... Już kiedyś wspominałam tutaj (przy okazji otrzymania kisieli o egzotycznych smakach), że przywożenie żywnościowych pamiątek z wyprawy dla kolegów jest mile widziane w Japonii.
   Lot nie był raczej zbyt przyjemny ze względu na mój stresowy nastrój związany z wątpliwościami, czy otrzymam kolejną turystyczną wizę. Po wylądowaniu, trafiłam do okienka administracji lotniska i zaczęło się. Szczegółowy wywiad, bo w zasadzie bycie w Japonii turystą przez pół roku to raczej ewenement. Widziałam jak rysy twarzy urzędnika wyginały się w znaki zapytania. Rozmowa i przeglądanie dokumentacji trwały wieczność. Ludzie za mną zaczęli przechodzić do innych kolejek. Jednak nagle machnięcie ręką i pieczątka. Ufff. 
   Wręcz ze łzami w oczach opowiadam Oberbeuszowi, co i jak. Gestykuluję na wszystkie strony. Pokazuję nową wizę w paszporcie. Opowiadam to tak, jakbym była przetrzymywana przez wiele lat w izraelskim więzieniu. Na co on, oczywiście śmiejąc się z mojego dramatu, zażartował, że owszem, udało się, przemyciliśmy koreańskie cukierki. Aaaa, a tak przywitała nas Tsukuba:


Ja: Ach, to dla mnie?
Oberbe: Nie musisz wszystkiego wiedzieć.

środa, 21 listopada 2012

_Rymireklama o Korei Południowej Oberbe


Uff, jestem już w Japonii, ale o tym i o samej Korei Południowej więcej w następnym raporcie.
 Póki co, rekomenduję z uśmiechem kolejny wpis panicza Oberbeusza:

niedziela, 11 listopada 2012

_Wyprawa na górę Tsukuba

   Lubię japońskie niedziele. Razem z Oberbe wsiadamy na rowery i mijamy tłum dzieci w niecodziennych strojach przed szkołą judo połączoną z teatrem. Nie wchodzimy do środka, bo nie mamy przepustki w postaci dziecka. Za rogiem spotykamy tsukubowskiego lokalsa, który gra na nieznanym nam instrumencie, a obok niego grupa osób ćwicząca na ciekawych machinach. 


   Wszystko tak jak powinno być. W toalecie pospiesznie odwiedzonej restauracji dźwięki 'Time after time' w wersji midi. Wszystkie stadiony i boiska wypełnione aktywnymi postaciami, na poboczach pikniki, ludzie spacerują z nieszczekającymi psami, rodzice uśmiechają się do dzieci, dzieci uśmiechają się do rodziców, komuś spada kartka - ktoś ją podnosi, przepraszam - dziękuję - nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie - miłego dnia. Obrazki z elementarza.
   Skręcamy w stronę nieznanych terenów. Napotykamy dość kiczowaty sklep z upominkami, w którym jest wszystko. Począwszy od stroju karate, a skończywszy na specjalistycznym kleju do puzzli. Oberbe na chwilę staje się kotem Doraemonem - postacią z bajki, której cechą charakterystyczną jest brak uszu - zjadły je myszy. 


   W sumie postanawiamy się wybrać na górę Tsukubę. Jest już późno, ale góra nie wydaje się być daleko. Przy sklepie 'Seven eleven' mijamy tutejszy gang motocyklowy. Jedziemy, jedziemy, góra się nie przybliża. Napotykamy chyba najbardziej przerażający wjazd do parku, który wyznacza chybocząca się drewniana brama torii, a za nią półmrok i odgłos łamanych gałęzi. No dobra, trochę przekoloryzowane, ale góra nadal daleko. Toteż pojedźmy skrótem! Wjeżdżamy na teren wiejski z polami ryżowymi, po środku których jeden traktor. Po kilkudziesięciu minutach jazdy stwierdzamy, że trafimy tu co najwyżej na festiwal zbierania agrestu. Rezygnujemy z tego 'skrótu'. Zakochuję się w drzewie o niebieskich kwiatach.


   Szkoda byłoby zawrócić, choć góra naprawdę zdaje się nie przybliżać. Jedziemy od trzech godzin, zaraz będzie zachód słońca, robi się coraz zimniej. Jednak wiarę w cel przywraca widok żurawia mandżurskiego, a graniczy to nieco z cudem, ze względu na małą liczebność tego gatunku ptaka. Przesądy mówią, że napotkanie owego żurawia przynosi szczęście. No to jedziemy. Tym bardziej, że przez minutę koła same się kręcą, zjeżdżamy z górki. Gdy sielanka się kończy, zauważam, że w sumie jestem chora. Kicham, mam katar i tak dalej. Przed nami pojawia się automat z napojami o różnych temperaturach. Wybieram gorący eliksir cytrynowy z miodem, choć interesuje mnie też smak ciepłych musów z kukurydzy i fasoli:


   Dobra, innym razem. Uświadamiamy sobie, że tu już się chyba nic nie wydarzy. Ślepa uliczka, koniec gry. Niebo miejscami robi się różowe, co jest miłe, ale też i podchwytliwe. Zaraz będzie ciemno, a latarnie przy ulicy są z reguły nieużywane, ze względu na oszczędność energii. Za to mamy świadomość, że praca dynama jeszcze bardziej spowolni naszą jazdę. Pamiątkowe zdjęcie pod górą i zawracamy:


   Choć chyba bardziej podobają mi się rośliny wyrastające między asfaltem. Doceniam taką postawę. Dlatego też, mimo przeciwności, jadę. Ale, nagle potrzeba toalety, przed nami napis 'Makudonarudo', więc krótki przystanek. Wchodzimy, brak gości, szata graficzna podobna jak w europejskich McDonaldsach. Wybór produktów raczej ten sam. Jabłkowe ciastko z cynamonem bez wasabi. 


   No, ale nie po to jechaliśmy tyle godzin, żeby pójść do maka, czy się rozchorować. Dlatego też dziś, czyli tydzień od powyższej wyprawy, postanowiliśmy znów podjąć wyzwanie. Tym razem wybraliśmy się tam rano, autobusem i w grupie znajomych oraz znajomych - znajomych.


   Na tereny górskie dotarliśmy w pół godziny, uff. Przywitał nas ogrom figurek, maskotek, breloków i innych gadżetów z wizerunkiem żab. Trafiliśmy do świątyni, obok której rozgrywało się reklamowe przedstawienie. Japończyk w tradycyjnym stroju demonstrował siłę działania żabiej maści na rany, które sam 'tworzył' na własnych rękach przy użyciu miecza. Oczywiście nie naprawdę, ale wyglądało to dość realnie. Rozdzieliśmy się. Część grupy wspinała się na górę, my wybraliśmy kolejkę i oglądaliśmy barwy jesienne. 


   Następnie wspięliśmy się na jeden ze szczytów i podziwialiśmy mgłę. Oberbusz wszedł na najwyższe kamienie, pod którymi przepaść, a wokół była zupa mleczna, czasem na chwilę prześwitująca i ukazująca elementy miasta, wyglądające raczej jak fragmenty makiety. 


   I jak to zazwyczaj bywa w takich historiach, zgłodnieliśmy, a w plecaku żadnego bento boxa. Ale, ale oczywiście na górze stała restauracja i to kręcąca się zgodnie z ruchem zegara. Za oknem chmury przelatywały jeszcze szybciej. 


   Powyżej nasza grupa, która znów połączyła się nieco przypadkowo na czas obiadu. Reprezentacja Polski, Ukrainy, Syberii, Hiszpanii, Japonii. Stolik numer siedem. 
   Było miło, ale wróciliśmy we dwoje innym szlakiem niż reszta, zyskując nieco na czasie. Idealnie po zejściu z góry trafiliśmy na autobus powrotny. Rozpadało się.

~~~

Moja japońska wiza turystyczna właśnie się kończy, ech.
Wylatuję zaraz do Korei Południowej, więc będzie tu cisza przez jakiś czas.
Moje miejsce zamieszkania w najbliższym czasie stoi trochę pod znakiem zapytania, ale wiadomo - życie to pudełko czekoladek i tak dalej.